Demokracja na uniwersytecie

Demokracja na uniwersytecie

Wybory rektora UW podgrzewają media

Nasz znakomity felietonista prof. Bronisław Łagowski w ostatnim numerze „P” przeciwstawia nudne i nazywane farsą wybory prezydenckie w Rosji żywiołowej i barwnej kampanii wyborczej w Stanach Zjednoczonych, które określa mianem „wesołego miasteczka”.
Jak na tym tle można by scharakteryzować wybory rektora największej uczelni w Polsce, Uniwersytetu Warszawskiego? Kampania, która promuje kandydatów, jest dosyć niemrawa i wyciszona, a rezultat wydaje się przesądzony, więc bliżej jej do Rosji niż USA. Z drugiej strony, wybory na UW są indykatywne, a nie powszechne, wyboru kandydatów, jak i samego rektora dokonają elektorzy i tutaj system uniwersytecki jest zdecydowanie bliższy Stanom Zjednoczonym.

Indykacyjnie

Elektorów jest 219, reprezentują podstawowe grupy społeczności uniwersyteckiej: wykładowców, doktorantów, pracowników administracyjnych i studentów. W dniu 3 marca 2008 r. odbyły się już wybory indykacyjne, które wyłoniły troje kandydatów na rektora Uniwersytetu Warszawskiego. W głosowaniu każdy z elektorów miał prawo wskazać do dwóch osób, które jego zdaniem powinny ubiegać się o fotel rektora uczelni. Ci, którzy uzyskali ponad 10% ważnych głosów, otrzymali przepustkę do kandydowania.
W głosowaniu indykacyjnym najwięcej głosów zdobyła urzędująca już od trzech lat pani rektor, prof. Katarzyna Chałasińska-Macukow (Wydział Fizyki), której przypadło 113 głosów poparcia. Na drugim miejscu znalazł się prof. Stefan Jackowski z Wydziału Matematyki, który uzyskał 76 głosów, na trzecim zaś prof. Jan Bartelski – 48 głosów. Prof. Bartelski (Wydział Fizyki) zrezygnował z kandydowania na stanowisko rektora, ale nieoficjalnie mówi się o nim jako potencjalnym kandydacie na prorektora (tych jednak zgłasza dopiero rektor elekt).
Jeszcze przed głosowaniem indykacyjnym pojawiły się zarzuty, że ordynacja wyborcza na UW jest mało demokratyczna, bo daje większe szanse urzędującemu rektorowi, a nie jego kontrkandydatom. Zresztą nikt tutaj wcześniej nie może prowadzić żadnej kampanii i zachęcać potencjalnych wyborców, czyli elektorów, co sprawia, że korzyści odnosi tylko starający się o reelekcję.
– Może używać całej machiny władzy, aby zapewnić sobie ponowny wybór. Do ostatniej chwili nie ma konkurenta, podczas wyborów indykacyjnych okazuje się, że ewentualni przeciwnicy przegrywają z kretesem – mówił anonimowy profesor.

Bliżej Rosji?

W kolejnym głosowaniu, 7 kwietnia, z grona tych kandydatów wybrany zostanie rektor elekt. W chwili obecnej na placu boju zostało dwoje kandydatów, więc obiektywnie rzecz biorąc, nic nie zapowiada sensacji. Pani prof. Chałasińska-Macukow ma realne szanse na reelekcję, prof. Jackowski zaś zapewne po raz kolejny na przegraną. Jednak standardy demokracji nie pozwalają przesądzać wyniku przed samym głosowaniem, tym bardziej że media, a zwłaszcza „Gazeta Wyborcza”, próbują kampanii na UW nadać trochę więcej rumieńców, spolaryzować stanowiska i zaakcentować różnice między kandydatami. Efektem tych zabiegów są tytuły informacji w stylu „Ostra walka o fotel rektora UW”, jaka ukazała się po pierwszej debacie kandydatów na rektora UW. Czy było to rzeczywiście ostre starcie kandydatów, czy mało dynamiczne zaprezentowanie programów, nie wypada rozstrzygać, bo i tak liczy się to, co piszą media. Zresztą w tym roku są one bardziej aktywne niż podczas poprzednich wyborów na Uniwersytecie Warszawskim. Jedno, co pewne, debata między kandydatami na rektora to na UW coś zupełnie nowego. Takiej sytuacji nie było na największej polskiej uczelni od blisko dziesięciu lat.
Spotkanie przedwyborcze, które odbyło się w Auditorium Maximum, robiło dosyć fasadowe wrażenie. Kandydaci weszli na salę jednym wejściem, ale jakby zupełnie osobno i na niej nawet sobie nie podali rąk, na co zwykle czekają fotoreporterzy. Relacje po spotkaniu były dosyć zróżnicowane, jedni mówili, że debatę wygrała urzędująca pani rektor, drudzy wręcz przeciwnie, wskazywali, że nie miała nic ciekawego do powiedzenia, a swój program na drugą kadencję monotonnie odczytywała z kartki. Trochę zamieszania wprowadziła informacja, która ukazała się na specjalnym forum internetowym „Gazety Wyborczej” dzień po spotkaniu i w której jeden z anonimowych studentów przyznał, że pytania zadawane z sali kandydatom były wcześniej przygotowane. „A ja głosuję na Jackowskiego! – pisał. – Jestem studentem i mnie oraz moje koleżanki i kolegów prof. Jackowski dokładnie przygotował do zadawania pytań. To człowiek, który potrafi zaplanować kampanię i spotkał się z nami dwa razy po wyborach indykacyjnych (czego nie uczyniła pani Rektor)”.

Podgrzać atmosferę!

Jak wiadomo, wpisów na forach internetowych nie powinno się traktować ze szczególnym pietyzmem, jednak są one mimo wszystko komentowane. Prof. Piotr Węgleński, który był rektorem UW przez dwie kadencje (1999-2005), daje wyraz swojej dezaprobacie z powodu, jego zdaniem, niepotrzebnej kampanii, która się toczy w mediach. Sama ordynacja nie opowiada się za żadnym z kandydatów, natomiast to, że dobry rektor, który jest osobą bardziej znaną, ma szanse na reelekcję, jest zupełnie naturalne. Tym bardziej że były już przypadki, kiedy słabo oceniany rektor odchodził w wyniku wyborów już po pierwszej kadencji (kazus prof. Andrzeja Kajetana Wróblewskiego, który był rektorem w latach 1989-1993). Fakt, że wybory indykacyjne kandydatów na rektora nie są poprzedzone żadną kampanią i wyłania się ich w wyniku zakulisowych działań, wydaje się prof. Węgleńskiemu rozsądny. Gdyby taką kampanię organizował uniwersytet, byłoby o wiele więcej zarzutów, że władze uczelni promują same siebie. Natomiast hasła żądające zmian (jakie pojawiły się w programie prof. Jackowskiego) uważa były rektor za typowo populistyczne. – Barack Obama – mówi prof. Węgleński – też ich używa i choć nie wyjaśnia, o jakie konkretnie zmiany chodzi, znajduje poparcie sfrustrowanych wyborców.
Tonującą opinię ma o obecnej ordynacji prof. Stanisław Gebethner, notabene jeden z jej współautorów.
– Nie sądzę, aby zmiana ordynacji wyborczej była dobrym pomysłem – mówi. – Uniwersytet jest dużym organizmem, który ma sporą bezwładność. Jest rozproszony, występują w nim różne grupy interesów, które trzeba rozsądnie pogodzić.
Prof. Gebethner uważa więc, że trzyletnia kadencja dla rektora, z zakazem piastowania urzędu w trzeciej kadencji, jest nie najlepszym rozwiązaniem. Sześć lat dla rektora takiej uczelni to bardzo mało. W przypadku kadencji trzyletniej zakaz kandydowania powinien obejmować czwartą kadencję.
– Mechanizm funkcjonowania uczelni jest bardzo ociężały i wprowadzenie jakiegoś indywidualnego programu w życie jest ogromnie utrudnione – dodaje. – Wydłużyłbym kadencję do lat czterech i wtedy należałoby zakazem objąć trzecią kadencję. Kadencja trzyletnia była dobra dlatego, że dawała możliwość szybkiej zmiany rektora, który okazał się zły, bez konieczności uruchamiania procedury usunięcia go ze stanowiska.
Prof. Piotr Węgleński przypuszcza, że większe zaangażowanie się społeczności studenckiej w kampanię wyborczą może wynikać z populistycznych haseł, jakie przygotował jeden z kandydatów, i wyraźnie nie odpowiada mu wizja rozdyskutowanej, rozpolitykowanej uczelni.
– Abyśmy tutaj mieli taką kampanię jak przy wyborach powszechnych w kraju, musiałyby na UW powstać partie polityczne, np. partia profesorska, partia studencka, partia pracowników administracji, może jeszcze kogoś. Wtedy byłoby tak jak wszędzie, a tego chcielibyśmy jednak uniknąć – konkluduje były rektor, który wyklucza zarazem własne kandydowanie w przyszłości. – Z powodu wieku – tłumaczy.

 

Wydanie: 12/2008

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy