Dlaczego świat przywiązuje niewielką wagę do rocznicy 4 czerwca?

Dlaczego świat przywiązuje niewielką wagę do rocznicy 4 czerwca?

Bogdan Lis, działacz „Solidarności”, poseł, prezes Fundacji Centrum Solidarności
To była siłą rzeczy najważniejsza data po 13 grudnia 1981 r. 4 czerwca 1989 r. traktujemy jako powrót do normalności, ale wówczas, jak sięgam pamięcią, nie przewidywaliśmy, że to będzie wydarzenie. Baliśmy się, jak wypadnie współrządzenie z komunistami. My walczyliśmy tylko o przyczółki, a wtedy wszystko przewróciło się do góry nogami. Wzięliśmy wszystkie miejsca przeznaczone dla nas w parlamencie, w Senacie tylko jednego nam zabrakło. Ale tego wcześniej nawet nie przeczuwaliśmy, to się okazało potem. Dopiero z dłuższej perspektywy widać, jak duże to było zwycięstwo, choć rozłożone w czasie, bo przecież Okrągły Stół też był tutaj ważny. Jednak Zachód nie uważa 4 czerwca za jakiś punkt przełomowy, bo to, że ktoś zwycięża w wyborach, jest tam całkowicie normalne.

Andrzej Celiński, poseł SdPl, b. minister kultury
Na świecie polski rok 1989 nie ma aż tak wielkiego znaczenia, bo świat w ogóle mało Polską się interesował. Gdy Polska zmieniała fundamentalny paradygmat, a był to proces od powstania „Solidarności” do końca Okrągłego Stołu i ustalenia się nowego układu politycznego, wtedy zadziwiała świat swoją odmiennością, w sensie pozytywnym, np. wielkimi postaciami, Wałęsą, papieżem, poetami, ale to dotyczyło jedynie pewnych kręgów na Zachodzie. Teraz świat chciałby widzieć nas jako coraz bardziej normalny kraj, ci zaś, którzy wtedy byli pozytywnie zadziwieni polskimi przemianami, mają dziś powody, by sądzić, że to był zaledwie epizod. Dajemy sygnały, że nie potrafimy dojść do zgody, do konsensusu, kompromisu ani wewnątrz, ani na zewnątrz kraju. To, co było, już minęło, teraz Polska wydaje z siebie dźwięki i słowa niezrozumiałe dla świata.

Prof. Tomasz Nałęcz, historyk, b. wicemarszałek Sejmu
Są dwa powody. Po pierwsze, świat uważał Polskę za kraj peryferyjny i nawet nie zakładał, by w tak odległym zakątku zdarzyło się coś istotnego dla świata. O Polsce myśli się bowiem tak, jak pewien polski polityk myśli o Gabonie. On nie zakłada, by Gabon zasługiwał na szacunek. Druga przyczyna wynika z naszego traktowania historii. Trudno, by świat szanował naszą historię, skoro oficjalna polska placówka, Instytut Pamięci Narodowej, na 20-lecie upadku komunizmu walczy z Lechem Wałęsą. Nie miejmy więc pretensji do świata, że nie przywiązuje wielkiej wagi do naszych rocznic, skoro my sami nie potrafimy ich uszanować.

Dr Andrzej Drzycimski, historyk, b. minister w kancelarii prezydenta Lecha Wałęsy
Istniała potencjalna możliwość przedstawienia tego zwycięstwa jako sukcesu dla całej Europy, jednak większość elit w Polsce jest zajęta sprawami wewnętrznymi, a nie ma aktywnej polityki międzynarodowej prowadzonej przez rząd polski. Do różnych struktur europejskich wysyłamy raczej oderwane sygnały, a nie tworzymy spójnej kampanii komunikacyjnej. Znakomicie zakorzeniona w Europie jest chwila, gdy runął mur berliński, bo to zostało doskonale wykorzystane wizualnie i dramaturgicznie. Wcześniejsze akty końca systemu komunistycznego, które wyszły ze stoczni w Gdańsku, były rozłożone w czasie – strajk, potem stan wojenny, potem wybory itd. Nie widać było, że coś się wali tak jak mur w Berlinie. Myśmy takiego wizualnego faktu nie zrobili i nie upowszechnili, choć tablica z 21 postulatami stoczniowymi została wpisana na listę najważniejszych skarbów dziedzictwa kulturowego. To jednak za mało. Mamy podobny problem z początkiem II wojny światowej, którą każdy kraj widzi inaczej, choć w istocie wojna zaczęła się
1 września 1939 r. o godzinie 4.48 w Gdańsku. Dla Rosjan to jest jednak rok 1941, a dla Amerykanów może atak na Pearl Harbor. Dlaczego nie doszło do świadomości wszystkich, że wojna rozpoczęła się od ataku na Polskę? Nawet środowiska historyków w Gdańsku nie zajmują się ani okresem II wojny światowej, ani początkiem „Solidarności”, na Uniwersytecie Gdańskim nie ma ani katedry, ani zakładu, który prowadziłby naukowe badania w tym zakresie, nie można więc tutaj przyciągać uczonych z zagranicy. Naszych opracowań nie tłumaczymy na obce języki, są one hermetyczne. Wszystkiego za nas nie zrobi Norman Davies. Nie czuliśmy się na siłach, by podjąć wyzwanie i pokazać światu, że II wojna rozpoczęła się w Gdańsku w 1939 r. i zakończyła w Gdańsku w latach 80.

Dr Janusz Onyszkiewicz, matematyk, b. minister obrony
Świat nie przywiązuje takiej wagi, bo nie udało nam się wypromować tego symbolicznego początku upadku systemu komunistycznego i pojałtańskiego porządku w Europie. Po pierwsze, wówczas sami nie byliśmy pewni zwycięstwa, nawet rozważano możliwość nieuznania wyników wyborów 4 czerwca przez władze. Obchodzono więc sukces spokojnie, nie było u nas tylu wiwatujących, co pod murem w Berlinie. Po drugie, dzień 4 czerwca jest przez wielu polskich polityków zdyskwalifikowany i nieuważany za przełom. Według nich system nie został całkiem obalony, a państwo nadal było rządzone przez ubeków, i dopiero IV RP miała to zmienić. To również ciąży na opinii zagranicznej.

Wydanie: 22/2009

Kategorie: Pytanie Tygodnia

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy