Dlaczego Polacy zbojkotowali wybory samorządowe?

Dlaczego Polacy zbojkotowali wybory samorządowe?

Prof. Jacek Wódz,
socjolog, Uniwersytet Śląski
Złożyło się na to kilka przyczyn. W ciągu ostatnich czterech lat samorząd wyraźnie się stechnicyzował, stał się bardziej zarządem niż samorządem miasta, powiatu czy województwa. Politycy ani badacze nie zauważyli tego. Lewica i prawica postępowały tak samo, bo w dużych miastach osoby na stanowiskach zerwały kontakty ze społeczeństwem, więc ludzie przestali się interesować tym, kto rządzi, uznali, iż nie ma czym się podniecać. Prezydent albo burmistrz, jeśli się pokazywał, to w telewizji, a nie wśród mieszkańców. Zaważyła więc niska ocena samorządów. Druga ważna sprawa to ponowny proces recentralizacji państwa, gdyż obecnie praktycznie cała władza jest w Warszawie. Stosuje się procedury typowe dla centralizmu i lobbing, aby np. postawić most w Pcimiu, prowadzi się w stolicy. Powstaje wrażenie, że w terenie o niczym się nie decyduje i nic nie robi. Kolejny powód to rosnąca bieda. Ubodzy czekają na zainteresowanie nimi, ale nikt na szczeblu lokalnym ani regionalnym tego nie robi. Samorządy nawet w dużych miastach „lewicowych” dbają o wystrój centrum i nowe budynki dla władz. Nawet liderzy opinii, którzy mogliby narzucić pewien styl w wyborach, są sfrustrowani, co zabija wszelką aktywność społeczną. Powstaje wrażenie, że zarządom jest dobrze, a o resztę nikt się nie troszczy. Wreszcie to, co się stało w Sejmie, pokazało zwykłym ludziom, że nie ma sensu się z tymi panami bawić, bo są niepoważni. Nawet Platforma Obywatelska uważana za partię inteligencką zachowała się głupio, gdy Zyta Gilowska i Maciej Płażyński dorżnęli Borowskiego. Dlatego Olechowski i Rokita wypadli z gry. Zbieg tych wszystkich okoliczności dał niską frekwencję. A w II turze będzie tragedia, bo frekwencja nie przekroczy 20%. Będziemy mieli prezydentów miast wybranych przez 12-13% uprawnionych i to stanie się parodią demokracji. Trzeba będzie całą rzecz zaczynać od nowa, bo z taką władzą wejdziemy do Unii.

Prof. Janusz Czapiński,
psycholog społeczny
W przeciwieństwie do 99% komentatorów nie uważam, że frekwencja była zbyt niska. Po pierwsze, w krajach o dużych tradycjach samorządowych i szczycących się demokratycznym ustrojem jest ona podobna i nadal spada, bo tam też się zniechęcają do elit sprawujących władzę. Tylko raz, w wyborach samorządowych w 1998 r., frekwencja była wyższa, ale wówczas wchodziła reforma samorządowa, która ożywiła nadzieje Polaków na przejęcie steru rządów lokalnych w swoje ręce. To dlatego uważam, iż obecnie frekwencja jest wręcz wysoka, wyższa niż można było się spodziewać przy światowym trendzie spadkowym. Ponieważ zafundowano nam wybory bezpośrednie na newralgiczne stanowiska burmistrzów, wójtów i prezydentów, osiem albo i więcej procent wyborców poszło do urn wyłącznie po to, by głosować na konkretnych kandydatów na stanowiska samorządowe, zaś wyborami do rad byli mniej zainteresowani, niekiedy wrzucali nawet puste kartki. Nie rozdzierajmy szat, nie mówmy o bojkocie. Demokracja jest przywilejem ludzi i nie można odwracać tej relacji.

Dr Jerzy Głuszyński,
dyrektor Instytutu Badania Opinii i Rynku Pentor
Ludzie mają prawo głosować, wskazując kandydata lub ugrupowanie, ale mają też prawo nie głosować i z tego skorzystali. Dlaczego? Po pierwsze, oferta związana z kandydatami pewnie nie przystawała do ich oczekiwań. Promotorzy tej oferty, czyli komitety wyborcze i partie polityczne, nie są darzeni przez wyborców specjalną estymą. Po drugie, kampania przyniosła kilka niejasnych komunikatów ze strony rządu, takich jak np. abolicja i zeznania majątkowe, podwyżki dla nauczycieli, które okazały się inne niż zapowiedzi itd., co znacznie podzieliło opinię. Znaczącym powodem, który przelał czarę goryczy, była rozróba sejmowa. Niestety, oferta nowelizacji ustroju samorządowego nie była dla wyborców ostatecznie przekonująca. Obywatel biorący udział w bezpośrednich wyborach prezydentów, burmistrzów i wójtów nie wiedział, czemu to ma służyć, czyje interesy są tutaj reprezentowane. Wszystko było niejasne i nieprzekonujące. Nie można wykluczać także tego, iż wyborcy SLD deklarujący poparcie dla tej partii zademonstrowali rozczarowanie nią. Nie wyraziło się ono jeszcze głosowaniem na przeciwników, ale niegłosowaniem na nikogo. Najmniej ten mechanizm zadziałał w stosunku do Ligi Polskich Rodzin. Do niedawna można było udawać, że się coś zmienia, ale teraz już jasno widać, że zmiany kosmetyczne niczego nie załatwiają. Potrzebne są zmiany radykalne i klasę polityczną musi być na to stać. Elementem pogłębiającym przygnębienie i brak wiary była tragedia moskiewska. Wszystko skutkowało jak żółta kartka, którą wyborcy dali politykom.

Prof. Adam Bromke,
politolog
Powody są banalne. Niski poziom kultury politycznej i społeczeństwa obywatelskiego oraz ogólne zniechęcenie do polityki. Pogoda, wbrew temu, co mówiono, była dobra do wyborów. Ta październikowa niedziela była całkiem przyjemna. Jeśli mówimy o zniechęceniu do polityki, proces ten postępował stopniowo. Nie chodzi tylko o niedawne wydarzenia w Sejmie, ale o zniechęcenie do „Solidarności”, korupcji, kapitalizmu, do III RP w ogóle. Z tego wypływa niewiara w to, że samorząd może coś zmienić. Niska frekwencja nie jest zjawiskiem specjalnie groźnym. Nie skończy się to żadnym wstrząsem, bo Polacy są już tak zniechęceni do polityki, że nawet do wywołania wstrząsów nie są zdolni.

Dr Tomasz Żukowski,
Instytut Polityki Społecznej UW
Pytanie jest tak poważne, że odpowiedź wymaga dokładnej wiedzy, aby nie tworzyć opinii zbyt pochopnie. W miastach frekwencja była chyba niska. Nie wiemy dokładnie, jaka była na wsi. Trzeba poczekać.

Prof. Jacek Raciborski,
socjolog, Uniwersytet Warszawski
Bojkot to stanowczo za mocno powiedziane. Generalnie nic się w stosunku do wyborów samorządowych nie zmieniło. W 1994 r. frekwencja wyniosła ok. 34%. Trzeba też pamiętać, że polskie społeczeństwo jest bardziej pasywne, nawet w stosunku do innych krajów postkomunistycznych, bo na Węgrzech, w Czechach i Rumunii frekwencja, także w wyborach lokalnych, jest wyższa niż u nas.

Prof. Jadwiga Staniszkis,
socjolog
Sądzę, że sprawiła to niewiara, iż polityka może coś zmienić. Zrozpaczone gremia, jak Ogólnopolski Komitet Protestacyjny, twierdzą, że z drugiej strony nie ma z kim rozmawiać. Jest to pogląd niesłuszny, bo samorząd będzie miał w nowych warunkach sporo do powiedzenia, ale zaważyła zła informacja o kompetencjach burmistrzów itd. Nie unaoczniono, jak wiele od samorządów zależy, np. korzystanie z różnych funduszy, jak ważny to organ w momencie integracji. Powodem niskiej frekwencji jest także bieda, ludzie są apatyczni i zastraszeni, nie zdają sobie nawet sprawy z tego, jak wiele nowych miejsc pracy zależy od samorządu. Wielka szkoda, że tak się stało.

Wydanie: 44/2002

Kategorie: Pytanie Tygodnia

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy