Pogrzeb normalizacji

Pogrzeb normalizacji

Donald Trump zaostrza politykę wobec Kuby. Czy USA dobrze na tym wyjdą?

Chyba nikt nie wątpił, że zwycięstwo Donalda Trumpa będzie oznaczało zmiany w polityce Stanów Zjednoczonych wobec Kuby. Zastanawiano się jedynie nad ich zakresem. Dziś wielu komentatorów politycznych mówi o pogrzebie normalizacji, potwierdzonej w 2015 r. uściskiem dłoni Baracka Obamy i Raula Castro w Panamie i „pobłogosławionej” przez papieża Franciszka. Republikańska administracja Trumpa zajęła wobec Hawany twarde stanowisko. Niewątpliwą rolę w tej strategii odgrywają osobiste ambicje prezydenta, konsekwentnie walczącego z liberalną schedą po Baracku Obamie.

Obietnice z Miami

16 maja prezydent USA przybył do Miami, stolicy diaspory kubańskiej, aby przed weteranami 2506. brygady, którzy w 1961 r. atakowali Zatokę Świń, potwierdzić, że będzie realizował złożoną im w czasie kampanii wyborczej obietnicę zrezygnowania z polityki normalizacji stosunków z Kubą. Siedzących w pierwszych rzędach teatru weteranów zapewnił: „Nie będziemy wspierać monopolu wojska uciskającego naród. (…) Wiemy, co tam się dzieje, i tego nie zapomnimy. Kuba musi otworzyć system na inne partie, pozwolić na wolne wybory, uwolnić więźniów politycznych i nie udzielać schronienia przestępcom amerykańskim”. Było to bardzo agresywne wystąpienie, mające zadowolić zdecydowanych wrogów Raula Castro. Donald Trump mówił o wspieraniu przez Kubę reżimu północnokoreańskiego, międzynarodowego terroryzmu i rządu Wenezueli. Nową politykę Trumpa wobec Kuby ma usprawiedliwiać to, że „w Hawanie ciągle rządzą ci, którzy wymordowali tysiące swoich rodaków”.

Z wypowiedzi Trumpa można by wnioskować, że Obama pogorszył życie Kubańczyków. Jednak ankiety przeprowadzone wśród społeczności kubańskiej na Florydzie dowodzą czegoś innego. Działania wobec Kuby podjęte przez Obamę zyskały aprobatę ponad 60% obywateli Stanów Zjednoczonych i wspólnoty kubańsko-amerykańskiej. Według ankiety Bendixen & Amandi (firmy z branży badań opinii zajmującej się społecznościami latynoskimi i mniejszościowymi), przeprowadzonej bez zgody władz kubańskich, 90% obywateli Kuby było tego samego zdania.

Sprzeczne zakazy

Wydaje się, że mimo ostrych zapowiedzi Trumpa zasięg zmian w polityce wobec Kuby będzie ograniczony. Całościowe anulowanie porozumienia Obamy z Castro nie wchodzi w grę. Mogłoby zaowocować nieporozumieniami z sojusznikami, a także powodować nowe konflikty ze strategicznymi rywalami USA – Rosją i Chinami, nie mówiąc o kłopotach w stosunkach z Ameryką Łacińską. Dzisiaj już żaden kraj na świecie nie popiera antykubańskiej blokady. Jest uważana za nielegalną, niemoralną i przynoszącą odwrotne skutki.

Deklaracja prezydenta nie oznacza więc całkowitego unieważnienia uzgodnień poprzednika. To, co istotne dla Kubańczyków, np. podróże rodzinne i przelewy, zostanie utrzymane. Nic się nie zmieni w kwestii embarga ani w relacjach dyplomatycznych po otwarciu ambasad. Najbardziej znaczące zmiany mają dotknąć transakcje handlowe z konglomeratem firm wojskowych i służb specjalnych. Grupa Zarządzająca Przedsiębiorstwami (GAE) kontroluje 60% gospodarki kubańskiej – to niezliczone powiązania kapitałowe, obiekty turystyczne, restauracje, hotele, przedsiębiorstwa eksportowe i importowe, supermarkety, sieci odzieżowe, instytucje bankowe itd. Nałożenie restrykcji na handel z GAE to cios nie tylko w kubański sektor publiczny, ale także w małe firmy prywatne współpracujące z konglomeratem.

Sektorem gospodarki, który może odczuć efekty polityki Trumpa, będzie turystyka. Całkowita eliminacja podróży samolotami i statkami wycieczkowymi na wyspę oznaczałaby straty dla transportu lotniczego i morskiego rzędu 3,5 mld dol. Chociaż za czasów Obamy turystyka była oficjalnie zakazana, stworzono 12 kategorii podróży, obejmujących m.in. wizyty rodzinne czy projekty humanitarne i kulturalne. Praktycznie każdy Amerykanin mógł więc pojechać na Kubę. Tylko w pierwszych pięciu miesiącach tego roku wyspę odwiedziło 285 tys. obywateli amerykańskich, a więc tylu, ilu w całym roku 2016. Teraz każda podróż ma być kontrolowana administracyjnie.

Dotychczas Amerykanie podróżujący indywidualnie mogli korzystać z prywatnych miejsc noclegowych i prywatnie się stołować na całej wyspie. Mogli odwiedzać niezależnych artystów i przedsiębiorców prywatnych. Odtąd mają podróżować w grupach wysyłanych przez operatorów lub organizacje zaakceptowane przez Departament Skarbu. Oznacza to, że będą się zatrzymywać w hotelach zarządzanych przez wojskowych i korzystać z obsługiwanych przez nich instytucji. Jak to się ma do zakazu utrzymywania kontaktów biznesowych z GAE, wie chyba tylko prezydent Trump.

Strzał w kolano

Zmiany w podejściu Trumpa do problematyki kubańskiej wynikały z jego potrzeb wyborczych. Początkowo był on nawet zwolennikiem odmrożenia stosunków, ale konieczność mobilizacji sił w walce z Hillary Clinton skłoniła go do szukania wsparcia u senatora Marca Rubia i wrogów reżimu braci Castro. Odtąd Trump kierował się wskazówkami senatora Rubia, Kubańczyka z pochodzenia i jednego z kandydatów republikańskich w ostatnich wyborach prezydenckich, oraz kongresmena Maria Díaza-Balarta, w którego żyłach płynie krew Fidela Castro. 16 maja Trump powiedział to, co od ponad półwiecza obiecywali emigrantom kubańskim różni prezydenci Stanów Zjednoczonych: wolną Kubę, wsparcie dla społeczeństwa obywatelskiego i obalenie systemu naruszającego prawa człowieka.

Żadna emigracja nie jest jednak monolitem w kwestii poglądów. Znalezienie najlepszej formuły transformacji na wyspie to problem, który dziś dzieli kubańską diasporę w Miami bardziej niż kiedykolwiek. Według danych ankietowych opublikowanych w 2016 r. przez Florida International University, w hrabstwie Miami Dade 63% Kubańczyków było przeciwnych embargo, a 57% opowiadało się za rozszerzeniem relacji handlowych z Kubą.

Obama nie był naiwny i zakładał, że jego polityka odprężenia jest jedynie grą. W czasie wystąpienia w Hawanie powiedział otwarcie, że ostateczne zmiany w relacjach z Kubą zależeć będą od zmian systemowych na wyspie. Trump natomiast głosi pompatycznie, że jego celem jest zadanie ostatecznego ciosu „zdeprawowanej ideologii”.

Wiadomo, że o zmianach międzypokoleniowych na Kubie będą decydowały siły zbrojne. W przyszłym roku, po raz pierwszy od 1976 r., prezydentem może tam zostać cywil. Myli się ten polityk, który nie docenia siły nacjonalizmu kubańskiego, umacnianego przez ostatnie półwiecze. Wydaje się, że Trump strzelił sobie w kolano. Rząd kubański nie omieszka wykorzystać jego decyzji jako kolejnego dowodu na mieszanie się USA w wewnętrzne sprawy Kuby, a to może służyć skupieniu społeczeństwa wokół wojska jako gwaranta jego bezpieczeństwa.

Wydanie: 26/2017

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy