Daję się zaskakiwać

Daję się zaskakiwać

Rozmowa z Wojciechem Waglewskim

Średni artysta to koszmar. Wtedy najczęściej z zemsty zostaje krytykiem

– 9 lipca na Festiwalu Gwiazd w Międzyzdrojach dał pan razem z synami Fiszem i Emade koncert w ramach projektu „Męska muzyka”. Czy to prawda, że miał on być podsumowaniem i zakończeniem waszej współpracy?
– Wiem, że pojawiły się takie plotki, ale sam byłem nimi zaskoczony. Nie wiem, skąd się wzięły. Gramy nadal, choćby na festiwalach w Pradze i w Olsztynie, i nie mamy zamiaru skończyć z tym projektem. On się zresztą bardzo przedłużył. Myślałem, że będzie tak jak z projektem z Maleńczukiem, który skończył się po jakichś 10 koncertach, tymczasem graliśmy przez cały zeszłoroczny sezon, przeszliśmy przez wszystkie możliwe festiwale, daliśmy niezliczone koncerty i okazuje się, że wciąż są chętni, by na nie przychodzić. Co więcej, mamy zamiar podejść kiedyś we trzech do kolejnego projektu tego typu.

– Na początku mówiliście, że skończy się na jednej płycie.
– Każde takie spotkanie pt. synowie z ojcem powoduje w Polsce mnóstwo złych emocji. Jesteśmy takim narodem, że podobne okazje powodują jakąś złą krew, zupełnie nie wiem, dlaczego. Podeszliśmy do tego projektu, mając za sobą bagaż doświadczeń, spotkaliśmy się jako muzycy, a nie jako rodzina, i rodzinne koneksje nie miały znaczenia. Nie ukrywam, że pierwszymi reakcjami na ten projekt bywały opinie, że powyciągałem z szuflady jakieś stare rzeczy, nagram płytę z synami, bo Agora dała pieniądze, a za pół roku wszyscy zapomną o tym projekcie… Wokół tej płyty, poza wsparciem kilkorga ludzi, którzy podeszli do niej z sercem, nie było wbrew pozorom dobrej atmosfery. Oczywiście, przez paru światlejszych ludzi album był uznany za płytę roku, zbierał dobre recenzje. To nie ma znaczenia, ale słyszałem mnóstwo uszczypliwości: że rodzinka, że to, że śmo… Takim jesteśmy krajem, po prostu… Wszystkie takie sytuacje, gdy występują osoby mające wspólne nazwisko, powodują wielki szum, że ktoś komuś pomaga, ktoś kogoś lansuje. Pomija się to, co w sztuce jest najważniejsze. W związku z tym mieliśmy wątpliwości: po co nam to? Ale później liczba osób na koncertach i kupujących płyty pokazała, że ludzi, którzy pojmują muzykę jako współpracę ze swoistym „układem”, czyli reprezentujących filozofię „IV RP inaczej”, jest dużo mniej i warto to robić dalej. A przede wszystkim nam się po prostu fajnie gra.

– Nie planowaliście od razu nagrywania wspólnej płyty.
– To miała być moja płyta solowa. Chciałem, żeby wyprodukował ją jedyny producent, z którym chciałbym pracować w Polsce, czyli Emade. Nikt nigdy nie produkował żadnej mojej muzyki. Sam pracuję jako producent i byłem ciekaw, jak to zabrzmi. Pracowaliśmy już razem przy płycie Marii Peszek „Miasto mania” i wiedziałem, że ma wyobraźnię, jest zaskakujący. Działa z tym materiałem, który mu przedstawiam, zawsze zaskakująco, zawsze w poprzek i intrygująco. A to przy spotkaniu z każdym muzykiem jest najważniejsze: zetknąć się z innym spojrzeniem na to, co robię. Fiszu najpierw miał nam przygotować tylko okładkę, przyglądał się próbom… No i przyglądał na tyle mocno i na tyle mu ta praca się spodobała, że zaczął grać z nami… Okazało się, że zakładam zespół w studiu, choć wcześniej nie przyszło mi to nawet do głowy. Byliśmy wszyscy w podobnym momencie: i oni chcieli zagrać muzykę rockową, i ja. Po ostatnich doświadczeniach z Voo Voo, kiedy robiliśmy muzykę z pogranicza jazzu, chciałem po prostu zagrać taki riffowy rock. Okazało się przy pracy nad płytą, a później jeszcze na koncertach, że to spotkanie jest fantastyczne dla nas i nie tylko.

Jest nieźle

– A platyna, którą otrzymaliście na ostatnim koncercie, to duża satysfakcja?
– Oczywiście fajnie, że się płyta sprzedaje, bo jesteśmy wyżsi, przystojniejsi i bogatsi. Ale tak naprawdę jest to kolejna płyta, która w ciągu ostatnich dwóch-trzech lat pokazuje, że przeciętny gust Polaka nie jest taki, jak go kształtują media. Gdybym myślał, że tak jest, wybrałbym samobójstwo. A jednak artyści, od Ani Jopek przez Kasię Nosowską, Maleńczuka i te wszystkie rzeczy, które niby są offowe, bo media ich nie chcą, nie spełniają gustów decydentów w tych mediach, sprzedają się lepiej niż te medialne, typu Doda. Niczego jej zresztą nie ujmując. Ta platyna potwierdza, że jest tak, jak to obserwuję od pewnego czasu: że nie jesteśmy narodem takim, jak wynikałoby to z mediów. Na szczęście.

– Ma pan poczucie, że kształtował pan gust muzyczny synów?
– Absolutnie nie! Chociaż… byli zawsze narażeni na moją płytotekę czy taśmotekę. Tego się nie dało uniknąć. Ilekroć puszczałem np. Coltrane’a, klepali mnie w plecy i pytali, czy czuję się lepszy. Mieli do tego stosunek, delikatnie mówiąc, ambiwalentny. Dziś, kiedy wchodzę do domu jednego lub drugiego, słyszę – leci Coltrane. Kiedy prowadzę z synem audycję muzyczną, okazuje się, że wszystko, czego słuchali jako dzieci, wraca teraz do nich. Cały świat zresztą szuka dziś emocji w muzyce z lat 60.-70. Kompletnie natomiast nie podążałem za tym, co oni robią z muzyką. Niby wiedziałem, jakie zespoły zakładali, ale niestety, przyznam to ze wstydem, nie za bardzo w to wierzyłem. Jestem człowiekiem starej daty, nieprzyzwyczajonym do samplowania i do takiego uprawiania muzyki. Zawsze wydawało mi się, że muzykę trzeba zacząć inaczej: uczyć się gamy, skali, harmonii itd. Nie wiedziałem, że można wyjść od czegoś innego, a potem zrobić resztę, tak jak mamy w tej chwili. W związku z tym przez jakiś czas traktowałem ich pracę dość pobłażliwie. Zawsze chciałem, żeby byli artystami, bo bycie artystą jest dla mnie najwspanialszym zawodem na świecie, natomiast najgorszym zawodem na świecie jest bycie średnim albo złym artystą. Myślę, że średni artysta to koszmar. Wtedy najczęściej z zemsty zostaje krytykiem.

– Ale ma pan poczucie, że Fisz i Emade są dobrymi artystami…
– Mam poczucie, że osiągnęli w swoim wieku, w swoim zawodzie, bardzo dużo.

Demokracja

– A we wspólnej pracy był pan liderem?
– Nie, to byłoby bez sensu. Jedyny sensowny sposób współpracy znaleźliśmy z Emade przy okazji płyty Marysi Peszek. Nagrałem swoją piosenkę z gitarą i wyjechałem na wakacje. Oni się do tego zabrali, zaskakując mnie kompletnie. Na tym polega filozofia tego muzykowania, że np. ja myślałem, że pewne fragmenty zrobią bardziej awangardowo, oni zrobili bardziej lajtowo, i odwrotnie. W pracy ze swoim zespołem jestem despotą, bo tak musi być, tam nie ma demokracji. Przy pracy z innymi artystami, typu Maleńczuk, Trebunie Tutki czy Haydamaky, jest inaczej. Potrzeba tu wzajemnego zaufania, bo musimy coś od siebie zerżnąć i czegoś się od siebie nauczyć. Dawałem materiał i pozwalałem się zaskoczyć, nie wszystkie rzeczy od razu akceptowałem, ale musiałem się przyzwyczaić.

– Jak na tle tych wcześniejszych doświadczeń pracowało się z Fiszem i Emade?
– Inaczej pracuje się z aktorkami, wokalistami… Każdy przypadek jest zupełnie inny. Fisz i Emade są muzykami pełną gębą, muzykami, którzy korespondują z tym, co się dzieje na świecie, jeżdżą, nagrywają, kontaktują się przez internet z innymi muzykami, wiedzą, do jakich źródeł sięgać. Są stęsknieni za prawdziwym brzmieniem bębnów, brzmieniem instrumentów takim, jakie ja pamiętam z pierwszych nagrań w studiu, dlatego to spotkanie jest takie interesujące. Spojrzałem też na te dźwięki, które znam od lat, ich oczami – i doceniłem, jakie to jest fajne. Z Maleńczukiem to była bardziej kozacka współpraca, która się przerodziła w coś bardzo ciekawego, z Marią Peszek byłem bardziej despotyczny. Każde z tych doświadczeń było niezwykle emocjonujące.

– A następne plany?
– Wakacje.

Wojciech Waglewski – (ur. 21 kwietnia 1953 r. w Nowym Sączu) gitarzysta, kompozytor, aranżer i producent muzyczny. Członek takich zespołów jak Bemibem, Osjan, Morawski Waglewski Nowicki Hołdys i Voo Voo, który stworzył w 1985 r. Współpracował m.in. z Raz, Dwa, Trzy, Kazikiem, Martyną Jakubowicz, Renatą Przemyk, Lechem Janerką, Marią Peszek, Tomaszem Stańką i Maciejem Maleńczukiem. W 2008 r. wraz z synami Bartkiem (Fiszem) i Piotrem (Emade) nagrał płytę „Męska muzyka”.

Wydanie: 28/2009

Kategorie: Kultura
Tagi: Agata Grabau

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy