Naród zastąpi społeczeństwo

Naród zastąpi społeczeństwo

Źródłem narodowej dumy ma być odkurzony mesjanizm, bo Polska broni wartości chrześci-jańskich zapomnianych i lekceważonych w zsekularyzowanej Europie

PiS-owska koalicja przywiązuje szczególną wagę do spraw ideologicznych. Tradycja i patriotyzm to hasła, które słychać często na dzisiejszych salonach władzy. Premier Jarosław Kaczyński problemom (żeby użyć niemodnego określenia) nadbudowy poświęcił w swoim exposé nieporównanie więcej miejsca niż którykolwiek z jego poprzedników po 1989 r. Jest to zjawisko niepokojące, ponieważ cechy państwa ideologicznego trudno jest pogodzić z wymaganiami demokracji. W państwie demokratycznym władza występuje w roli mediatora, a nie strony w konfliktach ideologicznych. Jeśli jest inaczej, jeśli władza jest zaangażowana w upowszechnianiu ideologii „jedynie słusznej”, wówczas nieuchronnie, zamiast integrować, dzieli społeczeństwo na tych, których uważa za

„prawdziwych” Polaków i patriotów,

do których się zwraca i w ich imieniu występuje, oraz na tych, którym odmawia tego miana, a ich głos wyniośle ignoruje. Próba zawłaszczenia Polski przez populistyczną prawicę jest bardzo wyraźna. Jeśli chcemy jej przeciwdziałać, warto się zastanowić nad taktycznymi celami tej ideologicznej ofensywy i zwrócić uwagę na alternatywy, które dla wielu ludzi, zwłaszcza młodych, mogą się okazać bardziej atrakcyjne.
Zatem po pierwsze, wyraźnie daje się zauważyć natrętne i wręcz demonstracyjne przeciwstawianie pojęciu „społeczeństwa” pojęcia „narodu”. Daje się w ten sposób do zrozumienia, że „społeczeństwo”, pojęcie jakoby nadużywane w czasach komunistycznej nowomowy, to coś nieokreślonego, podczas gdy pojęcie „naród”, odwołując się do biologicznych korzeni, pozwala jednoznacznie odróżnić „naszość” od „obcości”. Rozróżnienie to uważane jest z kolei za konieczne, ponieważ zakłada się istnienie stałego i naturalnego konfliktu interesów „naszych” i „obcych”. U podstaw tej nacjonalistycznej postawy znajduje się pojęcie narodu w znaczeniu biologiczno-etnicznym, które odwołuje się do wspólnoty krwi i ziemi. W tym znaczeniu naród jest grupą ludzi jednolitą pod względem rasowym, która od początku swojego rozwoju zajmuje określony obszar geograficzny. Znaczenie biologiczno-etniczne rozwinęło się w XIX w., w okresie romantyzmu, kiedy mesjanistyczne doktryny skłaniały do poszukiwania uzasadnień dla państw narodowych w biologicznie uwarunkowanej ciągłości historycznej.
Zwolennikom rozumienia narodu jako wspólnoty krwi, owej „rodziny rodzin”, warto jednak zwrócić uwagę, że w tym znaczeniu naród polski nie istnieje. Trzeba bowiem pamiętać o dynamice procesów społecznych w naszej części Europy, które na przestrzeni dziejów skutecznie uniemożliwiły określenie specyficznie

polskich cech rasowych.

Obiektywne, biologiczne kryterium przynależności narodowej jest zatem zupełnie nieprzydatne, biorąc pod uwagę wielowiekowe procesy mieszania się ludności pochodzącej z różnych regionów geograficznych. Jedyne kryterium, jakie można zatem zastosować, ma charakter subiektywny i polega na deklaracji jednostki, która „czuje się” członkiem danego narodu. Naród oznacza jednak w tym wypadku wspólnotę kulturową lub polityczną, a nie biologiczno-etniczną. Chodzi więc o wspólnotę pewnych wartości, norm i symboli bądź wspólnotę podstawowych interesów. Takie rozumienie narodu oznacza wspólnotę obywatelską, opartą na świadomym wyborze, a nie wyłącznie na fakcie urodzenia w tej, a nie innej rodzinie; jest to wspólnota otwarta, nastawiona na włączanie, w przeciwieństwie do wspólnoty biologicznej – zamkniętej i wykluczającej.
Mit „rdzennej polskości” szkodzi Polsce. Oznacza bowiem zubożenie osiągnięć cywilizacyjnych i kulturalnych kraju na skutek tropienia obcych wpływów i odcinania się od nich jako niezgodnych… No właśnie, niezgodnych z czym? Kto ma prawo określania wzorców polskości? Żenujące i świadczące o bezdennej głupocie są inicjatywy prawicowych radnych, którzy tu i ówdzie wnioskują zmiany nazw ulic, szkół lub innych obiektów, których patronami są wybitni polscy twórcy kultury pochodzenia żydowskiego.
Drugim celem prawicowej ofensywy ideologicznej jest upowszechnianie przekonania o potrzebie odwoływania się do tradycji narodowej, traktowanej jako źródło tożsamości każdego Polaka. Zgodnie z tym poglądem nasze życie, działanie i sposób myślenia powinny być kontynuacją życia naszych przodków, wykonywaniem ich testamentu. Mamy więc odziedziczone po nich obowiązki, cele i odpowiedzialność, a nade wszystko system wartości, któremu musimy pozostać wierni. Tak rozumiany tradycjonalizm oznacza kolektywną identyfikację narodową, która nakłada na jednostkę obowiązek służby „idei narodowej”, ale bez prawa jej kształtowania. Jej kształt określili już bowiem nasi przodkowie, a jedynymi upoważnionymi do interpretacji jej aktualnego znaczenia są ludzie sprawujący w państwie władzę. Jest to w tym wypadku oczywiście władza autorytarna, niezależnie od tego, jak się nią oficjalnie nazywa, która

od obywateli wymaga posłuszeństwa

w imię przez nią określonego interesu narodowego.
Jak widać, kolektywna identyfikacja narodowa dość bezceremonialnie obchodzi się z indywidualnością człowieka, narzucając mu z góry określony zbiór powinności i odmawiając mu prawa decydowania, kim chce on być. Przeciwieństwem identyfikacji kolektywnej jest identyfikacja dystrybutywna, w której dokonuje się indywidualnych wyborów określonych wartości i poszukuje sprzymierzeńców do ich urzeczywistnienia. Ma się przy tym świadomość wielu tradycji narodowych, do których można się odwołać. Polska tradycja mieni się różnymi wzorcami. Nie widać też powodu, aby nie pojawiały się wzorce zupełnie nowe. Zadaniem władzy państwowej jest w tym wypadku równoważenie odmiennych, niekiedy sprzecznych ze sobą tendencji. Jest to władza demokratyczna, która interes narodowy definiuje w kategoriach kompromisu działań i aspiracji rozmaitych grup społecznych. Patriotą nie jest w tym wypadku ktoś, kto bezwolnie akceptuje punkt widzenia władzy odwołującej się do jednej opcji ideologicznej, ale ktoś, kto dążąc do realizacji swoich celów, ma wszakże na uwadze konieczność owego kompromisu.
Czy ktoś może mieć wątpliwości, jaki model patriotyzmu jest bliższy prezydentowi L. Kaczyńskiemu, gdy ten stanowczo twierdzi, że głosy sprzeciwu wobec jego decyzji i poczynań szkodzą Polsce? List byłych ministrów spraw zagranicznych jest zdarzeniem tak wyjątkowym, że powinien skłonić prezydenta do zastanowienia się nad własnymi działaniami i przynajmniej podjęcia próby jakiegoś dialogu, a nie do nazywania jego autorów „targowicą”. Ta nieznośna maniera ciągłego powoływania się na interes narodowy, gderliwego pouczania w niewzruszonym przekonaniu o własnej racji, przypisywania własnemu ugrupowaniu roli depozytariusza

narodowych cnót i wartości

– wszystkie te charakterystyczne dla liderów PiS zachowania tworzą ową duszną atmosferę społeczną, na którą skarżą się przede wszystkim ludzie młodzi.
Wreszcie trzeci kierunek ataku prawicy ma na celu zwiększanie poczucia dumy narodowej wśród Polaków. Jest to cel niewątpliwie szlachetny, ale sposób jego realizacji został dobrany wyjątkowo niefortunnie. Mentorski ton premiera i prezydenta skierowany jest nie tylko do Polaków, ale i do naszych partnerów zagranicznych. Źródłem narodowej dumy ma być odkurzony mesjanizm. Polska broni wartości chrześcijańskich zapomnianych i lekceważonych w zsekularyzowanej Europie. Jest to skrajnie populistyczne podejście do dumy narodowej; nie wiąże się bowiem z żadnym wysiłkiem potrzebnym do realizacji śmiałych i zadziwiających świat projektów rozwojowych. To nie my mamy naśladować Europę, to Europa powinna wzorować się na naszych wartościach. Pomoc materialną owszem, możemy przyjąć. W końcu coś nam się należy za lata „walki i męczeństwa”, za Jałtę, za wiodącą rolę w likwidacji komunizmu. Obecna władza odcina się od polityki zagranicznej swoich poprzedników, insynuując im zbytnią uległość wobec zagranicznych partnerów, a nawet świadome działanie na szkodę kraju. Uwaga prezydenta w wypowiedzi radiowej z 28 lipca br., że Polska jest skazana na zły wizerunek za granicą, ponieważ nie będzie już, jak dotąd, krajem pokornym, wskazuje jednoznacznie, że stosunki między krajami Unii rozumie on jako nieustanną grę antagonistycznych interesów. Taka postawa wróży jak najgorzej naszemu dalszemu uczestnictwu we wspólnocie europejskiej, ale być może liderom PiS o to właśnie chodzi.
Ta wyniosła i agresywna postawa jest zaprzeczeniem idei zjednoczeniowej, która w miejsce bogatej tradycji konfliktów zakłada ścisłą i przyjazną kooperację. Postawa ta jakże wyraźnie nawiązuje natomiast do staropolskiego zwyczaju

obnażania szabel w kościele

podczas czytania Ewangelii, co miało symbolizować gotowość do walki w obronie wiary. Ewangelia – jako dobra nowina – miast kojarzyć się z miłością do innych, wywoływała, jak widać, całkiem inne emocje u naszych przodków. Tradycja „przedmurza”, do której świadomie lub podświadomie odwołuje się populistyczna prawica, nie zawiera żadnych bodźców prorozwojowych, oznacza natomiast erupcję bigoterii i ksenofobii, a w stosunkach międzynarodowych zamiast spodziewanego szacunku pewne jest tylko ośmieszenie. Alternatywą jest zrewidowanie bagażu narodowych kompleksów, uprzedzeń, symboli i wartości po to, aby bez żalu rozstać się z tym, co może być zbędnym balastem utrudniającym osiągnięcie współczesnych standardów cywilizacyjnych. Powodem do dumy powinien być postęp w tym procesie, a nie zasługi przodków. Patriotyzm powinien więc mniej kojarzyć się z bałwochwalczym stosunkiem do tradycji narodowej, natomiast bardziej z poczuciem odpowiedzialności za rozwój kraju. „Dziwnie to brzmi – napisał kiedyś Tadeusz Kotarbiński – ale doprawdy jednym z naczelnych wymagań postępu jest postulat wyzbywania się przekwitłych składników kultury”.

Autor jest profesorem w Katedrze Zarządzania Uniwersytetu Łódzkiego, znawcą ekonomii, organizacji i zarządzania

Wydanie: 34/2006

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy