Dalej trwam

W swoim dzieciństwie w latach 50. i 60., kiedy mieszkałem jeszcze na Warmii i Mazurach w Wichrowie w osadzie leśnej, gdy przychodziła sobota, wszyscy mieszkańcy sprzątali swoje podwórza i zamiatali drogę od początku do końca płotu. Kiedy przychodziły zimy, a były solidniejsze niż teraz, tak samo robiło się ze śniegiem, i to szpadlami, ponieważ nie mieliśmy sprzętu ani nawet radia, które by do nas apelowało, żebyśmy odśnieżali. Po prostu gdyby się nie posprzątało, byłby wstyd przed nadleśniczym.
Potem to wszystko zaczęło znikać, było nas – mówię o narodzie – coraz więcej, a rąk do takiej pracy coraz mniej. Może inaczej: chętnych do sprzątania coraz mniej, bo za to nikt nie płaci, a droga przecież nie moja, las nie mój, a rowy, z których uczyniono śmietniki, też państwowe. I tak powoli postępowała degradacja odpowiedzialności obywatelskiej, która w jakimś tam stopniu doprowadziła do katowickiej tragedii.
Paru kolesiów postanowiło zarobić ponad wszelką cenę, za nic mając konsekwencje. A mało tego, pomógł im na dodatek jakiś skretyniały sędzia, wydając kuriozalny wyrok, że obywatel nie ma obowiązku wiedzieć, jaka ilość śniegu na dachu stanowi zagrożenie dla ludzi.
Żyjemy w dziwnym kraju. A nawet bym zaryzykował, że w bardzo dziwnym. Dotarła do mnie wiadomość, że dzięki radiu ojca dyrektora, a właściwie dzięki samemu dyrektorowi i za pośrednictwem biskupa Leszka Sławoja Głodzia, nie będzie przyśpieszonych wyborów, bo takie wybory – przekonali pana Jarosława – mogłyby wzmocnić Platformę i zreanimować lewicę, a to jest gorsze od postu w każdy piątek. No i dlatego Andrzej Lepper z Romanem Giertychem to tiepier sajuźniki, druzja albo może nawet i tawariszczi. A kiedy byłem w „Szkle kontaktowym”, w programie na żywo w TVN 24, zadzwoniła do nas pani, która powiedziała, że w Telewizji Trwam o godz. 8 rano w niedzielę, czyli pół doby po zawaleniu się hali i ciężkiej całonocnej akcji ratunkowej, pani prowadząca wiadomości jako pierwszą podała tę, że Platforma w dalszym ciągu nie chce porozumienia z Prawem i Sprawiedliwością, a następne były równie istotne jak i ta pierwsza. O Katowicach ani słowa, ani modlitwy.
I od tej pory nie wiem już, gdzie jest uprawiana polityka, a gdzie odprawiane modlitwy.

 

Wydanie: 6/2006

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy