Amerykański sen w todze

Amerykański sen w todze

W USA jeden prawnik przypada już na 300 obywateli, ale nie rozwiązuje to problemów systemu

Analizę rynku prawniczego w Stanach Zjednoczonych należy zacząć od umiejscowienia dyplomu z prawa w tamtejszej piramidzie społecznej. Za oceanem, podobnie jak w innych krajach anglosaskich, studia prawnicze traktowane są raczej jak kurs zawodowy niż tradycyjna edukacja uniwersytecka. W Europie przyzwyczailiśmy się, że prawo to kolejny kierunek, na którym naukę rozpoczyna się po ukończeniu szkoły średniej. Owszem, większość krajów Starego Kontynentu utrzymuje jakąś formę państwowej certyfikacji prawa do wykonywania zawodu, jednak najczęściej następuje ona zaraz po studiach i jest praktycznym kursem tego, czego przyszli prawnicy uczyli się na uniwersytecie.

W Stanach tzw. szkoły prawnicze, czyli wydziały nauk prawnych, są ciałami dużo bardziej niezależnymi od reszty uczelni i działają na skalę wręcz masową. Oferowane przez nie kursy są niejako obok tradycyjnego podziału na studia pierwszego, drugiego i trzeciego stopnia. W USA prawo to najczęściej kolejna kwalifikacja, kurs zawodowy wybierany przez ludzi mających już w CV dyplomy z nauk politycznych, dziennikarstwa czy ekonomii. Ponadto status dyplomu szkoły prawniczej w ostatnich dekadach bardzo się zdewaluował.

Jak zauważa Jordan Weissmann z magazynu „The Atlantic”, jeszcze w latach 70. prawnik był zawodem prestiżowym, kojarzącym się z ważną misją społeczną, z odpowiedzialnością za współtworzenie wymiaru sprawiedliwości. Jednak w kolejnych latach, wraz z rozrostem sektora usług finansowych i doradczych oraz rozwojem ogromnych korporacji prawniczych, amerykański prawnik przeobraził się niemal w robotnika, wyrabiającego setki godzin w miesiącu nad stosami dokumentów. Dziś młodzi absolwenci szkół prawniczych muszą się liczyć z morderczym wręcz początkiem kariery, pochłaniającym zdecydowaną część ich tygodniowego harmonogramu. Żeby jednak w ogóle myśleć o rozpoczęciu praktyki w zawodzie, muszą się zmierzyć z wyzwaniem jeszcze trudniejszym niż nielimitowany czas pracy. Muszą tę pracę w ogóle dostać, co na dzisiejszym amerykańskim rynku usług prawniczych robi się coraz trudniejsze.

Według danych think tanku Brookings Institution obecnie w Stanach Zjednoczonych jest 1,34 mln prawników. Daje to prawie jednego certyfikowanego przedstawiciela tej profesji na 300 mieszkańców kraju. Co więcej, w ciągu ostatnich 11 lat liczba ta niemalże podwoiła się, z nieco ponad 750 tys. Do tej grupy zaliczają się oczywiście adwokaci, ale i prawnicy korporacyjni, odpowiedzialni m.in. za obsługę dużych firm i koncernów międzynarodowych. Do tego należy dodać ok. 10% absolwentów szkół prawniczych, którzy nigdy nie podeszli do egzaminów zawodowych, więc przynajmniej w teorii nie mogą praktykować. Te ponad 100 tys. osób często jednak służy jako „podręczna pomoc prawna” wewnątrz struktur firmowych. Pracodawca w ten sposób oszczędza na zewnętrznym doradztwie prawnym, a pracownik nie ma poczucia, że ukończenie jednego z najbardziej wymagających kursów w amerykańskim systemie było bezcelowe.

Przy tak ogromnej liczbie prawników pytanie o ich nadprodukcję nasuwa się samo. Czy Ameryka naprawdę potrzebuje aż tylu przedstawicieli zawodów prawniczych? I tak, i nie.

Paul Caron, dziekan szkoły prawniczej Pepperdine University, zwraca uwagę na najważniejsze czynniki zwiększające w ostatnich dekadach zapotrzebowanie na prawników. Zaczyna od tego, że Amerykanie się bogacą, przynajmniej wirtualnie. Cykliczna hossa na rynku nieruchomości sprawiła, że coraz więcej osób decydowało się najpierw na kredyt hipoteczny, a potem na zakup własnego mieszkania bądź domu. W połączeniu z coraz mniejszym wkładem państwa w mieszkalnictwo i spadkiem liczby mieszkań komunalnych spowodowało to, że wielu Amerykanów po raz pierwszy w życiu musiało podpisać tak ważną umowę. Stworzyło to pierwszą falę zapotrzebowania na prawników, którzy w ten sposób z zawodu obecnego w życiu społeczeństwa od święta przekształcili się w doradców życia codziennego.

Jako drugi czynnik Caron wymienia wspomniany rozwój sektora korporacyjnego. Coraz bardziej rozbudowany system finansowy, wymagający znajomości regulacji prawnych całego świata, potrzebuje nieustannego wsparcia prawnego. Dlatego w dzielnicach finansowych światła w kancelariach prawniczych palą się równie długo jak te na piętrach bankowców.

Rozrost Wall Street wymógł też zwiększenie zatrudnienia po stronie rządowej, bo trzeba było zacząć dużo dokładniej regulować banki. W administracji stworzono również nowe urzędy nadzorujące, chociażby Biuro Finansowej Ochrony Konsumenckiej, którego pierwszym szefem była wiodąca dziś postać Partii Demokratycznej i przyszła kandydatka na prezydenta USA, senator Elizabeth Warren.

Do tej listy należy dodać poszerzający się katalog praw obywatelskich. Prawa mniejszości seksualnych czy imigrantów są coraz powszechniejszym tematem na salach sądowych, przez co w ostatnich 20 latach niezwykle wzrosła bezwzględna liczba spraw z powództwa cywilnego. Wymusiło to stworzenie nowych specjalizacji wewnątrz samej profesji prawniczej. Dziś na sprawach związanych z wolnościami obywatelskimi najlepsi amerykańscy prawnicy budują kariery.

Nie zawsze oznacza to, że system zapewnia wsparcie wszystkim, którzy tego potrzebują. Doskonałym przykładem jest niedobór prawników w sądach imigracyjnych. Prawna regulacja statusu obcokrajowców, również tych nielegalnie przekraczających południową granicę i chcących ubiegać się o azyl, jest dla amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości jednym z największych wyzwań. Problemy te nie zostaną jednak prędko rozwiązane, również z powodu braku prawników gotowych brać sprawy w tego typu sądach.

Jak donosi Amerykańska Unia Swobód Obywatelskich (ACLU), w tej chwili kolejka nierozpatrzonych wniosków o uregulowanie statusu obcokrajowców sięga 800 tys., a w ciągu najbliższych dwóch miesięcy – również w konsekwencji trwającego zawieszenia pracy rządu federalnego – może dojść do miliona. Co więcej, ponad 550 tys. spraw czeka na rozpatrzenie w sądach imigracyjnych w stanach wzdłuż granicy z Meksykiem. Prawnicy nie podejmują się obrony imigrantów, bo ci najczęściej nie mają pieniędzy, by zapłacić za usługę, a wygranie walki z administracją federalną staje się bardzo trudne.

Co z tego zatem, że amerykańskich prawników liczy się już w milionach, skoro nierzadko tam, gdzie potrzeba ich najbardziej, nie ma ich wcale?

Przesycenie rynku prawniczego w niektórych częściach kraju to kolejny aspekt niewydolności systemu. W samym stołecznym Dystrykcie Kolumbii jeden prawnik przypada na 22 osoby. Z kolei w Nevadzie, Wyomingu i na Alasce prawników wręcz brakuje. Mimo dostępności danych na temat niedoborów w administracji czy firmach prawniczych absolwenci wciąż kierują się przede wszystkim na Wschodnie Wybrzeże. Nawet w maleńkim stanie Delaware na każdy prawniczy wakat co roku przypada 3,8 kandydata. W Massachusetts to już ponad czterech kandydatów, w Vermont – 5,08. Nowy Jork czy liderująca na zachodzie kraju Kalifornia nie mają jeszcze tych wskaźników na tak wysokim poziomie tylko dzięki odpowiedniemu rozwojowi sektora finansowego i ekspansji Doliny Krzemowej. Statystyka ta dość wyraźnie pokazuje, że rynek usług prawniczych podąża przede wszystkim za pieniędzmi, a nie za rzeczywistymi potrzebami obywateli.

Wreszcie kwestią, która dowodzi nierównego rozwoju systemu prawniczego w USA, jest jego skład rasowy. Według danych opublikowanych w ubiegłym roku przez Departament Sprawiedliwości tylko 4,8% prawników w Stanach to osoby czarnoskóre. Białych jest w tym gronie aż 88%. Ta rażąca dysproporcja pokazuje, jak bardzo uzależniony od pochodzenia jest dostęp do zawodu prawniczego. Zaczyna się już w momencie przyjęcia do szkół prawniczych, gdzie odsetki poszczególnych grup rasowych są bardzo podobne. Nie oznacza to, że dysproporcji tego typu nie można zniwelować. Jeszcze w latach 70. kobiety stanowiły w USA jedynie 5% absolwentów szkół prawniczych, jak podaje portal Above The Law (ang. Ponad Prawem). Dziś niemal co druga osoba (48%) kończąca studia prawnicze w Ameryce to kobieta. Wyrównanie szans jest zatem jak najbardziej realne. Jednak aby to się stało, potrzebna byłaby zmiana całego systemu – z rynkowego na prospołeczny. Niestety, w obecnym klimacie politycznym wydaje się to mało prawdopodobne.

Fot. AP/East News

Wydanie: 5/2019

Kategorie: Świat

Komentarze

  1. amelie2
    amelie2 17 marca, 2019, 08:40

    W USA do eksperymentów medycznych, zamiast świnek morskich, mają być używani prawnicy. Bo jest ich za dużo i nikt ich nie bedzie żałował.
    W zakładach Forda w Detroit protokół porozumienia dyrekcji ze związkami zawodowymi mieścił się w segregatorach, które zapełniły cały wózek akumulatorowy.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy