Dali ciała?

Z gadziej perspektywy

O czym marzy każdy wybijający się na wybitność aktor polski? O zagraniu ciałem. Pełnią ciała. Nie tylko przez rozbierankę. Bo to każda farbowana blondynka potrafi. Aktor w polskim filmie nie musi myśleć, twierdzą recenzenci. Aktor polskiego filmu to zwykle przygłup, co wychodzi przy autoryzacji wywiadu z aktorem filmu polskiego. Z tej szarej przygłupiastej masy wybija się w wywiadach zwłaszcza artysta Królikowski. Grający ciałem w najnowszej polskiej komedii „Ciało”. Wybitnie. Może dlatego, że nic nie mówi?
„W moim mieście co tygodni parę z nowym programem występuje kabaret”, nucił w ubiegłym wieku artysta Marek Materna, nie mylić z Krzysztofem. W moim kraju w sezonie letnim co tydzień jest jakiś festiwal filmowy. Łagów, Lubomierz, Koszalin i wiele innych, starczących na wypełnienie objętości tegoż felietonu. Szczególnym wysypem cieszą się festiwale kina swojskiego, naszego, prowincjonalnego. Bo każdy wie, że aktualnie w trendach należy zlewać Wszawę, czyli stolicę naszą, a ku niebu podnosić prowincję. Bo na prowincji bije serce Polski, tam jest ten socrealizm magiczny kraju ukochanego, w drgawkach transformacyjnych przechodzącego od Morza Czerwonego do Zalewu Wolnorynkowego. Spełniając wieloletnie marzenia patriotów, aby Polska była Polską, no i od Morza do Morza. Albo zalewu chociaż. I tak to mamy więcej festiwali niż filmów, zwłaszcza tych „festiwalowych”, czyli inteligentnych.
W Kazimierzu Dolnym, nad Wisłą wyschłą położonym, dzięki hojności sponsorów, czyli prezesów dużych firm, kiedyś działaczy studenckiej kultury, kolejny festiwal urządzono. Telewizyjno-filmowy. Co w telewizji z festiwalu pokazali, każdy kulturalny widz mógł w publicznej Dwójce TVP SA zobaczyć. I warto było. Ale w tymże Kazimierzu nad wyschłą Wisłą twórcy dawali nie tylko ciała, ale i głos. Bo festiwal festiwalem, wypas i wyżerka wypasem, ale co z kinem polskim dalej? Jak ma zachować swoją tożsamość, aby na zagranicznych festiwalach ciała nie dawać?
I tak wrócić trzeba do pierwocin kina, czyli pieniędzy. Z tymi na dzień dzisiejszy sucho jest jak z Wisłą pod Kazimierzem. I na tym festiwalu znów wypłynęło, że ostatnio aktywna, w prywatnych gazetach i konkurencyjnych prywatnych telewizjach, publiczna polska TVP SA jest jedynym mecenasem młodych twórców, debiutantów. Alternatywnych wobec zalewu komercji. To polska telewizja publiczna, kierowana przez obsobaczanego bez przerwy prezesa Kwiatkowskiego, zachowuje polskie, młode kino. Współprodukuje albo promuje.
Dzisiaj dzięki technice cyfrowej można prywatnie wyprodukować własny interesujący film. Tak samo każdy posiadający rentę i brak aspiracji konsumpcyjnych autor jest w stanie wydać swoją książkę. Ale bez promocji, zwłaszcza w telewizji, każda dobra książka, film i piosenka skazane są na los Robinsona. Cóż z tego, że talent będzie podziwiał Piętaszek i zachody słońca? Niestety, żadna z szumnie reklamujących się telewizji komercyjnych takich festiwali nie organizuje ani młodych talentów nie wspiera.
I dlatego powtarzam apel wygłoszony w Kazimierzu Dolnym podczas dyskusji o tożsamości polskiego kina. Każdy kulturalny człowiek powinien płacić abonament dla publicznej telewizji i radia. Bo to one promują to, co najlepsze w polskiej kulturze. Starają się. Każdy kulturalny człowiek powinien grać w totolotka, bo wedle regulacji prawnej, jaką niedawno uchwaliliśmy, promil z zysków loterii idzie na wspieranie polskiej kultury, a także polskiego kina.
W naszym kraju mamy więcej festiwali niż filmów. Recenzentów niż pisarzy. Brakuje pieniędzy. Czy tylko? Film „Ciało”, który w tym tygodniu wejdzie na ekrany, udowodni, że prawdziwe kino nie zależy od szmalu, tylko pasie się na inteligencji twórców. Problem, jak żywą inteligencję ucieleśnić.

 

 

Wydanie: 34/2003

Kategorie: Blog

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy