Demokracja przez internet

Demokracja przez internet

Proces wyborczy przenosi się do sieci, czy tego chcemy, czy nie

– Nie jesteśmy alternatywą dla partii politycznych, nie próbujemy ich zabić. Zawód polityka istnieje od początku cywilizacji i zawsze będzie potrzebny. Nasz system jest uzupełnieniem współczesnej demokracji uczestniczącej, a nie początkiem jej końca – mówi mi Imants Breidaks, łotewski historyk i przedsiębiorca, założyciel platformy internetowej ManaBalls.lv.

Rozmawiamy w trakcie Personal Democracy Forum, corocznej konferencji ściągającej do Europejskiego Centrum Solidarności w Gdańsku pochodzących z całego świata entuzjastów demokracji cyfrowej, polityk publicznych i nowych form partycypacji społecznej. Na ich tle Breidaks i jego projekt z pewnością wyróżniają się wydajnością. ManaBalls.lv powstała w 2015 r., dziś jest nie tylko jedną z najpopularniejszych politycznych stron internetowych na Łotwie, ale też prawdopodobnie najskuteczniejszym rozwiązaniem w dziedzinie cyfrowej inicjatywy obywatelskiej.

To narzędzie internetowe, za pomocą którego każdy obywatel Łotwy mający pełnię praw wyborczych może złożyć projekt ustawy, który jego zdaniem powinien zostać rozpatrzony przez tamtejszy parlament. – Nie znaczy to jednak, że zalewamy parlamentarzystów setkami projektów. Publikujemy tylko 40% zgłoszonych do nas pomysłów. Reszta nie spełnia podstawowych wymogów prawnych – podkreśla Breidaks.

Eksperci ManaBalss, głównie prawnicy i ekonomiści, sprawdzają obywatelskie postulaty pod kątem zgodności z prawem, ratyfikowanymi przez Łotwę umowami międzynarodowymi i podstawowymi założeniami dyscypliny budżetowej kraju. Aby projekt ustawy trafił pod obrady parlamentu, potrzeba 10 tys. podpisów. To oczywiście dużo mniej niż w większości krajów europejskich (w Polsce próg jest 10 razy wyższy), ale ponieważ Łotwa ma zaledwie 1,95 mln mieszkańców, czyli mniej niż Warszawa, wynik ten i tak nie jest łatwy do osiągnięcia.

Historia sukcesu ManaBalss zaczyna się jednak właśnie w tym momencie. – Aż 67,5% zgłoszonych przez nas obywatelskich projektów zostaje przyjętych przez parlament i staje się częścią łotewskiego porządku prawnego – Imants Breidaks z dumą odsyła mnie do statystyk skuteczności legislacyjnej na stronie swojego projektu. To bez porównania najwyższy odsetek wśród wszystkich istniejących na świecie platform demokracji bezpośredniej. Maksymalna skuteczność podobnych projektów, działających m.in. w Finlandii i w Danii, to jedna trzecia uchwał przyjętych przez parlament.

– Naszym największym osiągnięciem jest przegłosowanie obywatelskiej poprawki do łotewskiej konstytucji. Kiedy opowiadam o tym w Brukseli, innych europejskich stolicach czy za oceanem, ludzie twierdzą, że to niemożliwe. A my, na Łotwie, jesteśmy przykładem tego, że w epoce cyfrowej ludzie mogą wpływać na rzeczywistość polityczną dużo skuteczniej niż jeszcze kilka-kilkanaście lat temu – dodaje Imants Breidaks.

Breidaks jeży się trochę, gdy pytam o relacje z partiami politycznymi. Przecież jeśli jego platforma jest tak skuteczna, wkrótce może zastąpić zawodowych prawodawców. Co więcej, nie podlega ona żadnemu nadzorowi społecznemu – twórców prawa działających na ManaBalss nie da się przecież odrzucić czy ukarać w kolejnych wyborach, tak jak głosujący robią to ze źle funkcjonującymi administracjami. – Nigdy nie zastąpimy starych partii politycznych, nie to jest naszym celem. Tak naprawdę politycy nas kochają, bo wykonujemy dużą część pracy za nich, nie pobierając w zamian opłaty – odpowiada na moje wątpliwości.

Dorzuca też, że jego platforma hamuje rozwój populizmu, bo stanowi alternatywę dla coraz popularniejszych w Europie referendów. – Referenda są złe dla demokracji, bo zmuszają do wyboru: tak albo nie. To iluzoryczny wpływ na prawodawstwo, gdyż problemy społeczne bardzo rzadko da się rozwiązać zero-jedynkowo. Nasz system sprzyja debacie obywatelskiej. Na wszystkich jego szczeblach podstawą jest porozumienie. Z kolei w parlamencie politycy dodają swoje poprawki do naszych projektów, dyskutują nad nimi i modyfikują je. To nasze 67,5% przegłosowanych inicjatyw to tak naprawdę sukces całej łotewskiej demokracji – zaznacza.

Choć ManaBalss rzeczywiście okazała się niezwykle udaną inicjatywą, trudno oprzeć się wrażeniu, że sukces zawdzięcza stosunkowo łatwym do przeskoczenia barierom na Łotwie. Platforma, patrząc chociażby z regionalnego punktu widzenia, działa na małą skalę. Problem ten zauważa zresztą sam Breidaks, opowiadając o próbach przeniesienia jego rozwiązań technologicznych do innych państw. – Do tej pory nie udało się to ani razu. Najczęściej na przeszkodzie stoją pieniądze. Nasi zagraniczni partnerzy nie zdają sobie sprawy, że nie wystarczy przekleić kod i uruchomić platformę. Rozwiązania zastosowane w ManaBalss są bardzo złożone, a ich codzienna obsługa wymaga wielu godzin pracy, również drogich w utrzymaniu programistów. Nie wszyscy są gotowi wydać aż tyle na partycypację obywatelską.

Inną trudnością, o której jednak Breidaks nie wspomina, jest kontekst kulturowy, tradycje uczestnictwa obywateli w polityce. Prof. Jean-Luc Albert, politolog z uniwersytetu w Lyonie, podkreśla, że cyfrowe rozwiązania w demokracji szczególnie trudno wprowadza się w państwach, gdzie wyborcy są przyzwyczajeni do kluczowej roli wielkich partii. Jednym z takich miejsc, zauważa, jest Francja – od dekad kształtowana przez wielkie, zinstytucjonalizowane organizmy: partie polityczne i związki zawodowe. Według prof. Alberta dla francuskich wyborców naturalne jest przypisywanie twarzy konkretnych polityków do ważnej legislacji. Już przy tradycyjnej inicjatywie obywatelskiej to niemożliwe – a przecież jej cyfrowa wersja tym bardziej jest pozbawiona jednostkowych cech ludzkich.

Kolejne wyzwanie stojące przed platformami cyfrowej demokracji bezpośredniej to coraz większa fragmentaryzacja europejskiej sceny politycznej. Większa liczba partii sprawia, że aby projekt obywatelski miał szansę przejść przez parlament, musi wokół niego powstać praktycznie cała koalicja mecenasów politycznych – jeden już nie wystarczy. Doskonałym przykładem tego zjawiska jest chociażby Holandia. Prof. Sebastiaan Faber z Oberlin College przypomina, że w tym kraju jeszcze dwie dekady temu ton debacie politycznej nadawały trzy duże partie. Dziś ich liczba wzrosła do ośmiu, a trend ten postępuje. W dodatku coraz częściej są to partie jednej kwestii. Koncentrują się na sprawach tożsamościowych, takich jak prawa imigrantów i zasady nadawania obywatelstwa, lub społecznych – np. małżeństwach jednopłciowych czy aborcji. Z kolei projekty obywatelskie w większości dotyczą kwestii praktycznych, ważnych z punktu widzenia obywatela, ale często niedostrzegalnych dla stołecznych polityków. W dużych, złożonych demokracjach łatwo sobie wyobrazić scenariusz, w którym projekty obywatelskie giną po prostu z braku zainteresowania zawodowych polityków.

Wreszcie w debacie o cyfrowej inicjatywie demokratycznej trzeba powiedzieć kilka zdań o roli edukacji obywatelskiej. Innymi słowy, przy rozwijaniu demokracji online nie można zapomnieć, jak ważna jest nauka w trybie offline. W tym przypadku Breidaks ma akurat odmienny pogląd. – Zastanówmy się, ile godzin tradycyjnej edukacji poświęciliśmy na naukę używania Google’a albo obsługi własnego smartfona. Odpowiedź brzmi: zero. Cyfrowa partycypacja obywatelska też nie wymaga nauki w klasycznej formie, wielu godzin w sali lekcyjnej. Wszystko da się rozwiązać dobrze zaprojektowanym, funkcjonalnym, intuicyjnym interfejsem w sieci. Ludzie sami nauczą się z niego korzystać – wyjaśnia Breidaks.

Jego optymizm jest jednak rzadkością wśród ekspertów. Pablo Aragon, specjalista ds. sztucznej inteligencji z katalońskiego uniwersytetu Pompeu Fabra: – Sami nauczyliśmy się korzystać ze smartfonów, ale nikt z nas nie zadaje sobie pytania, czy czasem nie korzystamy z nich tak, jak chce tego ich producent – najczęściej jeden z technologicznych gigantów. Dlatego edukacja offline jest konieczna, by zadawać sobie tego typu pytania. Potrzeba nam więcej krytycznego myślenia w szkołach. Nie musimy wszyscy umieć kodować, ale powinniśmy lepiej oceniać płynące do nas informacje i dawane nam do ręki narzędzia – mówił mi Aragon w czasie Personal Democracy Forum.

Bez względu na opinie badaczy zmiana jakościowa w polityce nadchodzi wielkimi krokami. Digitalizacja procesów wyborczych już ma miejsce – elektroniczne głosowanie w Estonii zostało wprowadzone w 2005 r. Proces wyborczy przenosi się do sieci, czy tego chcemy, czy nie. Naszym zadaniem musi być teraz utrzymanie go pod jak najściślejszą kontrolą – publiczną, nie prywatną. W przeciwnym razie liberalna demokracja zmutuje do technologicznego autorytaryzmu. O tyle trudnego do zwalczania, że niemożliwe będzie przypisanie mu ludzkiej twarzy.

Fot. REUTERS/Forum

Wydanie: 17-18/2019

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy