Francusko-niemiecki spinacz

Francusko-niemiecki spinacz

Dobre stosunki na linii Berlin-Paryż mogą wyciągnąć Unię z kryzysu – twierdzą politycy po obu stronach Renu

Po politycznym trzęsieniu ziemi wywołanym decyzją o Brexicie i zwycięstwem Donalda Trumpa trudno orzec, jak będzie wyglądał nowy świat, który odsuwa od władzy liberalne elity. W niemieckich i francuskich mediach populistów przez długi czas lekceważono. Liderzy Alternative für Deutschland nadal epatują wdziękiem politycznych dyletantów, ale sytuacja zmieniła się o tyle, że dzisiaj zasiadają w sześciu landtagach i zerkają na wygodne fotele w Bundestagu. Niemieckie elity były przekonane, że taki scenariusz jak we Francji, gdzie nacjonalistyczny Front Narodowy stał się trzecią siłą polityczną, nie może się zrealizować – mimo oznak podobnych przemian społecznych. Pod pozorem konieczności walki z terroryzmem i kryzysem uchodźczym niemieccy i francuscy populiści dryfują w kierunku filozofii zamykania granic. Jednocześnie uzyskali glejt na wyrokowanie, komu przysługuje miano Europejczyka. Tworzone przez nich mity wciąż nie znajdują potwierdzenia w faktach, ale polityczny mainstream przestał już ich lekceważyć. Niemcy próbują włączyć ich do dyskusji nie tylko z obawy przed pojawieniem się niemieckiego odpowiednika Marine Le Pen. Angela Merkel, Sigmar Gabriel oraz przywódcy lewicowej opozycji wiedzą, że tylko argumentami przekonają kapryśnych wyborców i obnażą ciągnący się za AfD ogon kłamstw. – Wyniki wyborów w Niemczech i we Francji w 2017 r. mogą budzić wiele pytań, bo tylko te kraje mają potencjał, aby objąć przewodnią rolę i ochronić Wspólnotę przed egoizmami narodowymi – twierdzi w rozmowie z PRZEGLĄDEM Heinz Bude, socjolog z uniwersytetu w Kassel.

Reanimacja traktatu elizejskiego

Zdaniem Budego relacje niemiecko-francuskie powinny zostać na nowo ocenione i zweryfikowane. Oś Bonn/Berlin-Paryż była w ostatnich dziesięcioleciach stymulatorem europejskiej integracji. Przezwyciężenie antagonizmów przez Charles’a de Gaulle’a i Konrada Adenauera stało się podstawą Wspólnoty. Uwieńczeniem reanimacji stosunków między oboma krajami był traktat elizejski z 1963 r. Zaciekłych do niedawna wrogów połączyła wizja wolnej Europy bez granic, zapewniającej swobodny handel. Sen o Europie się ziścił, choć obecnie znów jest zagrożony.

– Zauważamy proces renacjonalizacji i wycofania się państw członkowskich Unii pod własny dach, nawet w tak z pozoru stabilnych społeczeństwach jak Holandia i Austria. Angela Merkel chce po raz czwarty ubiegać się o fotel kanclerski, ale już zaznaczyła, że „sama tego nie udźwignie”. Po Brexicie przyszłość UE zależeć będzie od skuteczności niemiecko-francuskiego tandemu – przekonuje znany politolog Herfried Münkler. Gorącym zwolennikiem odnowienia traktatu elizejskiego jest szef niemieckiej dyplomacji Frank-Walter Steinmeier. – Porozumienie o współpracy między Francją a Niemcami po tak straszliwej wojnie jest czymś wyjątkowym, szczególnie teraz nie powinniśmy zaniedbywać testamentu de Gaulle’a i Adenauera. Myli się ten, kto mówi, że pokój w Europie jest nam dany raz na zawsze – uważa przyszły prezydent Niemiec. Wtóruje mu jego polityczny nauczyciel Gerhard Schröder: – Dobre stosunki na linii Berlin-Paryż są dźwignią Archimedesa, za pomocą której możemy wyciągnąć Unię z nękających ją kryzysów.

Były kanclerz opowiada się za całkowitym wznowieniem traktatu z 1963 r. – W mojej ocenie należałoby sporządzić zupełnie nową umowę, wytyczającą jasną wizję współpracy – przekonuje.

Nieposkromiona blondynka

Zawarcie takiego porozumienia może się okazać niezwykle trudne. W obliczu pogłębiającej się dezintegracji również coraz więcej Niemców i Francuzów wybiera ucieczkę pod „narodowy dach”. Sondaże nad Sekwaną każą wątpić, że socjaliści utrzymają się u władzy. Wiele zależy od następnych miesięcy i nadchodzących wyborów w obu krajach, od tego, czy Merkel utrzyma władzę i z kim będzie rządzić. Ostatnio poniosła na własnym podwórku bolesne porażki. Była zmuszona poprzeć kandydaturę Steinmeiera na prezydenta, ponieważ jej kandydatka Marianne Birthler nie miałaby cienia szansy. Birthler jest członkinią Zielonych, co zostało przyjęte jako propozycja flirtu z partią Cema Özdemira, która popiera kurs kanclerki w polityce migracyjnej. Taki scenariusz rysują już nie tylko publicyści, którzy uporczywie zwracają uwagę na nowe zielone blezery Angeli Merkel. Chęć współpracy wyraził m.in. premier Badenii-Wirtembergii i legenda Die Grünen Winfried Kretschmann. Nikt nie wierzy natomiast w powtórkę wielkiej koalicji. Przy dobrym wyniku SPD i wygaszonych sporach z Die Linke Sigmar Gabriel nie przepuści swojej ostatniej szansy. Abstrahując od tego, kto wygra – skręcająca w lewo Merkel czy jej obecny zastępca (albo wracający niebawem ze Strasburga Martin Schulz) – czy któreś z nich może wznowić traktat z Pałacem Elizejskim, którego gospodynią będzie Marine Le Pen?

– Byłaby to najgorsza z możliwych konstelacji, choć nawet założywszy, że wygrałby François Fillon, nie obwieszczałbym powrotu niemiecko-francuskiej lokomotywy. Także socjaliści muszą co chwilę zerkać w lusterko wsteczne, czy „nieposkromiona blondynka” przypadkiem znów nie wybiegła przed szereg. Le Pen już teraz temperuje rządzących, którzy chwilami imitują jej styl, a to się odbija na relacjach z innymi państwami – zauważa znany francuski filozof Alain Finkielkraut. Wymiany życzliwości przed obiektywami pozwalają zapomnieć, że nawet duet Merkel-Hollande nie zawsze był zgrany. Kanclerz była zaskoczona, kiedy prezydent Francji w sprawie interwencji w Mali podjął solową akcję. Z kolei Hollande skarżył się w ojczystej prasie, że Merkel nie omówiła z nim decyzji otwarcia granic dla uchodźców. Nikt nie jest wolny od egoizmów.

Zgrany tandem

Jeżeli niemiecko-francuska lokomotywa nie wjedzie na dworzec w Brukseli, to kto ma uratować Unię Europejską? – Liczę na pomniejsze sojusze Berlina z krajami skandynawskimi, które jednak nie będą miały takiej siły jak relacje z zachodnim sąsiadem w najlepszych czasach – sądzi Heinz Bude.

Istotnie trudno akurat nasze czasy uznać za najlepsze. Terroryzm, fala uchodźców oraz kryzys strefy euro postawiły Unię przed całkowicie nowymi wyzwaniami. Przed nami zresztą także okres uważnego obserwowania prawdziwej, niedyktowanej wymogami kampanii polityki Donalda Trumpa. Przyszły prezydent USA słabo zna Europę. Największe zagrożenie widzi w Chinach i wojującym terroryzmie islamskim. To ma zresztą wpływ na jego obraz Putina, który w porównaniu z Chinami jawi się jako słabszy przeciwnik, za to wydaje się cennym sojusznikiem w walce z dżihadystami. W obliczu globalizacji, Trumpa i rosnących w siłę Indii czy Chin Europa będzie musiała zadbać o siebie sama. Tymczasem skłócona UE szkodzi przede wszystkim własnej sile konkurencyjnej. – Na dobrych stosunkach niemiecko-francuskich korzystamy wszyscy, bo napędzają pozostałe gospodarki w Unii – zapewnia Steinmeier. Naprawdę? Spójrzmy.

Mimo kryzysu migracyjnego Niemcy nadal są zamożnym i prosperującym krajem. Zreformowano systemy socjalne, a podatki dla przedsiębiorców obniżono. Rynek pracy został uelastyczniony, przy czym stopa bezrobocia jest rekordowo niska. Francja właściwie dopiero stoi przed tak daleko idącymi reformami, ale bezrobocie spadło w ostatnich miesiącach poniżej 10%. Koszty pracy we Francji nadal są co prawda znacznie wyższe niż w Niemczech, ale pierwsze kroki ku lepszemu zostały zrobione. Zmiany podatkowe odciążyły francuskie przedsiębiorstwa. Reglamentowane przez państwo rynki zostały liberalizowane. Reformy przedstawione wiosną tego roku przez francuskiego ministra finansów Michela Sapina pokazują, że Niemcy stały się dla Francji wzorem. – Ostatnie dwa lata skłaniają do optymizmu. Wiszące nad nami widmo kryzysu gospodarczego nie tylko zostanie przepędzone, ale śmiem twierdzić, że za kilka lat Francja dorówna Niemcom – wieści Alain Minc, ekonomista i były doradca Nicolasa Sarkozy’ego.

Hossa pokoleniowa

Seria zamachów terrorystycznych w 2015 i 2016 r. oraz klimat ciągłego zagrożenia sprawiły, że ambitne plany Michela Sapina nie zawsze przebijały się do opinii publicznej. Tymczasem przyszłość Francji rysuje się w jaśniejszych barwach niż jej wschodniego sąsiada. Nie tylko dlatego, że wydatki na integrację uchodźców mogą kiedyś rozsadzić niemiecki budżet, lecz także ze względów demograficznych. Do 2050 r. francuskie społeczeństwo powiększy się o 7,7 mln, podczas gdy w Niemczech obserwujemy depopulację. W połowie wieku oba kraje będą miały po 75 mln mieszkańców, tyle że Francuzi będą znacznie młodsi i wydajniejsi, mniej zatem będą wydawać na swój system socjalny. Francja ma przed sobą pokoleniową hossę. Pomyłką byłoby więc stwierdzenie, że przyszłość Unii Europejskiej zależy wyłącznie od Berlina. – Oba kraje mają swoje atuty i słabości, na których mogą zyskać i stracić. Wolałbym, żeby się uzupełniały i od siebie uczyły – podkreśla Steinmeier. Tworzony przez socjaldemokratów plan intensyfikacji współpracy niemiecko-francuskiej wymaga wszak ogromnych zmian, których przeprowadzenie w obecnej sytuacji wydaje się niemożliwe, np. ujednolicenia systemów podatkowych. Natomiast wspólna domena polityki zagranicznej i bezpieczeństwa może się okazać szansą – oczywiście przy mądrym zarządzaniu ryzykiem. Francja angażuje się w Syrii oraz Mali, ma duże możliwości militarne i tym samym wpływy na geopolitycznej szachownicy. Dysponuje bronią jądrową, a po wyjściu Wielkiej Brytanii z UE pozostanie ostatnim unijnym stałym członkiem Rady Bezpieczeństwa ONZ z prawem wetowania ważnych rezolucji. W kwestii bezpieczeństwa Unii Paryż będzie odgrywał w przyszłości kluczową rolę. Niemcy nie tylko nie mają takich możliwości, ale w ogóle po 1945 r. rzadko i niechętnie występują jako wojskowy żandarm Europy. Paryż coraz częściej naciska na Berlin, by ten mocniej udzielał się w regionach kryzysowych.

Droga do dawnej świetności

Argumentów za lepszą współpracą dostarczają przykłady z przeszłości. W sprawach polityki klimatycznej, porozumienia nuklearnego z Iranem oraz wojen w Syrii i na Ukrainie Merkel i Hollande nieodmiennie mówią jednym głosem. Efekty niemiecko-francuskiego dialogu zależały często od chęci przywódców, natomiast obecne wyzwania wymagają zagwarantowania trwałej współpracy, niezależnie od tego, kto akurat rezyduje w Pałacu Elizejskim lub zamku Bellevue. Zdaniem niemieckiego ministra spraw zagranicznych należałoby zinstytucjonalizować ustalenia traktatu z 1963 r., czyli wytworzyć odpowiednie organy, które zacieśniłyby kooperację, lecz również wzajemną kontrolę, która najpewniej nie każdemu politykowi w Niemczech i we Francji przypadłaby do gustu.

Według wstępnych ustaleń oba rządy musiałyby się zobowiązać do powołania ministra ds. niemiecko-francuskiej współpracy. Niemiecki urzędnik byłby upoważniony do uczestnictwa w posiedzeniach francuskiego rządu i odwrotnie. Co prawda, bez prawa do głosowania, za to z prawem zabrania głosu. Ministrowie ci mieliby koordynować stanowiska w zakresie polityki unijnej i zagranicznej. W gremiach UE występowałaby wyłącznie jedna osoba, przedstawiająca jednolite koncepcje obu państw członkowskich.

Planowane zmiany idą jednak znacznie dalej. Berlin i Paryż marzą o unii fiskalnej, z ujednoliconym systemem podatkowym. Wszelkie kwestie obronności, które Francja omawia w Radzie Bezpieczeństwa ONZ, mają być wcześniej konsultowane z Urzędem Kanclerskim. – Nie możemy polegać na luźnych ustaleniach traktatu elizejskiego, który na pewnych płaszczyznach bez wątpienia ożywił nasze stosunki. Żeby nie pozostał on jedynie niewiążącym dokumentem, musimy go stale aktualizować i na bieżąco realizować. Państwa Grupy Wyszehradzkiej odwracają się od europejskiego projektu, Hiszpania jest jeszcze gospodarczo zbyt słaba, Włochy najistotniejsze reformy mają przed sobą, a Wielka Brytania sama się wymanewrowała. Droga do dawnej świetności Unii Europejskiej wiedzie nieuchronnie przez Paryż i Berlin – utrzymuje Gerhard Schröder. Czy niemieccy i francuscy kierownicy „europejskiego pociągu” uratują Wspólnotę, czy tylko naginają politykę do swoich bieżących potrzeb? W każdym razie wiadomość o końcu funkcjonowania lokomotywy opalanej niemiecko-francuskim węglem byłaby przedwczesna.

Wydanie: 49/2016

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy