Zamiast cukierka

Z GADZIEJ PERSPEKTYWY

Schemat jest radosny, acz ponurością podszyty. Zwykle przyjeżdża delegacja rządowa lub samorządowa. Chleb, sól. Powitania. Dzieci w krakowskich strojach. Krótki program, bo delegacja zwykle się spieszy. Potem spotkanie z władzami miejscowymi i reprezentantami Polaków za granicą. Bardziej lub mniej reprezentatywnymi. W międzyczasie dzieci zostają obdarowane słodyczami, przyborami szkolnymi, ubrankami nierzadko. Dorośli telewizorami, komputerami albo obietnicami wsparcia. Wspólne zdjęcia do kronik i na koń. To znaczy do samochodów, bo program jest napięty.
Schemat przestaje być radosny, kiedy delegacja poza radością powitania, autentyczną i nieukrywaną, postrzega coś więcej. Nie tylko biedę znaną z reportaży o głodujących na Czarnym Lądzie. Biedę wstydliwą, bo europejską. Zaklinaną czystymi obejściami, starannie utrzymanym, skromnym dobytkiem. Odprasowanymi bluzeczkami, kokardami wpiętymi we włosy, nowymi adidasami pożyczonymi od starszego brata. Wielkimi jak na siedmioletniego recytatora patriotycznego wiersza. Gościnnością w dzieleniu się skromnymi zasobami.
Na rumuńskiej Bukowinie są „polskie” wsie. Zamieszkałe przez ok. 10 tysięcy Polaków, którzy przybyli tam 200 lat temu. Zachowujących polski archaiczny dziś język, obyczaje i katolicką religię. Żyjących kiedyś z pracy w kopalniach soli, rolnictwa i hodowli. Dziś często bezrobotnych.
Normalnym stanem jest, że te wsie zamieszkują emeryci i dzieci. Rodzice i ich starsze rodzeństwo wyemigrowało za chlebem po całej Europie. Od Rosji po Portugalię. Czy wrócą na przepiękną Bukowinę? Może jako zamożni emeryci.
Schemat jest radosny i słodki jak rozdawane cukierki. Po 1989 roku, kiedy państwo polskie jęło intensywnie wspierać Polaków mieszkających za granicami, dominowały słodkie koncepcje. Fundowano młodzieży stypendia na studia w Polsce. Efekt był inny, niż oczekiwano. Zamiast wzmocnienia tam inteligencji pochodzenia polskiego stypendyści prześcigali się, aby zostać w bogatszej, bardziej zachodniej Polsce. Bywało, że nie wytrzymując rygorów studiów, nie chcąc wrócić do siebie, stawali się obiektem zainteresowania mafii. Dziewczynom proponowano łatwy chleb, chłopakom posady egzekutorów haraczy. Niektórzy decydowali się, bo państwo polskie nie kontrolowało już niestudiującego. Nie wypłacało mu stypendium, bo przecież zawalił. Miraż wyjazdu do bogatszego kraju zachęcał niektórych do zostania Polakiem. Zwłaszcza w krajach, gdzie papiery kupić można.
W Rumunii przy ambasadzie polskiej powstał projekt łamiący radosne, słodkie schematy. Zamiast okresowych cukierków i szykownie wyglądających, niekiedy przypadkowych darów – projekt „Dzieci Bukowiny”. Kompletnego wyposażenia i dofinansowania ośmiu szkół. Z regionu, gdzie dzieci „polskie” dominują, ale szkół wieloetnicznych. Rumuńskich, ukraińskich, niemieckich. Szkół zaniedbanych. Niedających gwarancji na dalszą edukację. Na zdobycie zawodu umożliwiającego karierę w kraju macierzystym. Inicjowanego przez stronę polską, ale w przyszłości współfinansowanego przez rumuńską, niemiecką, unioeuropejską.
Projekt autorstwa konsulów Borysa Sekały i Marleny Solak jest drogi jak na radosne, cukierkowe schematy. Ale warto od jednorazowych słodkości odejść, odejść od jednorazowych, politycznych często gestów. Spróbujmy pomóc kompleksowo dzieciom Bukowiny. Wiedząc, że czekają też dzieci w Raszkowie, Rybnicy, Mościskach, Sołecznikach…

Wydanie: 39/2002

Kategorie: Blog

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy