Cudotwórcza moc kodeksów

Cudotwórcza moc kodeksów

Od czasów najdawniejszych po dziś dzień panuje wśród ludzi przekonanie, że tylko bardzo surowymi karami można doprowadzić do likwidacji groźnej przestępczości. Prymitywnym prawodawcom wydaje się, że już samo zagrożenie wysoką karą jest najskuteczniejszym sposobem zapobiegania szerzeniu się przestępstw. Źródłem tego przesądu jest fałszywe założenie, że nikt nie odważy się popełnić czynu, za który grozi szubienica lub długoletnie więzienie.
Na tej podstawie słynny Hammurabi, król Babilonii, już w XVIII wieku p.n.e. postanowił wszystkich złych i nikczemnych osobników wytracić za pomocą okrutnego Kodeksu, w którym główną, niemal jedyną karą za wszelkie wszeteczeństwa, była kara śmierci. Srogiemu władcy nie udało się, oczywiście, zaprowadzić w ten sposób ładu w starożytnej Mezopotamii. Czy mogła np. powstrzymać kobiety zaniedbujące obowiązki domowe od takich uchybień kara śmierci przez utopienie, a żony, które pozwalały zabijać swych mężów przez kochanków, nawet kara wbicia na pal? Od tamtych czasów upłynęło 3800 lat, a zdrady małżeńskie zdarzają się nadal i tak będzie zawsze.
Nieskuteczność okrutnych kar trwała wieki całe. Przestępcy byli ćwiartowani, łamani kołem, rozrywani końmi (czworonogi, które nie sprostały trudom kaźni, szły za karę do rzeźni!). Natomiast przestępczość wcale w tych czasach nie malała. Nawet przeciwnie. Żyjący ponad 200 lat temu mediolański myśliciel, Cesare Beccaria, stwierdził w traktacie “O przestępstwach i karach” z 1765 r., że “im bardziej kary stają się okrutne, tym bardziej twardnieją dusze ludzkie (…)”. Do osiągnięcia celu kary wystarczy, by dolegliwość, jaką ona za sobą pociąga, przewyższała korzyści osiągane przez popełnienie przestępstwa, a ta przewaga powinna obejmować nieuchronność i szybkość kary, a także utratę dobra uzyskanego wskutek przestępstwa.
Najstraszniejsze nawet obrazy wymyślnych tortur nie odstraszały sprawców zbrodni. Dzisiejszym przeto zwolennikom drakońskich kar warto polecić szczególnie lekturę wstrząsającej książki M. Foucaulta pt. “Nadzorować i karać. Narodziny więzienia”, Warszawa 1993, czy rozdziału o torturach z książki J. Kitowicza pt. “Opis obyczajów za panowania Augusta III”, Warszawa 1985. Oby zechciał zwrócić na te książki uwagę obecny minister karnej sprawiedliwości, Lech Kaczyński. Może czytając przerażające historie o męczarniach skazańców, które okazały się daremne, pojmie bezsens jałowego straszenia świata przestępczego podwyższanymi karami, którym nie towarzyszy wzrost skuteczności ścigania sprawców i szybkość ich osądzania oraz obowiązek wyrównania krzywd wyrządzonych ofiarom przestępstw. Dziwię się bardzo, że znana mi osobiście senator A. Bogucka-Skowrońska, z zawodu adwokat, opowiedziała się w “Przeglądzie” z 20.11.br. za podwyższaniem górnej granicy wysokości kar w kodeksie karnym za określone przestępstwa, jakby nie wiedząc, że w historii sądownictwa zdarzały się przypadki odstępowania przez sędziów w ogóle od karania czynów objętych zbyt surowymi sankcjami (zob. M. Foucault, op. cit., s. 40).
Nie ma z pewnością w kraju nikogo (poza samymi przestępcami), kto nie pragnąłby ukrócenia zjawiska stale wzrastającej i coraz groźniejszej przestępczości. Upatrywanie jednak w samej nowelizacji (zaostrzeniu) kodeksu karnego rozwiązania tego problemu jest wręcz szkodliwą iluzją, ponieważ prowadzi do przesunięcia punktu ciężkości walki z przestępczością ze sfery działań policji i prokuratur na organy ustawodawcze. Wiadomo, że stan naszego bezpieczeństwa jest coraz gorszy, nie tyle wskutek pobłażliwości sądów, ile z powodu bezkarności morderców i bandytów, którzy pozostając na wolności, w kułak się śmieją z bezsilności organów ścigania i papierowych kar. Działania
L. Kaczyńskiego mogą przynieść nawet efekty odwrotne od zamierzonych. Nic bardziej bowiem nie rozzuchwala świata przestępczego, jak bezkarność czynów zagrożonych bardzo wysokimi karami. Jeśli ustawodawca podniesie wymiar kar, a wykrywalność przestępstw będzie niższa, to ich liczba nie zmaleje, lecz wzrośnie, gdyż regresja karna zostanie zaostrzona tylko formalnie, na pokaz.
Złudna nadzieja w skuteczność surowszego kodeksu karnego nie jest jedynym przykładem szukania w prawie ustawowym sposobu na rozwiązywanie wszelkich problemów współczesnego życia. Naiwna wiara w omnipotencję prawa, w cudotwórczą moc kodeksów towarzyszy politykom spod różnych sztandarów, którym się wydaje, że wszystko można zmienić w gospodarce, zastępując stare, “złe” przepisy nowymi. Np. neoliberałowie z L. Balcerowiczem na czele upatrzyli sobie na głównego winowajcę wzrastającego bezrobocia kodeks pracy. Twierdzą, że radykalne uelastycznienie tego kodeksu (wyłącznie na korzyść pracodawców, oczywiście) spowoduje, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, powstanie wielu nowych miejsc pracy. Do tego poglądu przyłączył się ostatnio rzecznik praw obywatelskich, zapowiadając wspólne działania swego urzędu z Business Centre Club w kierunku “zreformowania kodeksu pracy” przez zapewnienie pracodawcom swobody zwalniania pracowników (“Gazeta BCC” Nr 11/97 z listopada 2000 r.). Nie wypada mi dociekać, jak mój kolejny następca wyobraża sobie na serio wykreowanie setek tysięcy brakujących miejsc pracy dzięki masowym zwolnieniom. Mówię więc tylko: keep smiling!

Wydanie: 51/2000

Kategorie: Publicystyka

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy