Czarny scenariusz wojny

Czarny scenariusz wojny

Czy Bliski Wschód stanie w płomieniach?

Jeśli Jasir Arafat zginie od izraelskich kul, będzie to początek III wojny światowej – ostrzegł dyrektor generalny palestyńskiego ministerstwa informacji, Mahmud Halifa. Arabskie stolice czują swą militarną słabość i nie chcą konfrontacji z państwem żydowskim. Nie można jednak wykluczyć, że Bliski Wschód stanie w płomieniach regionalnego konfliktu. Jego skutki dla świata będą nieobliczalne.
Inwazja Izraela na terytoria palestyńskie rozpaliła do białości gniew Arabów. Izraelscy żołnierze działają z przerażającą bezwzględnością w Nablusie czy w Betlejem, strzelając przez okna i drzwi do cywilów i nie dopuszczając ambulansów do rannych. Te szokujące obrazy transmituje telewizja w krajach muzułmańskich od Indonezji po Maroko. W Ammanie i Kairze, stolicach państw arabskich, które podpisały traktat pokojowy z państwem żydowskim, odbyły się największe antyizraelskie demonstracje. Reżimy egipski i jordański, niemające wielkiego poparcia we własnych społeczeństwach, mogą ugiąć się przed

gniewnymi nastrojami tłumów

na ulicach, zwłaszcza jeśli Arafat zostanie zabity. Jak pisze amerykański magazyn „Time”, pierwszy ruch może wykonać prezydent Egiptu, Hosni Mubarak, który już zawiesił stosunki dyplomatyczne z Tel Awiwem. Mubarak jest sojusznikiem Stanów Zjednoczonych i wie, że gospodarka egipska załamie się bez 2 mld dol., które każdego roku przekazuje Kairowi Waszyngton. Z drugiej strony, Mubarak stał się więźniem własnej propagandy – egipskie media od dawna ciskają gromy na Izrael i sławią potęgę wojskową własnego kraju. Być może, w końcu autokrata znad Nilu uzna, że zachowa wiarygodność wobec własnego narodu tylko wtedy, gdy złamie traktat pokojowy z Tel Awiwem i wyśle 1,5 tys. czołgów na zdemilitaryzowany dotychczas półwysep Synaj. Wtedy także Izrael musiałby rozmieścić armię na granicy z Egiptem. Premier Szaron nie mógłby już kontynuować zbrojnej wyprawy przeciwko Palestyńczykom. Gdyby Mubarak zdecydował się na ten krok, inni arabscy przywódcy także musieliby wykazać gotowość do boju. Król Jordanii Abdullah i prezydent Syrii Bashar Assad zaledwie dwa lata sprawują władzę, którą przejęli po potężnych ojcach, a ich pozycja wciąż jest słaba. Może obaj dojdą do wniosku, że prawdziwą legitymację do rządzenia w oczach swych generałów i szefów tajnych służb zdobędą poprzez wojnę z Izraelem. W ubiegłym roku samoloty izraelskie zbombardowały syryjskie instalacje radarowe w Libanie, zaś Damaszek nie odważył się na rewanż. Wielu wysokiej rangi oficerów ma za złe prezydentowi tę „słabość”. Być może, Assad uzna, że wojna pozwoli mu zrehabilitować się w oczach wojskowych. Prawdziwym punktem zapalnym jest Liban, w którym stacjonują wojska syryjskie. Damaszek jest także protektorem islamskiego Hezbollahu, działającego w południowym Libanie. Akcje zbrojne jego członków doprowadziły w maju 2000 r. do wycofania się armii izraelskiej z południowego Libanu (po 18 latach okupacji). Obecnie islamscy partyzanci zapowiadają, że przyjdą Palestyńczykom z pomocą zbrojną. Ostrzelali już zaanektowany przez Izrael region Szebaa. Damaszek skierował do Libanu 20 tys. żołnierzy. Na północnej granicy państwa żydowskiego może szybko rozpalić się „drugi front”.
A jeśli Syria rozmieści jeszcze 2 tys. swoich czołgów na granicy okupowanych przez Izrael wzgórz Golan? Jeśli Jordania wyśle 700 pojazdów pancernych ku granicy Zachodniego Brzegu Jordanu? Jeśli Amman i Damaszek zgodzą się na przyjęcie wojsk irackich? Wszak reżim Saddama Husajna aż pali się (przynajmniej w oficjalnej propagandzie) do zbrojnej rozprawy z Izraelem. Konfrontacja izraelsko-arabska może doprowadzić do spustoszenia całych regionów. Zapewne Irakowi pozostały tylko niewielkie zasoby broni biologicznej i chemicznej, ale syryjskie arsenały są jej pełne.
Wojna wybuchnie, nawet jeśli Kair, Amman i Damaszek urządzą tylko demonstrację zbrojną bez zamiaru agresji. Izrael będzie musiał wtedy zmobilizować ponad 420 tys. rezerwistów, co doprowadzi do paraliżu gospodarki. Już przed I wojną światową obowiązywała zasada, że

mobilizacja prowadzi do wojny.

Państwo żydowskie nie może zbyt długo utrzymywać pod bronią rezerwistów, prawdopodobnie więc – tak jak w 1967 r. – dokona prewencyjnego uderzenia na skoncentrowane w pobliżu granic armie arabskie. W 1967 r. Arabowie ponieśli druzgoczącą klęskę, a od tego czasu przewaga militarna Izraela wzrosła i stała się wręcz miażdżąca. W 1982 r. lotnictwo państwa żydowskiego zestrzeliło 80 syryjskich samolotów nad libańską doliną Bekaa, nie tracąc ani jednej maszyny. Zwycięstwo Izraela jest więc oczywiste (jako środek ostateczny Tel Awiw ma 200 głowic atomowych), ale nie przyniesie mu pokoju ani zabezpieczenia przed nową inwazją. Zresztą czy Izrael może okupować Jordanię albo utrzymywać garnizon w Damaszku?
Ewentualna wojna regionalna doprowadzi izraelską gospodarkę na krawędź ruiny i wstrząśnie światem. Arabowie mogą posłużyć się bronią naftową. Wzrost ceny „czarnego złota” sparaliżuje wychodzącą powoli ze stagnacji światową ekonomię. Nastąpią niekończące się serie zamachów terrorystycznych – już teraz we Francji płoną synagogi, a islamscy ekstremiści nawołują do zemsty na „Żydach i ich amerykańskich protektorach”. Osama bin Laden, jeśli jeszcze żyje, będzie z pewnością triumfował – na świecie rozpoczyna się wojna cywilizacji.
Powyższy krwawy scenariusz jest na szczęście mało prawdopodobny. Minister spraw zagranicznych Kataru, Hamad bin Jassem al-Thani, przyznaje: „My, Arabowie, jesteśmy zbyt słabi, aby pomóc Palestyńczykom. Możemy tylko błagać Amerykanów o interwencję”. Niemniej jednak w dziejach świata istnieje wiele konfliktów, które wybuchły niespodziewanie, rozpętane wbrew wszelkim zasadom zdrowego rozsądku.
Ale zagrożenia są poważne, nawet bez rozpoczęcia regionalnej wojny. Wiele wskazuje na to, że premier Szaron, korzystając z chwiejnego stanowiska Waszyngtonu, zamierza

zniszczyć Autonomię Palestyńską.

Doprowadzi to tylko do dalszego przelewu krwi, ataków terrorystów-samobójców i ludzkich cierpień. A jeśli Szaron zdecyduje się wyeliminować swego śmiertelnego wroga, Jasira Arafata? Jak pisze izraelski dziennikarz i działacz pokojowy Uri Avnery, Ariel Szaron i jego „gang” są jak szaleni zeloci, którzy 1930 lat temu doprowadzili do beznadziejnego powstania przeciw Rzymianom, co skończyło się unicestwieniem wspólnoty żydowskiej w Palestynie. Jeśli Arafat zostanie zlikwidowany, będzie to „punkt bez powrotu”. Szaron nie znajdzie wśród Palestyńczyków kolaborantów, a jeśli znajdzie, natychmiast zostaną zgładzeni. Schedę po Arafacie obejmie „Brat Kałasznikow”. „Pojawią się dziesiątki lokalnych przywódców partyzanckich i rozpoczną kampanię odwetu mogącą trwać wiele lat, nie tylko tu, ale na całym świecie. Życie każdego Izraelczyka zmieni się w piekło, a świat stanie się ulicą Jerozolimy. Żadna izraelska ambasada, samolot, żaden turysta nie będzie bezpieczny”. To samo dotyczy ambasad, samolotów i turystów ze Stanów Zjednoczonych oraz innych państw Zachodu.

 

Wydanie: 14/2002

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy