Dwie prawice

Dwie prawice

Prawicowy liberalizm czy nieliberalna demokracja?

Jedną z przyczyn dominującej dziś w Polsce atmosfery nieufności jest niewątpliwie fakt, że przejście od socjalizmu do kapitalizmu było czymś nieoczekiwanym, niekonsultowanym społecznie, a więc łatwym do postrzegania jako rezultat spisku elit. Jacek Kurczewski, niegdyś jeden z liderów Kongresu Liberałów, nazwał to w „Tygodniku Powszechnym” („Rzecz solidarna”, „TP” 29.01.br.) kluczowym problemem naszej transformacji.
Zgoda – ale nie ma jednak reguły bez wyjątków. Istniał bowiem wówczas wybitny działacz i myśliciel, który dążył do kapitalizmu, nie ukrywając tego, przeciwnie, głosząc wszem wobec przesadną wręcz pochwałę tego ustroju. Był nim Mirosław Dzielski, działacz umiarkowanego skrzydła „Solidarności”, założyciel Krakowskiego Towarzystwa Przemysłowego. Jego zaangażowanie na rzecz kapitalizmu bardzo różniło się jednak od działalności reformatorów z centrum.
Dzielski propagował tworzenie kapitalizmu nie odgórnie, przez decyzje polityczne na najwyższym szczeblu, lecz oddolnie, metodą pracy organicznej, regionalnej, lokalnej.
Kapitalizmu, dodajmy, innego niż Balcerowiczowski. Nie kapitalizmu wspieranego przez międzynarodowe instytucje finansowe, tworzonego mocą rządowych prywatyzacji wielkich zakładów przemysłowych i banków, lecz kapitalizmu drobnych wytwórców, rzemieślników przechodzących na produkcję drobnoprzemysłową, słowem, starego ludowego kapitalizmu producentów, przedsiębiorców, opartego na etyce pracy i kulturze pracy. Takiego kapitalizmu, który zdobył w Polsce aprobatę bardziej powszechną niż rezultaty odgórnej transformacji.
Działalność Dzielskiego przerwała przedwczesna śmierć 15 października 1989 r. Wciąż ma on jednak grono oddanych sobie współideowców, zwłaszcza w Krakowie. Należy do nich były minister w rządzie Mazowieckiego, Tadeusz Syryjczyk. Nie jest jednak postacią tak znaną, jak na to zasługuje. W kręgu rządowych reformatorów, związanych początkowo z Unią Demokratyczną i Unią Wolności, był niedoceniany; postrzegano go jako prawicowca, a więc przeciwnika, oraz ideologa, a więc postać nieco anachroniczną (mimo że nie brakowało ideologicznych apologetów kapitalizmu również w kręgu „Gazety Wyborczej”). W środowisku liberałów gdańskich uważany był za ugodowca, a zarazem konkurenta. Lewica uważała jego apologię kapitalizmu za ekscentryczną skrajność. Prawica zaś po czerwcowym zwycięstwie wyborczym „Solidarności” bardzo szybko przestała kojarzyć się z geopolitycznym realizmem, umiarkowaniem oraz gotowością konstruktywnej współpracy z PZPR, a więc z ideami Dzielskiego oraz Klubu Myśli Politycznej „Dziekania”, działającego pod prezesurą Stanisława Stommy i skupiającego środowiska uważane wówczas za prawicowe. Po obaleniu komunistycznego monopolu władzy dominującą rolę odgrywać poczęli na prawicy przeciwnicy kompromisu Okrągłego Stołu, krytykujący premiera Mazowieckiego za politykę „grubej kreski”, domagający się radykalnej „dekomunizacji”. Jak wiadomo, idee te głoszone były na łamach „Tygodnika Solidarność” pod redakcją Jarosława Kaczyńskiego, a następnie przez partię braci Kaczyńskich – Porozumienie Centrum.
W okresie III Rzeczypospolitej, rozpoczętym 22 grudnia 1990 r. od przejęcia władzy przez prezydenta elekta, Lecha Wałęsę, z rąk emigracyjnego prezydenta Ryszarda Kaczorowskiego, przy ostentacyjnym pominięciu prezydenta Wojciecha Jaruzelskiego, te właśnie idee stały się sztandarowymi hasłami prawicy. Alternatywna prawica – ewolucjonistyczna, przeciwna radykalizmowi zarówno w wersji lewicowej, jak prawicowej, stojąca na gruncie zachodniej kultury politycznej i gotowa konstruktywnie współpracować z postkomunistami w tworzeniu nowej, niepodległej państwowości – przestała istnieć jako odrębna siła polityczna. Do rangi symbolu urasta fakt, że jeden z jej intelektualnych przywódców, Bronisław Łagowski – pod wieloma względami porównywalny z Dzielskim, aczkolwiek różniący się od niego „genealogią” PZPR-owską – stał się tak pryncypialnym przeciwnikiem wojującego „antykomunizmu” prawicy, że musiał szukać sobie miejsca w lewicowym „Przeglądzie”.
Na początku naszej transofrmacji było jednak inaczej, co warto chyba przypomnieć. Leży przede mną pierwszy numer „Polityki Polskiej” (lipiec ’90), pisma nawiązującego w swym tytule do znanej książki Romana Dmowskiego i mającego być organem „prawicy demokratycznej”. W jego Radzie Redakcyjnej byli m.in. Stefan Kisielewski i Stanisław Stomma, Tadeusz Syryjczyk i Aleksander Hall, Bronisław Łagowski i niżej podpisany. W Zespole i Redakcji zasiadali ludzie kojarzeni później z prawicowym radykalizmem, np. Wiesław Walendziak, Tomasz Wołek i Kazimierz Michał Ujazdowski, ale mimo to cały numer zdominowany był przez autorów niemających nic wspólnego z ideami „konserwatywnej rewolucji”. Na czołowym miejscu opublikowano mój artykuł „Totalitaryzm, czyli o potrzebie rozrachunków uczciwych”, dowodzący (z powołaniem się na Dzielskiego), że nonsensem jest nazywanie poodwilżowej PRL państwem totalitarnym.
Zaraz po nim widzimy obszerny wywiad Wołka ze Stommą, środowiskowym seniorem, wyrażającym obawy przed narastaniem tendencji skrajnych oraz przed niekontrolowanym społecznie „dzikim” kapitalizmem. Następnym z kolei był artykuł Łagowskiego, polemizujący na przykładzie ZSRR z uprzedzeniami wobec „uwłaszczającej się” nomenklatury. W otwierającym numer zbiorze dziesięciu wypowiedzi na temat „bilansu epoki” znajdujemy obok siebie głosy Lecha Wałęsy, bp. Jerzego Dąbrowskiego, Wiesława Chrzanowskiego i Zdzisława Najdera obok Mieczysława F. Rakowskiego i Andrzeja Werblana. Wszyscy uczestnicy tej ankiety starali się mówić o PRL w sposób zobiektywizowany, bardzo daleki od tonu antykomunistycznej krucjaty. Nikt nie powiedział, że PRL była po prostu formą rosyjskiej okupacji. Nikt nie głosił potrzeby nieustannego przypominania o wszystkim złu, które miało miejsce w tych czasach. Wprost przeciwnie: bp Dąbrowski i Lech Wałęsa zaapelowali wprost, aby skupić się na nowych zadaniach, a o okresie PRL „szybko zapomnieć”.
Z perspektywy 2006 r., po wielu latach zdominowania polityki polskiej przez pełną nienawiści „zimną wojnę domową” z „postkomunistami” wydaje się to dziwne, niemal nieprawdopodobne.
Dzielski nie żył już wówczas, ale obecność jego była wciąż bardzo wyczuwalna. Świadczy o tym m.in. całostronicowe ogłoszenie w omawianym numerze „Polityki Polskiej”, informujące o utworzeniu przez KTP Instytutu Przemysłowo-Handlowego im. Mirosława Dzielskiego, prowadzącego Szkołę Przemysłowców, kursy Business English i Letnią Szkołę Biznesu, opracowującego opinie i ekspertyzy dla rządu, władz lokalnych i przedsiębiorstw, wspierającego nowe instytucje oraz niekonwencjonalne inicjatywy gospodarcze, społeczne i ekologiczne. Można śmiało stwierdzić, że była to wówczas najważniejsza próba tworzenia nowego ustroju w ramach niezależnego społeczeństwa obywatelskiego, przeciwstawna w jakimś istotnym sensie reformom odgórnym, podejmowanym na szczeblu centralnych organów państwa.
Z perspektywy historycznej jest rzeczą oczywistą, że była to próba głęboko zakorzeniona w najlepszych tradycjach polskiej pracy organicznej. Szczególnie bliskie podobieństwo łączyło Dzielskiego z Aleksandrem Świętochowskim i Bolesławem Prusem. Ze Świętochowskim ze względu na ideę prymatu „samodzielności wewnętrznej narodu”, osiąganej przez rozwój gospodarczo-cywilizacyjny nad „samodzielnością zewnętrzną”. Z Prusem ze względu na propagowanie konstruktywnej, życzliwej współpracy, łączącej różne elementy narodowego organizmu w duchu demokratycznego kompromisu, a więc przeciwstawnej wszelkim idealizacjom konfrontacyjności i walki. W swym „Szkicu programu” (1883) pisał Prus, że walka „jest nieszczęściem, jeżeli nie występkiem, ponieważ w gwałtowny sposób niszczy siły narodu. Ciągłe odwoływanie się do niej jest symptomem dzikości”. Tak samo sądził Dzielski, odrzucając dominujący w szeregach opozycji pogląd, że zadaniem Nr 1 jest walka z istniejącą władzą, wykluczająca legalną pracę organiczną, a tym bardziej jakąkolwiek współpracę z „czerwonymi”. Głosił wręcz, że postawę KTP wobec władz „należy określić jako „a priori życzliwą”, „niemającą nic wspólnego z nastawieniem „huzia, bo to czerwoni” (s. 423)* – rząd Mieczysława F. Rakowskiego podjął bowiem poważną działalność reformatorską, a każdy ruch w kierunku większej wolności gospodarczej zasługuje na poparcie i współpracę.
Łączyła się z tym tendencja zupełnie obca ideologom „wilczego”, drapieżnego kapitalizmu, bliska natomiast polskim pozytywistom, wyraźnie dystansującym się wobec socjaldarwinizmu Spencera – tendencja do łagodzenia walki konkurencyjnej, uwzględniająca potrzebę udzielania pomocy przegrywającym w tej walce. Motywacja tego stanowiska była u Dzielskiego inna niż u programowo świeckich pozytywistów, zbliżona raczej do postawy wielkich „organiczników” epoki romantyzmu, takich jak August Cieszkowski, a przede wszystkim Cyprian Norwid. Dzielski uważał się bowiem za liberała chrześcijańskiego: dlatego właśnie określał się jako liberał być może „nietypowy”, uważający, że „problemy ubóstwa czy nierówności społecznych to rzeczywiste, prawdziwe dylematy” i że „ubogim ludziom trzeba pomóc, czasem tę pomoc najlepiej potrafi zorganizować państwo” (s. 445). Nie był też wyznawcą bałwochwalczego kultu „niewidzialnej ręki rynku”. W swej pochwale kapitalizmu kładł nacisk nie na wymianę, lecz na produkcję, nie na bezosobowe mechanizmy rynku, lecz na kulturę zdyscyplinowanej, świadomej pracy, zbliżając się niekiedy do koncepcji głoszonych w krakowskim środowisku filozoficznym przez ks. Józefa Tischnera, który nawiązywał w tej sprawie do Norwida. Przeciwstawiał się nawet stereotypowemu poglądowi o „świętości” własności prywatnej, z powołaniem się na „polskiego papieża”: „Jan Paweł II przeniósł akcent z własności na pracę. Nie każda własność jest rzeczą świętą; tylko taka, która została zdobyta poprzez pracę. Encyklika Rerum novarum z końca XIX stulecia kładła akcent na własność, natomiast Jan Paweł II mówi o suwerenności jednostki nad własną pracą” (s. 441).
Jak z powyższego widać, żarliwa pochwała kapitalizmu oraz podziw dla głównego inspiratora neoliberalnej rewitalizacji kapitalizmu, Fryderyka Hayeka, są tylko jednym z wielu aspektów liberalizmu Dzielskiego. Śmiem nawet twierdzić, że nie najważniejszym, ponieważ najmocniej historycznie uwarunkowanym. Odzwierciedlał on czas zachłyśnięcia się wolnością, radosnego odzyskiwania wolności indywidualnej, odreagowywania upokarzających ograniczeń narzucanych ludziom przez nakazowo-rozdzielczą „dyktaturę nad potrzebami”, likwidującą wolność w sferze produkcji i konsumpcji, która może istnieć tylko w warunkach gospodarki rynkowej. Stąd właśnie brała się uwodzicielska magia poetyckiej niemal apoteozy rynku w dziełach Hayeka. Ale punktem wyjścia i głównym układem odniesienia był dla Dzielskiego nie Hayekowski liberalizm ekonomiczny, lecz liberalizm jako całościowy „system wolności”. Z tego zaś punktu widzenia relacja między wolnością a rynkiem nie była stała i jednoznaczna: w pewnych sytuacjach historycznych rynek wyzwalał ludzi od administracyjno-politycznych ograniczeń, w innych jednakże poddawał ich żelaznej władzy ekonomicznego przymusu. Swoboda działania ekonomicznych mechanizmów rynku mogła wytwarzać coraz bardziej powiększającą się sferę wykluczenia społecznego, jaskrawo sprzeczną z ideałem wolności producenta i konsumenta. Klasycy liberalizmu rozumieli to na ogół bardzo dobrze i dlatego właśnie świadomie unikali absolutyzowania wolności rynku. John Stuart Mill stwierdził wprost, że nie ma żadnego koniecznego związku między wolnością rynku a wolnością jednostki. Nie ulega wątpliwości, że tak samo myśleli wielcy katoliccy liberałowie, Alexis de Tocqueville i Lord Acton, definiujący wolność w opozycji do politycznego despotyzmu i społecznego konformizmu. A przecież na nich właśnie – na Tocqueville’a, Actona i Milla, a nie jedynie na Haeyka – powołał się Dzielski w swym artykule „Kim są liberałowie?” – artykule programowym, napisanym w 1979 r.
Wspomniany artykuł zawiera też ciekawe wyliczenie cech właściwych umysłowości liberalnej. Liberałowie, zdaniem Dzielskiego, są rzecznikami rozumu, indywidualistami, dystansującymi się od kolektywnych emocji; nie znoszą przymusu i kultu siły, głoszą realizm, krytycyzm i umiejętność kompromisu; opowiadają się za porządkiem i „rycerskimi regułami” konkurencji, „lubią posuwać się wolno, krok po kroku, bacząc, aby nie sprzeciwiać się zainteresowanym członkom społeczeństwa”; ich reformy „nie są dyktowane przez żadne centrum”, cenią sobie bowiem „postęp lokalny i częściowy”; i wreszcie „nie mają żadnych skłonności do zbawiania kogokolwiek”.
Mimo podkreślenia, że humanizm liberałów „jest rodem z chrześcijaństwa”, był to jak widać zestaw o charakterze świeckim, w pełni akceptowalny dla nowoczesnej lewicy. Był w nim paragraf o „wolności produkowania” jako „jednej z najważniejszych wolności”, ale nie o wolności rynku; nie wydaje się to przypadkowe, wolność rynku kojarzy się dziś bowiem ze swobodą działania wielkich ponadnarodowych korporacji, w których jednostki są jedynie „kółkami i śrubkami”, a nie niezależnymi wytwórcami. Słowem był to zestaw wyróżników trudny do pogodzenia z recepturami „neoliberalnych” teoretyków „terapii szokowej”.
Dzielski uważał się za prawicowca – aczkolwiek podkreślał zasługi opozycyjnej lewicy i deklarował życzliwość dla niej. Był z pewnością prawicowcem z punktu widzenia kryteriów zachodniej prawicy liberalnej. Po jego przedwczesnej śmierci (15 października 1989 r.) polityka polska zaczęła jednak przesuwać się w takim kierunku, który czynił jego myśl coraz bardziej sprzeczną z poglądami głównego nurtu rodzimej prawicy, żądającej zerwania umów Okrągłego Stołu i radykalnej dekomunizacji. Z perspektywy dnia dzisiejszego powiedzieć można, że poglądy założyciela KTP stały się – w polskim kontekście sytuacyjnym – bardziej przydatne lewicy, i to lewicy postkomunistycznej, niż antykomunistycznej prawicy. Brzmi to jak paradoks, ale nie jest paradoksem w sensie czegoś dziwnego, co można po prostu zignorować. W podobnej sytuacji znalazły się również inne osoby uważane za liberalną prawicę, ale odrzucające z całą mocą idee prawicowego radykalizmu. Wystarczy przypomnieć nestora polskiej polityki i jednego z mentorów Dzielskiego, Stanisława Stommę. Podstawowym układem sceny politycznej III Rzeczypospolitej był, jak wiadomo, podział na obóz „postsolidarnościowy” i obóz „postkomunistyczny”. Głównym narzędziem walki z „postkomunistami”, szczególnie dogodnym dla postsolidarnościowej prawicy, uważającej się za pokrzywdzoną przez okrągłostołowy kompromis „czerwonych” z „różowymi”, stało się przedstawianie PRL jako kraju totalitarnego, a więc ucieleśnienie najgorszego zła, a byłych funkcjonariuszy PZPR jako nieodrodne dzieci tego systemu, niegodne równouprawnienia obywatelskiego w wolnej Polsce. Samo słowo „komunista” zatraciło związek z określoną ideologią i ustrojem, przekształciło się w stygmat określający „rodowód” danego działacza. Było to skutecznym, lecz nieuczciwym chwytem politycznym, sugerowało bowiem kojarzenie tzw. postkomunistów z totalitarnym radykalizmem bolszewików i wszystkimi jego zbrodniami, podczas gdy w rzeczywistości byli funkcjonariusze PZPR reprezentowali formację zupełnie odideologicznioną, oportunistycznie pragmatyczną, szczerze odżegnywującą się od idei komunistycznych i niezamierzającą podważać zasad demokracji. Podciąganie całej historii PRL pod określenie „totalitaryzm”, i to w dodatku z obcego nadania, było z kolei narzędziem demonizacji pokonanego wroga oraz, tym samym, autogloryfikacji zwycięzców, mającym wyposażyć ich w poczucie racji niepodzielnej i moralny mandat do dominacji w państwie. W wypadku postsolidarnościowej prawicy retoryka tego antykomunizmu bez komunistów służyła dyskredytowaniu liberalnego centrum, a więc walce o władzę pod hasłem bezkompromisowości i moralnej czystości.
SLD próbował bronić reputacji PRL, czynił to jednak nader nieśmiało. Dzielski był pod tym względem o wiele śmielszy. Kategorycznie odrzucał i wyśmiewał „mit totalizmu” w PRL, słusznie uważając, że elita władzy dawno już uległa odideologicznieniu, a nie może być totalizmu bez zdolności prowadzenia nieustannej ofensywy ideologicznej. Podkreślał, że w upowszechnianiu obrazu PRL jako reżimu totalitarnego zainteresowani mogą być tylko opozycyjni radykałowie, totalitaryzm bowiem kojarzy się nie bez racji z „rządami diabła na ziemi”, a „walka z diabłem przydaje krucjacie antyreżimowej nadziemskiego blasku wojny religijnej” (s. 250). Podpisywał się pod opinią Stanisława Stommy, że w PRL od dawna obecny był pewien pluralizm oraz spory obszar prawnie zagwarantowanych lub tolerowanych swobód gospodarczych i obywatelskich, łącznie z „ograniczoną swobodą zrzeszania się”, zbyt mało wykorzystywaną przez społeczeństwo (s. 251-2).Stomma z kolei, w swym wspomnieniu o Dzielskim, dodał do tego inny, ważny element oceny PRL; sprzeciw Dzielskiego wobec traktowania dziejów PRL jako okresu okupacji, a przywódców partyjnych jako agentów obcego mocarstwa. Dzielski bowiem – na co Stomma wskazywał z uznaniem – umiał dostrzegać „różnice między prostą aneksją, okupacją a suwerennością nawet mocno ograniczoną” („Widzieć mądrość w wolności. Księga pamięci Mirosława Dzielskiego”, Kraków 1991, s. 120).
Innym dogmatem obozu postsolidarnościowego, i to nie tylko jego prawicy, stało się (z nielicznymi wyjątkami) bezwarunkowe, pełne zacietrzewienia potępienie stanu wojennego, jako wołającą o pomstę do nieba zbrodnię komunistyczną. Nawet na łamach paryskiej „Kultury”, tak rozsądnej później w ocenie rzeczywistości polskiej, pojawiały się artykuły przedstawiające stan wojenny jako restaurację totalitaryzmu. Dzielski natomiast (podobnie jak niżej podpisany) miał na ten temat zupełnie inne zdanie. Wprowadzenie stanu wojennego uważał za dowód ostatecznego bankructwa komunistycznej partokracji oraz decydujący krok w kierunku zastąpienia jej przez nieideologiczny reżim autorytarny. Sądził więc, że był to ważny etap w demontowaniu systemu i dlatego właśnie dał swemu drugoobiegowemu pismu tytuł „13 grudnia”. Podobnie myślał, jak wiadomo, Bronisław Łagowski, który w wykładzie wygłoszonym na UJ z okazji Święta 1 Maja w roku 1982 uznał stan wojenny za zwycięstwo „filozofii państwa” nad „filozofią rewolucji”.
Kolejnego obiegowego argumentu na rzecz „postkomunistycznego antykomunizmu” – tym razem charakteryzującego głównie poglądy „Solidarności” jako związku zawodowego oraz patronującego mu prawego skrzydła postsolidarnościowych elit – dostarczył, jak wiadomo, proces „uwłaszczania się” byłej nomenklatury, traktowany jako rezultat okrągłostołowej zmowy „czerwonych” z „różowymi”. W rzeczywistości był to oczywiście wynik procesu żywiołowego, powtórzonego (i to w formach drastyczniejszych niż w Polsce) we wszystkich krajach postsocjalistycznych. Polityczna formuła tego procesu wynaleziona została jednak w Polsce właśnie, ale nie w trakcie obrad Okrągłego Stołu. Jej autorem był Dzielski, który pisał o tym już w kwietniu 1980 r., a więc przed pojawieniem się „Solidarności”. W artykule pod tytułem „Jak zachować władzę w PRL” – pisanym w formie listu do oficera, któremu autor przedstawia swą koncepcję reform – dowodził Dzielski, że rezygnacja z socjalizmu może być wspólnym celem realistycznej opozycji i istniejącej władzy. Władza bowiem może zachować w nowym ustroju to wszystko, na czym jej naprawdę zależy: dygnitarze partyjni otrzymaliby „prestiżowe stanowiska państwowe czy też równie prestiżowe pozycje w radach nadzorczych nowo utworzonych koncernów, których akcje powinny w znacznej mierze być im przekazane” (s. 173), władzę polityczną natomiast powinna objąć wąska i sprawna ekipa „posiadająca do dyspozycji niezmieniony i sowicie opłacany aparat bezpieczeństwa i policji” (tamże). Antysocjalistyczna opozycja uzyskałaby więc to, o co jej chodzi, czyli zmianę systemu, PRL-owska elita zachowałaby zaś swą uprzywilejowaną pozycję, i to nie tylko w gospodarce, lecz również we władzach państwa. Byłoby to korzystne obustronnie, ponieważ doświadczenie wykazało, że reformy gospodarcze mogą być urzeczywistnione tylko przy poparciu silnej, autorytarnej władzy.
W następnych latach Dzielski nie wyrzekł się tych myśli. Jego krytyka opozycyjnej lewicy opierała się na ostrym odróżnianiu walki o demokrację, czyli w praktyce o władzę polityczną (co charakteryzowało, jego zdaniem, solidarnościowych radykałów), od walki o wolność, będącej celem prawicy liberalnej. Rozróżnienie to, nawiasem mówiąc, przejęte zostało od Hayeka, który w wywiadzie udzielonym w roku 1980 „Merkuriuszowi Krakowskiemu i Światowemu” przeciwstawił demokrację mogącą przybierać formę władzy nieograniczonej, a więc totalitarnej, liberalizmowi, czyli władzy ograniczonej do wąskiej sfery czysto politycznej, choćby nawet nie miała ona legitymizacji wyborczej i sprawowana była w sposób autorytarny (s. 712-713).
Rozumowania te podbudowywał myśliciel krakowski przeciwstawieniem antykomunizmu ewolucyjnego, konstruktywnego i twórczego (który sam pragnął reprezentować) antykomunizmowi rewolucyjnemu, destruktywnemu, niezgodnemu z organicznym rytmem ewolucji, podobnemu do komunizmu jako myślenie w kategoriach ideologicznych absolutów. Antykomunizm twórczy odróżnia komunizm jako system od komunistów jako ludzi; dlatego też umie walczyć z komunistycznym systemem bez naruszania interesów komunistycznych elit, a więc bez ryzyka rozpętania wojny domowej lub nawet (w wypadku ostrego konfliktu z Rosją) wojny światowej. Mając do wyboru walkę o obalenie rodzimej władzy lub szansę jej ucywilizowania, wybiera tę drugą opcję. Ta sama zasada obowiązywać miała w stosunkach międzynarodowych: twórczy antykomuniści powinni dążyć nie do rozbicia radzieckiego imperium, lecz do jego ulepszenia, przeciągnięcia na stronę cywilizacji łacińskiej (s. 266-267).
W tym miejscu dochodzimy do punktu, który większości Polaków wyda się z pewnością szczególnie kontrowersyjny: do stosunku Dzielskiego do Rosji. W przeciwieństwie do całego niemal obozu postsolidarnościowego – zarówno jego prawicy, jak i lewicy – Dzielski wolny był całkowicie od antyrosyjskich emocji. Uważał, że Rosja weszła za Gorbaczowa na drogę wychodzenia z socjalizmu i że kombinacja liberalnej wolności jednostki z autorytarnym ustrojem politycznym będzie dla Rosji łatwiejsza do urzeczywistnienia niż demokracja. Przede wszystkim jednak przekonany był, że Polaków łączy z Rosjanami wspólny interes geopolityczny, polegający na zachowaniu rezultatów II wojny światowej, niedopuszczeniu do ponownego zagrożenia Europy pod hegemonią Niemiec. Sądził nawet, że kapitalistycznej Rosji przypadnie w udziale rola europejskiego hegemona i że Polacy powinni jej pomagać w osiągnięciu tego celu (s. 361–362). Już w imperium radzieckim Polska była przecież krajem szczególnie ważnym; w sojuszu ze zreformowanym imperium rosyjskim ma realną szansę stania się państwem o wiele ważniejszym niż jako peryferia świata zachodniego (s. 371-372).
Intencją przypominania tych myśli nie jest chęć ich aktualizowania, prozachodni wybór Polski jest bowiem niekwestionowalny. Na uwagę zasługuje jednak fakt, że propozycje tego typu nie były w ogóle przedmiotem dyskusji, i to nie dlatego, że nie miały potencjalnych zwolenników. Nie dlatego również, że nie miały precedensów w tradycji polskiej: Adam Czartoryski (w okresie swej młodości), Stanisław Staszic, Ksawery Drucki-Lubecki i Aleksander Wielopolski marzyli przecież o wielkości Polski w ścisłym związku z Rosją, za cenę ograniczenia niepodległościowych aspiracji. Opcja prorosyjska nie przedostała się do debaty publicznej z powodu zmasowanego nacisku większości, a więc mechanizmu demokratycznego wprawdzie, ale kolidującego z liberalnym rozumieniem wolności.
Ważność myśli Dzielskiego polega m.in. na tym właśnie, że wzbogaca ona obraz polskiej myśli okresu postsolidarnościowego, komplikując go, podważając obiegowe wyobrażenia o „podziałach historycznych”. Nie ukrywam jednak, że dostrzegam również dużą i wzrastającą aktualność tej myśli dziś właśnie, w roku 2006. Można to ująć w dwóch punktach.
Po pierwsze, Mirosław Dzielski – działacz „Solidarności”, pionier kapitalizmu polskiego, członek Rady Prymasowskiej i Komitetu Obywatelskiego przy Lechu Wałęsie – był niestrudzonym głosicielem pojednania narodowego, powtarzającym przy każdej okazji, że chrześcijaninowi nie wolno nienawidzić, że „rewolucja chrześcijańska nie jest rewolucją skierowaną przeciwko ludziom”, ważniejsze jest dla niej „to, o co walczy, od tego, z kim walczy” (s. 94), jej celem jest bowiem nie zniszczenie przeciwnika, lecz pozyskanie go i przemienienie (s. 109); zbieżna jest pod tym względem z programem liberałów, dla których istotne jest ograniczenie władzy, a nie to, jacy ludzie władzę sprawują. Chrześcijańsko-liberalna walka z systemem i jego ideologią jest przeto nieodłączna od idei „chrześcijańskiego wybaczenia” (s. 95). W niedawnej przeszłości Polska była głęboko podzielona; ludzie identyfikujący się z państwem stanowili niemal odrębny naród. „Odrodzenie ducha” przyniesie jednak radykalne przezwyciężenie tego tragicznego podziału. Możliwy jest bowiem program ponad podziałami, program cywilizacyjny, niezależny od wyników walki o władzę polityczną. Programowy artykuł Dzielskiego „Duch nadchodzącego czasu” (1984) kończył się nutą profetyczną: „I niezależnie od tego, jak potoczy się historia i która strona wygra, będziemy wolni. Będziemy wolni wszyscy” (s. 264).
Myśli i działalność Dzielskiego były więc wprost przeciwstawne tej wersji antykomunistycznej prawicowości, która umocniła się w okresie III Rzeczypospolitej i doszła dziś do władzy w Polsce: prawicowości głoszącej odrzucenie okrągłostołowego kompromisu i polityki „grubej kreski”, żądającej surowego „rozliczenia się” z postkomunistami oraz próbującą obciążyć ich winą za olbrzymie koszta społeczne kapitalistycznej transformacji. Można śmiało powiedzieć, że właśnie Dzielski – obok Adama Michnika, w którym widział niesłusznie politycznego radykała – był najkonsekwentniejszym krytykiem tego rodzaju postaw. Krytykiem zdolnym przemawiać w języku liberalnym i chrześcijańskim zarazem, co wydaje się dziś szczególnie potrzebne.
Po drugie, aktualizacji uległo również wyraźne rozróżnianie między liberalizmem a demokracją, przejęte przez Dzielskiego od Hayeka. Partia rządząca dziś Polską powołuje się na mandat demokratyczny w celu ograniczania wolności obywatelskiej – chce podporządkować sobie sądy i niezależne instytucje konstytucyjne, narusza prawo jednostek do prywatności w imię „starorepublikańskiego” wyobrażenia o nadrzędności uprawnień zbiorowości i ideału „wzajemnej kontroli”; próbuje nawet wprowadzić partyjną policję polityczną, pod pretekstem walki z korupcją – słowem, wkracza na drogę prowadzącą do państwa stanu wyjątkowego. Widać na tym przykładzie, że legitymizacja wyborcza, czyli mechanizm demokracji politycznej, służyć może ograniczaniu zakresu liberalnej wolności. Jest to niepokojące zjawisko obserwowane dziś w skali ogólnoświatowej – amerykański politolog Fareed Zakaria, autor bestsellera pt. „The Future of Democracy. Illiberal Democracy at Home and Abroad” (2004), nazwał je „demokracją nieliberalną”. W ten sposób potwierdziła się zasadność ostrzeżeń Dzielskiego przed antyliberalnymi konsekwencjami demokracji politycznej, ignorującej konstytucyjnie zagwarantowany podział władz, a przede wszystkim prawa jednostek, mniejszości oraz niezależnych instytucji. Dlatego też przeciwnicy ewolucji ustrojowej w kierunku „nieliberalnej demokracji” znajdą w pracach Dzielskiego bardzo wiele pouczających i niezmiernie aktualnych myśli.
Dzielski był bez wątpienia reprezentatywną postacią polskiej prawicy lat 80. W tej perspektywie widać wyraźnie znamienną ewolucję myśli prawicowej w Polsce: od liberalizmu żądającego maksymalnych ograniczeń prawnych demokratycznie wybranej władzy do demokracji programowo nieliberalnej, traktującej liberalizm polityczny jako utrudnianie władzom państwowym realizacji „wspólnego dobra”; od myślenia w kategoriach ponadosobowego systemu do tropienia personalnych „układów”; od „grubej kreski” do etyki odwetu i naprawiania państwa w drodze personalnych „rozliczeń”.

Tytuł nawiązuje do mego artykułu „Dwie prawice”. „Polityka”, 7.02.1998 r.

*) Ten i następne cytaty z: Mirosław Dzielski, Odrodzenie ducha – budowa wolności. Pisma zebrane, Znak, Kraków 1995

Autor jest historykiem idei, członkiem rzeczywistym PAN i emerytowanym profesorem Uniwersytetu Notre Dame w Indianie w USA

Wydanie: 17-18/2006

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy