Dr Goliszewski i jego odkrycia

Dr Goliszewski i jego odkrycia

To, że ktoś jest tuzem biznesu, nie oznacza, że jest tuzem intelektu

Praca doktorska prezesa BCC Marka Goliszewskiego spotkała się z druzgocącą krytyką opinii publicznej. Właściwie nikt oprócz samego zainteresowanego nie bronił jej jakości. Pisał on na Twitterze (chociaż zastanawiano się, czy ktoś się pod niego nie podszywa), że „Doktorat powinien zawierać się głębią rozwiązań ważnych dla życia. Oceniany przez ilość przypisów czy bibliografię jest bezużyteczny” (składnia oryginalna). Problem w tym, że jeśli rozważania mają taką głębię jak blog oszukanej przez życie gimnazjalistki, która nigdy więcej nie uwierzy w miłość, to już jest klapa. Od pracy na tym poziomie wymaga się czegoś więcej.

Znawca mediów publicznych

Już na początku odnosi się wrażenie, że autor koniecznie chciał zapełnić czymś miejsce, bo przez wiele stron raczy nas informacjami z podręcznika przedsiębiorczości albo wykładu z podstaw ekonomii. Po przydługim wstępie czas na głębię przemyśleń, o której Goliszewski pisał na Twitterze. Otóż stwierdza on, że „trzeba mieć świadomość, że swoistym katalizatorem wzmacniającym zaangażowanie obywateli i ich skłonność do uczestnictwa w stanowieniu prawa i współrządzeniu jest telewizja publiczna”. Nie znam zbyt wielu osób, które telewizja publiczna zachęciła do aktywności, szczególnie politycznej, za to znam wiele, którym tę aktywność skutecznie obrzydziła. Teza, że TVP „jest wyjątkowo skutecznym narzędziem konsultowania i stymulowania zjawisk społecznych” nie wydaje się zbyt racjonalna. O ile jeszcze ze stymulowaniem zjawisk społecznych można się zgodzić, o tyle nie pojmuję, co ma oglądanie telewizji do ich konsultowania. Miliony ludzi oglądają telewizję, lecz alienacja władzy i brak zaangażowania obywateli się nie zmieniają. Zresztą do podobnego wniosku w następnym rozdziale dochodzi sam autor, który – jak widać – potrafi szybko zmienić zdanie. Problemem tej pracy jest nie zamieszczanie stwierdzeń niezgodnych z rzeczywistością, ale pisanie o rzeczach oczywistych bez zagłębiania się w poruszaną tematykę. Odkrywczość myśli autora ilustrują rozważania o tym, że czasu nie da się cofnąć, a wszystko, co się dzieje, ma miejsce właśnie w czasie i przestrzeni. Cóż, to, że ktoś jest tuzem biznesu, nie oznacza, że jest tuzem intelektu.

Co mi tam cytaty

Jacek Żakowski pisał („Gazeta Wyborcza”, 6 października), że sprawa jest skandaliczna przede wszystkim dlatego, że Goliszewski był oceniany przez swoich znajomych, a to niedopuszczalne. Rzecz oczywista. Jednak główny zarzut wobec doktoratu jest taki, że autor na nikogo się nie powołuje, nie odnosi się do poglądów innych, publikuje tylko własne przemyślenia, a praca nie ma bibliografii ani przypisów. Mieć je z pewnością powinna, ale czy lepsi od Goliszewskiego są doktorzy lub magistrowie, których prace stanowią wyłącznie zmodyfikowane cytaty? Czy tytuł doktora, magistra bądź profesora powinno się dostawać za mrówczą pracę, włożony wysiłek, czy za możliwości, a raczej kompetencje intelektualne? Chcemy na uczelniach bezmyślnych rzemieślników, którzy potrafią tylko odtwarzać i przetwarzać myśli innych, ewentualnie czasem wyciągnąć jakieś wnioski na podstawie syntezy tych myśli, czy może artystów, którzy rozwiną swoją naukę, wymyślą coś nowego, pozwolą nam lepiej zrozumieć świat? Czy mamy oceniać kogoś tylko za znajomość poglądów tuzów danej nauki, czy za to, co on sam wymyśli?
Wiadomo, że aby samemu myśleć, trzeba poznać dorobek ludzkości w danej dziedzinie, ale nie można się skupiać wyłącznie na zapamiętywaniu tego, co myślą inni. Mam jednak nieodparte wrażenie, że na uczelniach ocenia się nie to, czy ten dorobek się zna, lecz czy się z nim zgadza. W naukach humanistycznych wyraźnie widać spór między światopoglądem liberalnym a autorytarnym (zarówno prawicowym, jak i lewicowym), tak że naprawdę jest się z czym sprzeczać. Jednak na mojej uczelni, a większość jej pracowników chciała uchodzić za postępowców, zasada była jasna: można dyskutować z prowadzącym, lecz absolutnie nie wtedy, gdy ma się rację, bo prowadzący może sobie o tym przypomnieć podczas wystawiania oceny semestralnej. Gdy się nie ma racji, a szczególnie gdy nasza myśl jest niezbyt lotna, to hulaj dusza, piekła nie ma. Wtedy prowadzący może okazać i postępowość, otwartość na dyskusję, i swoją wyższość oraz absolutną przewagę intelektualną. Studenci, jak powiedział jeden z doktorów, są od tego, aby razem dochodzić do wniosków, które ma na myśli prowadzący.

Poziom przemyśleń

Sprawa doktoratu Goliszewskiego pokazała jeden z ważniejszych problemów naszych uczelni: samodzielne myślenie jest dozwolone po uzyskaniu stopnia doktora habilitowanego, wcześniej wszelkie jego przejawy są bezwzględnie tłumione, uznawane wręcz za pychę i arogancję, a na pewno za brak pokory. Mam wrażenie, że to właśnie pokora jest podstawową cechą, jakiej wymaga się od studenta, a potem niższego stopniem pracownika naukowego. Za niedostatki intelektualne nikt dyskryminowany nie był, natomiast brak pokory w rozumieniu pracowników uczelni niejednej osobie przysporzył problemów.
I jeszcze jedna sprawa. W książkach Zygmunta Baumana czy Ericha Fromma przypisy być może są, ale opisywanie innych koncepcji stanowi tylko punkt odniesienia albo raczej wyjścia do własnych rozważań. Czy nie powinniśmy więc uczyć się od najlepszych? Oczywiście nie porównuję Goliszewskiego do tej dwójki, ale zarzucajmy mu niski poziom przemyśleń, a nie sam fakt, że je umieścił w swojej pracy. Najważniejsi socjolodzy używali doświadczenia jako metody badawczej. Po prostu wyobrażam sobie genialną pracę doktorską bez bibliografii i tak samo wyobrażam sobie – a raczej nie muszę sobie wyobrażać, bo wiele podobnych sam napisałem dla świętego spokoju (chociaż nie były to prace doktorskie) – pracę, która ma ogromną bibliografię i żadnej poza tym treści. Nic od autora. Jeśli chciałem podejść do sprawy ambitniej, byłem za to karany, ponieważ „do wszystkiego musi być przypis”. Padało też pytanie: „Kto tak twierdzi?”. Aż głupio mi było powiedzieć, że ja, bo zostałoby to uznane za nie lada bezczelność.
Uczelnie nie powinny wychowywać ludzi bezmyślnych, zdolnych jedynie do przyswajania myśli innych, lecz takich, którzy sami potrafią zrozumieć różne zjawiska naszego świata – wielcy teoretycy czy inne autorytety mogą im to ułatwiać, ale nie wyręczać w tym.

Autor jest doktorantem w Zakładzie Myśli i Kultury Politycznej w Instytucie Historii UAM


Przepraszamy

Błędnie przedstawiliśmy p. Piotra Sokołowskiego, autora tekstu jako doktoranta w Zakładzie Myśli i Kultury Politycznej w Instytucie Historii UAM. W rzeczywistości jest on socjologiem, publicystą magazynu Liberté!. Autora i Czytelników przepraszamy.

Nr 43/2014, 20.10.2014 r.

Wydanie: 42/2014

Kategorie: Publicystyka

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy