Telefon z drogi

Telefon z drogi

Musiałem zachowywać ostrożność, chcąc wywieźć reporterów żywych z Darfuru, by świat dowiedział się czegoś więcej o tutejszej sytuacji

Z pewnością zdajecie sobie sprawę, jakie znaczenie może mieć dobry zasięg telefonu. Pędziliśmy przez rozpaloną afrykańską pustynię porysowanym i ubłoconym land cruiserem, który tydzień wcześniej był o wiele bielszy. Nasz kierowca, pochodzący jak ja z jednego z darfurskich plemion, lawirował między ciernistymi zaroślami akacji, sprawnie operując biegami podczas jazdy po głębokim piasku kolejnych wąwozów, które nazywamy uedami, i przelatując nad wybojami – nie ma tu bowiem dróg godnych, by nazwać je drogami. Młody filmowiec z Wielkiej Brytanii Philip Cox, ulokowany na tylnym siedzeniu, dzielnie wytrzymywał tę jazdę, podczas której podskakiwaliśmy pod sufit, a wieziony przez nas ładunek łomotał, brzęczał i chlupotał. Philip, weteran obeznany z tymi pustyniami, był w dobrym humorze, choć od tygodnia rozbijał się po zakurzonych drogach i przeprowadził już wiele wyczerpujących emocjonalnie wywiadów. Ci, którzy przeżyli, opowiadali nam, jak ludzie z pochodniami, uzbrojeni w karabiny maszynowe, otaczali nocą wsie, zabijali mężczyzn, kobiety i dzieci, palili mieszkańców żywcem w typowych dla Darfuru chatach z trawy. Opowiadali o gwałceniu i okaleczaniu młodych dziewcząt, o egzekucjach młodych mężczyzn, których zabijano maczetami – czasem 80 z rzędu.

Człowiek nie może pozostać obojętny, ale nie ustaje w działaniu, bo nasza praca polega na przekazywaniu światu takich opowieści. I my nie ustawaliśmy.

Byłem tłumaczem i przewodnikiem Philipa. Miałem zadbać, żebyśmy wrócili z tej wyprawy cali i zdrowi. Kilka razy na godzinę dzwoniłem do dowódców grup rebelianckich albo Narodowej Armii Czadu i pytałem, czy możemy przejechać tą lub tamtą drogą, żeby uniknąć potyczki albo innych kłopotów. Zgromadziłem pokaźny zbiór numerów telefonicznych i dlatego wielu reporterów chciało właśnie ze mną jeździć do Darfuru. Nie wiem, skąd Philip wziął numer mojej komórki – może dostał w ambasadzie Stanów Zjednoczonych, może w Departamencie Stanu, w ambasadzie brytyjskiej, od wysokiego komisarza ONZ do spraw uchodźców, a może od którejś z organizacji pomocowych lub zbrojnego ugrupowania. Wyglądało na to, że już wszyscy znają mój telefon. Na pewno nie dostał go od władz sudańskich – podlegli im żołnierze zabiliby mnie, gdyby mnie przyłapali na przemyceniu reportera do Darfuru.

Te rozmowy przez telefon satelitarny, a czasami przez komórki, często kończyły się stwierdzeniem któregoś z dowódców: „Jeśli tu wjedziecie, czeka was śmierć, bo dzisiaj walczymy z tymi i tymi”. Wtedy szukaliśmy innej drogi.

Jeśli jedno z rebelianckich ugrupowań dowie się, że kontaktowałeś się z innym, może cię uznać za szpiega, choć pracujesz tylko dla dziennikarza i po to, żeby przekazać relację – rebeliantom nie dajesz nic w zamian. Musiałem zachowywać ostrożność, chcąc wywieźć moich reporterów żywych z Darfuru, by świat mógł się czegoś więcej dowiedzieć o tutejszej sytuacji. Od czasu ataku na moją wioskę żyłem już tylko dla tej sprawy. Czułem, że w środku jestem właściwie martwy, chciałem, żeby reszta mojego życia na coś się zdała. Może czasami ogarniało was takie uczucie. Większość chłopaków, z którymi dorastałem, zginęła albo walczyła w oddziałach ruchu oporu. Też postanowiłem zaryzykować życie, ale zamiast karabinu moją bronią była znajomość angielskiego.

Powinniśmy dotrzeć do celu przed zachodem słońca, w przeciwnym razie narażaliśmy się na atak ze strony armii sudańskiej, prorządowych rebeliantów z Darfuru albo innych powstańców, którzy nie wiedzieli, kim jesteśmy, i mogli nas zabić z obawy o własne bezpieczeństwo. Nie spodobało się więc nam to, co się po chwili zdarzyło.

Niespodziewanie zajechało nam drogę sześć pojazdów, które wyłoniły się z labiryntu pustynnych zarośli. To też były land cruisery, ale ze ściętymi dachami, dzięki czemu bojownicy mogli z nich błyskawicznie wyskoczyć lub wskoczyć do środka, kiedy musieli np. uciekać po przegranej bitwie albo wymknąć się, zanim trafi ich pocisk z granatnika. Teraz z wozów wysypała się grupa pokrytych kurzem mężczyzn z kałasznikowami. Na rozkaz dowódcy wycelowali je w nas. Nie sposób zapomnieć szczęku tylu sztuk odbezpieczanej naraz broni. Wysiedliśmy powoli z naszego samochodu z rękami podniesionymi do góry.

Mężczyźni byli bez wątpienia rebeliantami. Zamiast mundurów mieli na sobie brudne dżinsy, przez piersi przewiesili pasy z amunicją, ich luźno zawiązane turbany, a właściwie chusty, pokrywała warstwa kurzu. Widać było, że walczyli od wielu dni. Przy tych oddziałach, które prawie codziennie staczają walki i zostawiają kolegów pogrzebanych w płytkich grobach, nie ma lekarzy. Wypaleni emocjonalnie bojownicy to żywe trupy, których przyszłość liczy się w godzinach. Dlatego bywają bezwzględni, jakby uważali, że każdy może razem z nimi przenieść się na tamten świat. Wielu widziało, jak mordowano ich rodziny i palono wsie. Możecie sobie wyobrazić, jak byście się czuli, gdyby wasza miejscowość została doszczętnie zniszczona, a cała rodzina zginęła z ręki wroga, którego teraz szukacie po całym kraju, żeby go zabić i móc spokojnie umrzeć.

Ci rebelianci to Sudański Ruch Wyzwoleńczy, Sudańska Armia Wyzwoleńcza, Ruch Sprawiedliwości i Równości oraz inne ugrupowania. Jeszcze inne grupy są w Czadzie. Przekraczają granice, kiedy i gdzie im się podoba. Często jest tajemnicą, skąd biorą karabiny i pieniądze, ale w Darfurze pełno jest broni automatycznej, odkąd Libia napadła na Czad, wykorzystując Darfur jako zaplecze. Trzeba też wiedzieć, że Sudan z jednej strony ma za sojuszników radykalne ugrupowania islamskie, z drugiej zaś większość swojej ropy naftowej dostarcza Chinom. Niektóre zachodnie grupy interesów oraz kraje sąsiednie wspomagają podobno organizacje rebeliantów. Jakie to smutne, że przez rozgrywanie tych partii na politycznej szachownicy cierpią zwykli ludzie.

Niemal połowa Afryki to pastwiska należące do hodowców bydła zamieszkujących wsie. Pod większością tych terenów znajdują się ogromne bogactwa naturalne, a na powierzchni mieszkają bardzo ubodzy ludzie. To 300 mln Afrykanów, którzy zarabiają mniej niż dolara dziennie i często są usuwani ze swojej ziemi lub zabijani dla ropy naftowej, wody, rud metali i diamentów. Dlatego tak łatwo powstają ugrupowania rebelianckie. Mężczyzn, którzy nas zatrzymali, nikt zapewne nie musiał namawiać, by przyłączyli się do takiej grupy.

Ich młody dowódca, po którym znać było zmęczenie, podszedł do mnie i powiedział w języku zaghawa:

– Daoudzie Ibarahaemie Hari, wszystko o tobie wiemy. Jesteś szpiegiem. Wiem, że pochodzisz z Zaghawów, tak jak my, że nie jesteś Arabem, ale niestety wykonujemy rozkazy i musimy cię zabić.

To, że wywodzę się z ludu Zaghawa, poznał bez trudu po małych bliznach w kształcie znaków zapytania, które babka wycięła mi na skroniach, kiedy byłem niemowlęciem. Powiedziałem, że owszem, jestem Zaghawa, ale dla nikogo nie szpieguję.

Dowódca z westchnieniem przyłożył lufę swojego M-14 do jednej z blizn na mojej głowie. Kazał mi stać spokojnie, a Philipowi powiedział, żeby się odsunął. Potem w łamanej angielszczyźnie dodał, żeby się nie martwił i że jak mnie zabiją, to odeślą go do Czadu.

– No dobrze, ale poczekaj chwilę – odparł Philip, unosząc rękę do góry, żeby powstrzymać na moment bieg wydarzeń. – O co chodzi? – zwrócił się do mnie.

– Myślą, że jestem szpiegiem, zaraz wystrzelą, rozerwie mi głowę, więc się odsuń.

– Kim są?

Wymieniłem nazwę organizacji, skinąwszy ostrożnie głową w stronę samochodu, na którym był wymalowany jej akronim.

Philip spojrzał na samochód i ujął się pod boki. Wyglądał jak typowy Brytyjczyk niezadowolony z niepotrzebnego kłopotu. Na głowie miał starannie zawiązany turban, ogorzała twarz była pobrużdżona, bo przeżył już na tych pustyniach wiele przygód. Nie zamierzał stać obojętnie i stracić świetnego tłumacza.

– Poczekaj chwilę – powtórzył, zwracając się do dowódcy rebeliantów. – Nie zabijajcie tego człowieka. On nie jest szpiegiem. To mój tłumacz. Nazywa się Suleyman Abakar Moussa, pochodzi z Czadu. Ma dokumenty.

Philip myślał, że tak się naprawdę nazywam. Posługiwałem się tym imieniem, żeby uniknąć deportacji z Czadu do Sudanu, na pewną śmierć. Rozesłano tam za mną listy gończe. Nie chciałem też być zmuszony do pozostania w Czadzie w obozie dla uchodźców, gdzie na niewiele bym się przydał.

– Zatrudniłem go, żeby mnie tu przywiózł. Nie jest szpiegiem. Kręcimy film dla telewizji brytyjskiej. Rozumiecie? Koniecznie powinniście to zrozumieć.

Poprosił, żebym dla pewności przetłumaczył jego słowa, co w mojej sytuacji zrobiłem z ochotą.

Zachowanie Philipa wywarło na dowódcy większe wrażenie niż to, co powiedział. Patrzyłem, jak palec rebelianta gładzi cyngiel. Lufa przytknięta do mojej skroni była gorąca. Czy niedawno strzelał, czy też słońce ją nagrzało? Ale jeśli mają to być moje ostatnie myśli, lepiej skupić się na czymś innym. Pomyślałem więc o rodzinie, o tym, jak bardzo ją kocham, i że pewnie wkrótce zobaczę się z braćmi.

– Zaraz do kogoś zadzwonię – powiedział Philip, wyciągając powoli telefon satelitarny z kieszeni spodni koloru khaki. – Nie zastrzelisz tego człowieka, za chwilę porozmawia z tobą twój dowódca, rozumiesz?

Odnalazł w notesie numer wysokiego dowódcy tego ugrupowania. W zeszłym roku robił z nim wywiad.

– Wasz szef – powiedział do uzbrojonych ludzi otaczających nas jak pluton egzekucyjny. Czekał na połączenie. – Ktoś z samej góry. Dzwonię teraz na jego bezpośredni numer. Zaraz odbierze.

Bóg jest litościwy. Telefon satelitarny miał mocny sygnał. Numer okazał się aktualny. Dowódca, znajdujący się gdzieś daleko, odebrał telefon. Pamiętał Philipa, dobrze go wspominał. Cud za cudem.

Philip szybko rozmawiał po angielsku, a ja spokojnie tłumaczyłem jego słowa mężczyźnie z karabinem. Podczas tej rozmowy dziennikarz trzymał palec w górze, prosząc tym gestem i spojrzeniem o jeszcze jedną chwilę, jeszcze chwilę. Roześmiał się, żeby pokazać, że jest starym przyjacielem tego po drugiej stronie linii.

– Są starymi przyjaciółmi – przetłumaczyłem.

Następnie Philip podał telefon dowódcy, który jeszcze mocniej przycisnął mi lufę do głowy.

– Porozmawiaj z nim. Proszę. On mówi, że to rozkaz.

Dowódca zawahał się, jakby przeczuwał podstęp, ale w końcu wziął telefon. Długo rozmawiali. Patrzyłem, jak palec na cynglu podnosi się i opada niczym kobra, w końcu się z niego ześlizgnął.

Kazali nam natychmiast opuścić tę okolicę.

Jak dobrze jest uniknąć śmierci. Przez kilka godzin bez przerwy śmiejesz się jak wariat, do rozpuku. Zdumiewająca rzecz. Nie zastrzelili mnie – humdallah. Bracia, jeszcze trochę na mnie poczekacie.

Nasz kierowca przez cały czas tylko wybałuszał oczy. Kierowcy często źle wychodzą na takich sytuacjach. Przez całą powrotną drogę do miejscowości Tine – nazywanej też Tiną – na granicy Czadu z Sudanem nie opuszczał nas radosny nastrój.

– To niesamowite, co zrobiłeś – powiedziałem do Philipa. Odezwał się dopiero wtedy, gdy minęliśmy kilka drzew.

– Tak, niesamowite. Od kilku tygodni próbowałem się z nim skontaktować. Mieliśmy szczęście.

Kierowca, który prawie nie znał angielskiego, zapytał mnie, co mówi Philip. Wyjaśniłem mu, że powiedział: „Bóg jest łaskawy”. Jestem przekonany, że to właśnie miał na myśli.

Rozdział z książki Daouda Hariego Tłumacz z Darfuru, przekład Hanna Jankowska, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2018


Daoud Hari (także Suleyman Abakar Moussa) urodził się w Sudanie. Po ucieczce z rodzinnej wsi, która została napadnięta i zniszczona, znalazł się w obozie dla uchodźców w Czadzie. Rozpoczął tam pracę jako tłumacz dla głównych światowych mediów, w tym „New York Timesa”, BBC i NBC oraz dla ONZ i organizacji pomocowych. Obecnie mieszka w Stanach Zjednoczonych.


Fot. AFP/East News

Wydanie: 51/2018

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy