Syryjska Norymberga

Syryjska Norymberga

Dwóch funkcjonariuszy reżimu Asada stanęło przed niemieckim sądem za torturowanie ofiar

Z położonej nad Renem Koblencji do Norymbergi jest niespełna 350 km autostradą A3. Ale nie tylko ona łączy te dwa miasta. Podobnie jak 75 lat temu w Norymberdze, tak teraz w Koblencji rozpoczął się pod koniec kwietnia proces w sprawie zbrodni wojennych. Nie chodzi jednak o zbrodnie nazistów z II wojny światowej, oskarżonymi są agenci syryjskiego wywiadu.

To pierwszy od początku dziewięcioletniego konfliktu proces, w którym funkcjonariusze reżimu Baszara al-Asada odpowiedzą przed sądem za zbrodnie wojenne i zbrodnie przeciwko ludzkości. Dziwić może fakt, że odbywa się on tu, a nie w Hadze, przed Międzynarodowym Trybunałem Karnym powołanym do sądzenia tego rodzaju zbrodni. Syria jednak nie jest stroną statutu rzymskiego, na mocy którego powstał Trybunał, i jego jurysdykcja w sprawach dotyczących tego kraju jest ograniczona do sytuacji, gdy zwróci się o to Rada Bezpieczeństwa ONZ. Na to jednak trudno liczyć, gdyż potrzebna byłaby zgoda wszystkich jej stałych członków, a więc również głównego sojusznika Syrii – Rosji.

Skoro osądzenie przed MTK sprawców zbrodni dokonanych w Syrii nie jest możliwe, Niemcy postanowiły wziąć sprawy w swoje ręce. Ściganie czynów, do których doszło poza ich granicami, umożliwia im oparta na międzynarodowym prawie zwyczajowym zasada uniwersalnej jurysdykcji. W myśl tej zasady sprawcy m.in. zbrodni wojennych i zbrodni przeciwko ludzkości uznawani są za wrogów ludzkości i jako tacy powinni być sądzeni przez państwo, na terenie którego przebywają – bez względu na to, gdzie dokonano tych zbrodni ani kto był ich ofiarą. Ta sama zasada przed laty pozwoliła Izraelczykom sądzić Adolfa Eichmanna, a Belgom i Kanadyjczykom – członków bojówek Hutu oskarżonych o udział w rwandyjskiej rzezi.

Wojenne historie

Zanim setkom tysięcy Syryjczyków, którzy w ciągu ostatnich pięciu lat przyjechali do Niemiec, przyznano status uchodźcy, każdy z nich musiał złożyć zeznania przed funkcjonariuszami niemieckich służb imigracyjnych. Pytani o powód ucieczki i o to, dlaczego twierdzą, że w ich kraju grozi im prześladowanie, mówili o bombach beczkowych zrzucanych na obiekty cywilne, czających się w oknach snajperach i innych rzeczach, o których wiedza jest przekleństwem tych, którzy przetrwali wojnę.

Pojawiły się też historie z zatłoczonych więzień i aresztów zarządzanych przez syryjski wywiad. W tym przez 57-letniego Anwara Raslana, który szefował jednostce wywiadu numer 251 w Damaszku (znanej także pod nazwą al-Chatib od ulicy, przy której się znajduje), i jego podwładnego, 43-letniego Ijada al-Ghariba. To właśnie oni zasiedli na ławie oskarżonych w Wyższym Sądzie Okręgowym w Koblencji.

Niemiecka Prokuratura Federalna na podstawie zeznań syryjskich świadków i ocalałych zarzuca Raslanowi, że pod jego nadzorem dochodziło do systematycznych i brutalnych tortur, w tym gwałtów i nadużyć seksualnych. Ofiarą tortur miało paść przynajmniej 4 tys. osób, a dla co najmniej 58 zakończyły się one śmiercią. Zarzuty, które usłyszał Raslan, obejmują okres między kwietniem 2011 r. a wrześniem 2012 r. Al-Gharib miał z kolei we wrześniu i październiku 2011 r. pomagać w torturach, w efekcie których zmarło co najmniej 30 osób. Zarzucane Syryjczykom czyny, zdaniem niemieckiej prokuratury, stanowią zbrodnie przeciwko ludzkości, a nie jedynie naruszenia praw człowieka, a więc uzasadniają zastosowanie zasady uniwersalnej jurysdykcji.

– Przed rewolucją przedstawiciele reżimu torturowali po to, by wydobyć informacje, dziś torturują, żeby zabić – powiedział francuskiej dziennikarce Garance Le Caisne „Cezar”. „Cezar” to pseudonim syryjskiego fotografa, który niedługo przed wybuchem rewolucji został zatrudniony w żandarmerii wojskowej. Jego zadaniem początkowo było dokumentowanie wypadków, w których brali udział żołnierze. Gdy jednak kraj ogarnęły antyrządowe protesty, a wojsko przystąpiło do ich tłumienia i masowych aresztowań, zadaniem „Cezara” stało się fotografowanie ciał martwych demonstrantów i aresztowanych. Ich ciała były tak zmasakrowane, że nawet gdy robił zdjęcie swojemu martwemu przyjacielowi, nie od razu zdał sobie sprawę, że fotografował kogoś bliskiego.

Za namową przyjaciela „Cezar” przez kolejne dwa lata wykonywał pracę fotografa wojskowego, ukradkiem zapisując zdjęcia na nośniku USB, który następnie wynosił schowany w ubraniu. W końcu, korzystając z pomocy opozycyjnej Narodowej Rady Syryjskiej, udało mu się z tymi dowodami wyjechać z Syrii i złożyć zeznania.

Amnesty International szacuje, że w latach 2011-2015 w syryjskich więzieniach i aresztach zabito 17 723 osoby. Prawdopodobnie jednak rzeczywista liczba jest wyższa – zaznaczają autorzy raportu Amnesty International „To łamie człowieka. Tortury, choroby i śmierć w syryjskich więzieniach”.

Przyjęte w akcie oskarżenia ramy czasowe nie wynikają bynajmniej z faktu, że w jednostce al-Chatib stosowano tortury tylko w tym czasie. Po prostu obaj oskarżeni dość szybko zdecydowali się opuścić Syrię, nie spodziewając się, że poza jej granicami mogą zostać pociągnięci do odpowiedzialności. Zarządzana przez Raslana jednostka po jego ucieczce nie przestała istnieć. Centrum Dokumentacji Naruszeń zebrało zeznania osób, które były tam przetrzymywane również po 2012 r.

I nie tylko tam. Jednostka al-Chatib, na której czele stał oskarżony, podlega Generalnemu Dyrektoriatowi Bezpieczeństwa, jednej z czterech agencji syryjskiego wywiadu – pozostałe to Dyrektoriat Bezpieczeństwa Politycznego, Wywiadu Wojskowego i Wywiadu Sił Powietrznych. Każda z nich dysponuje własną siecią aresztów, w których podobnie jak w jednostce zarządzanej przez Raslana tortury są na porządku dziennym.

Byli więźniowie polityczni z Syrii zgodnie opisują katalog tortur. Firas (imię zmienione), aresztowany po wybuchu arabskiej wiosny za nagrywanie telefonem demonstracji i udostępnianie tych nagrań w sieci, opowiadał mi o tym, jak funkcjonariusze aresztu jednostki Wywiadu Sił Powietrznych podwieszali go do sufitu za nadgarstki (w więziennym slangu mówi się o tym „duch”), a następnie bili do nieprzytomności. Ahmad pamięta, jak w ten sposób traktowano jego współwięźniów. Jego samego bito wciśniętego w oponę. Mahmud (imię zmienione), którego aresztowano na początku lat 80., ponieważ odmówił donoszenia tajnym służbom, spędził część 10-letniej odsiadki w izolacji, w maleńkiej celi. Za ścianą przebywał inny więzień, ale za rozmowę z nim groziła chłosta. Kiedy więc strażników nie było w pobliżu, więźniowie porozumiewali się, pukając w ścianę – każdej literze odpowiadała liczba uderzeń zgodna z jej miejscem w alfabecie. Mahmud był więc szczęśliwy, gdy z powodu złych warunków zachorował na gruźlicę i przeniesiono go do więzienia w Sajdnai. Co prawda, w raporcie Amnesty International miejsce to określone zostało mianem ludzkiej rzeźni, jednak Mahmud dzięki przeniesieniu mógł wreszcie zamienić słowo z drugim człowiekiem i nie bolały go od tego palce.

Podobny katalog tortur znalazł się w akcie oskarżenia Raslana. Zbrodnie, którymi zajmuje się sąd w Koblencji, stanowią więc ledwie wierzchołek góry lodowej.

Spisek przy herbacie

Aparat bezpieczeństwa prezydenta Asada posłał za kraty tysiące dziennikarzy, opozycjonistów, działaczy społecznych, a także zwykłych ludzi. Ahmad, który jako 20-latek bez wyroku trafił do więzienia za drobne przewinienie, zapewnia, że jego przypadek był zupełnie zwyczajny. Razem z nim w celi siedział mężczyzna z okolic Hims, niedaleko granicy z Libanem. Był analfabetą. Zanim go aresztowano, pracował w fabryce, ale utrzymywał się głównie z tego, że szmuglował paliwo do Libanu. Gdy więc po niego przyszli, był pewny, że chodzi o przemyt. Oficerowie, którzy go przesłuchiwali, pytali jednak o islamistyczne ugrupowania zbrojne, sugerując, że uczestniczył w spisku mającym na celu obalenie prezydenta.

– On nawet nie rozumiał pytań, nie miał pojęcia ani o religii, ani o polityce – twierdzi Ahmad.

Mężczyzna pochodził z plemienia słynącego z gościnności. Nie mógł więc zachować się inaczej, gdy niedaleko swojego namiotu na obrzeżach Hims zobaczył przybyszy. Podróżnych należy ugościć, więc zaprosił ich do siebie. Usiedli na podłodze, popijając słodką herbatę z maleńkich filiżanek. Nie wtrącał się, gdy w jego towarzystwie omawiali jakieś sprawy. Być może tamtego dnia w okolicy Hims istotnie zawiązał się spisek mający na celu obalenie prezydenta, ale on przysięgał, że nie rozumiał nic z tego, co mówili mężczyźni. W więzieniu spędził 10 lat.

– W Sajdnai spotkałem takich jak on, ale także bojowników, którzy jechali walczyć do Iraku czy Afganistanu – opowiada Ahmad. – Myślę, że znacząca większość więźniów Asada to nie byli żadni opozycjoniści. Choć z drugiej strony nie mam pojęcia, czy historie, które opowiadali więźniowie, były prawdziwe. Większość mówiła, że siedzi za fałszerstwo lub oszustwa finansowe. Tylko ci, którzy się nie bali, mówili otwarcie, że walczyli przeciwko Baszarowi al-Asadowi. Ale oni wiedzieli, że zostaną tam na zawsze. Nawet w więzieniu większość kłamała, bo w Syrii lepiej być fałszerzem niż opozycjonistą. Nie wiedzieliśmy, kto może być donosicielem. Za szpiegowanie współosadzonych można było dostać dodatkowy koc albo książkę.

Osłabianie narodowego ducha

Syryjski prawnik Anwar al-Bunni na długo przed rozpoczęciem arabskiej wiosny starał się zwrócić uwagę świata na sytuację syryjskich więźniów. Pod koniec lat 70. jego dwaj bracia, Akram i Yousef, za działalność polityczną trafili za kraty; spędzili za nimi następne 20 i 15 lat. Do aresztu trafili też jego siostra i szwagier.

On sam zajmował się walką o prawa człowieka. Reprezentował przed sądem osoby prześladowane za przekonania i działalność pokojową, apelował o wolność prasy i zaprzestanie tortur. Więźniów sumienia bronił pro bono, zarobkowo zaś zajmował się zwykłymi sprawami karnymi. W 2006 r., gdy Europejska Komisja Praw Człowieka ufundowała centrum szkoleń dla syryjskich aktywistów działających na rzecz poszanowania praw człowieka, Al-Bunni został jego dyrektorem. Na to jednak nie było zgody ze strony władz jego państwa.

Pewnego wieczoru przejeżdżające obok niego auto zatrzymało się, a kilku mężczyzn wciągnęło go do środka. Zasłonięto mu oczy i zawieziono do aresztu jednostki numer 285, w której wówczas pełnił służbę Anwar Raslan.

– To Raslan stał na czele bandy, która mnie porwała – mówi Al-Bunni o swoim aresztowaniu. Syryjczycy o podobnych doświadczeniach bardzo często używają słowa porwanie, bo aresztowanie związane jest z jakimś porządkiem prawnym, a rodzime organy ścigania częściej kojarzą im się z bezprawiem.

Al-Bunniego oskarżono o szerzenie szkodliwych dla państwa informacji, które mogą osłabić ducha narodowego, i skazano na pięć lat więzienia. W ten sposób prawnik apelujący o poszanowanie praw uwięzionych sam znalazł się w więzieniu w Adrze niedaleko Damaszku. Gdy tam przebywał, Niemieckie Stowarzyszenie Sędziów przyznało mu nagrodę w uznaniu jego pracy na rzecz praw człowieka.

Nadzieja na sprawiedliwość

Gdy spotkali się po raz pierwszy, Raslan był dla Al-Bunniego głównie głosem. Jego twarz zobaczył dopiero następnego dnia przed sądem karnym w Damaszku, do którego Raslan dostarczył go z aresztu. Kolejny raz zobaczył go w 2014 r. w centrum dla uchodźców w Berlinie. Nie od razu go poznał. Gdy dotarło do niego, że w tym samym miejscu co on mieszka jeden z jego oprawców, był w szoku. Ostatni raz Al-Bunni zobaczył go jako Anwara R., siedzącego na ławie oskarżonych sądu w Koblencji. I to spotkanie wzbudziło w nim nadzieję na sprawiedliwość.

Al-Bunni stoi dziś na czele Syryjskiego Centrum Studiów i Badań Prawnych z siedzibą w Berlinie, organizacji domagającej się pociągnięcia do odpowiedzialności sprawców zbrodni, do których dochodzi w Syrii. To on pomógł niemieckiej prokuraturze zidentyfikować świadków i ofiary. Ludzie ci zeznają dziś przed niemieckimi organami ścigania. Wielu z nich Al-Bunni reprezentował przed laty, kiedy to oni byli oskarżonymi.

– Ten proces to dopiero początek – mówi. – Chcemy wysłać wiadomość zbrodniarzom, którzy nadal są w Syrii: nie jesteście bezkarni. Przygotowujemy materiał dowodowy, który posłuży w przyszłych sprawach o zbrodnie dokonane nie tylko przez osoby wykonujące rozkazy Asada, ale także przez członków opozycji.

W trakcie swojej mowy obrończej, wygłoszonej podczas ostatniej sesji sądowej, Raslan nie tyle zaprzeczył stawianym mu zarzutom, ile zapewnił – podobnie jak wcześniej prezydent Baszar al-Asad – że w syryjskich aresztach w ogóle nie dochodzi do tortur. Tysiące zdjęć, które „Cezarowi” udało się wywieźć z Syrii, podważają jednak wiarygodność tych słów. Na podstawie tych zdjęć niemiecki Federalny Trybunał Sprawiedliwości wystawił nakaz aresztowania Dżamila Hassana, który do lipca 2019 r. stał na czele syryjskiego Wywiadu Sił Powietrznych. Podobny proces może się odbyć w Szwecji, która również uznaje zasadę uniwersalnej jurysdykcji. Organizacja Al-Bunniego pomogła byłym więźniom złożyć tam skargę przeciwko 25 oficerom syryjskich służb, których oskarżają o tortury w czterech różnych jednostkach.

Dokumentacja dokonywanych w Syrii zbrodni skrupulatnie przygotowana przez „Cezara” i innych pracowników departamentu fotografii kryminalnej może świadczyć o poczuciu bezkarności funkcjonariuszy reżimu Baszara al-Asada. Toczący się w Niemczech proces ma szansę dowieść, że nie mieli racji. Nie stanie się to szybko. Według przewidywań proces może potrwać około dwóch lat. Wynika to z dużej liczby zarzutów. Każde przestępstwo będzie pojedynczo udowadniane, a w wypadku jednego z oskarżonych chodzi o torturowanie 4 tys. osób.

Fot. AFP/East News

Wydanie: 23/2020

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy