Sprawcami I wojny światowej byli lunatycy?

Sprawcami I wojny światowej byli lunatycy?

W 100. rocznicę rozpoczęcia wojny Niemcy pomniejszają swoją odpowiedzialność za jej wybuch

Obchody okrągłych rocznic, szczególnie licznych w tym roku w Polsce, uzupełnić trzeba o 100-lecie wybuchu I wojny światowej (28 lipca 1914 r.), która – o paradoksie – przyniosła nam niepodległość. Echa rocznicowe dochodzące z Niemiec mogą jednak budzić mieszane uczucia.
W dziesiątkach niemieckich muzeów pojawiły się najprzeróżniejsze wątki tematyczne dotyczące I wojny. W samym Berlinie na takie spotkania zaprasza kilkanaście placówek. Publiczność mają przyciągać tytuły wystaw: „Wojna i ubiory. Moda i grafika w latach I wojny światowej”, „Wojna w literaturze dziecięcej”, „Propaganda, sztuka, dobrobyt a realne życie żołnierza”, „Lekarze w szpitalach polowych”, „Cmentarze żołnierskie”, „Kobiety, dzieci i starcy na zapleczu frontu” itp. Wydawnictwa puściły w obieg kilkanaście albumów fotograficznych. Wszystko to jest oczywiście ciekawe, przydatne i – dodajmy – kasowe, lecz przy okazji znika kluczowe pytanie o sprawców tej wojny. Główny temat rozmieniany jest na drobne. Tyle w skrócie, jeśli chodzi o popularyzowanie 100. rocznicy w opinii publicznej.

II Rzesza zmierzała ku wojnie

A jak zareagowała niemiecka historiografia? Rocznicę wykorzystano, by radykalnie pogrzebać głośne w latach 60. XX w. stanowisko hamburskiego historyka Fritza Fischera. W polemice z kilkoma konserwatywnymi historykami niemieckimi udowadniał on w dwóch dokumentalnych pozycjach, „Griff nach der Weltmacht” („Sięganie po władzę nad światem”, 1961) oraz „Wojna iluzji” (1969), że głównym sprawcą I wojny światowej była II Rzesza Niemiecka.
Pełen tytuł jego pierwszej książki brzmi: „Sięganie po władzę nad światem. Polityka Rzeszy Niemieckiej zmierzająca ku wojnie”. Reakcja na nią ugodziła naukowca boleśnie, rząd Adenauera uniemożliwił mu skorzystanie z zagranicznych zaproszeń na odczyty. Z ostrej batalii polemicznej Fischer stopniowo wychodził raczej zwycięsko, bo od lat 70. spory o winę ustawały. Prawdopodobnie dlatego, że niejednemu historykowi czy publicyście usta zamykał ciężar odpowiedzialności za II wojnę światową.
Nieoczekiwanie cały spór ożył w 100. rocznicę wybuchu I wojny. Podczas gdy w latach 60. i 70. głos Fischera był jeszcze obiektem pełnej respektu dla autora polemiki, obecnie zepchnięto go na margines marginesu. Tu i ówdzie dostrzeżono zaledwie kilkuzdaniowymi wzmiankami, a niektórzy historycy nie odnotowali Fischera nawet w kilkudziesięciostronicowej bibliografii.

Lunatycy idą na wojnę

O ile w latach 60. zeszłego wieku rekordy popularności biły książki Fischera, o tyle obecnie rekordowym powodzeniem cieszy się publikacja australijskiego historyka Christophera Clarka „Die Schlafwandler” („Lunatycy”), która po raz pierwszy ukazała się w 2012 r. w Wielkiej Brytanii. To prawie 1000-stronicowe dzieło szybko przetłumaczono i wydano w Niemczech. Mimo ceny 40 euro już w ubiegłym roku rozeszło się w ponad 100 tys. egzemplarzy, a do wiosny tego roku miało 13 wydań.
Lunatycy to osoby postępujące nieświadomie, pozbawione styku z rzeczywistością, poruszające się jak we śnie, co siłą rzeczy usprawiedliwia ich czyny. Według Clarka, władcy czołowych mocarstw w tej wojnie postępowali jak lunatycy.
Clark płynie w przeciwnym kierunku niż Fischer, w dodatku nie szczędząc mu lekceważących uwag. Historycy i media zgodnie odczytali konkluzję Australijczyka: winni byli wszyscy. Uczestniczące w tej wojnie mocarstwa poruszały się jak lunatycy. Specjalizujący się w tematyce wojennej historyk niemiecki Gerd Krumeich (rozmowa w berlińskim lewicującym dzienniku „taz”) powiedział, że zdaniem Clarka, „nasz nacjonalizm i imperializm przed 1914 r. nie był bardziej agresywny niż innych mocarstw”.
Wśród licznych mediów niemieckich, które skutecznie zabiegały o wywiad z Clarkiem, znalazł się oczywiście „Der Spiegel” (nr 37/2013). Konkluzja trzykolumnowej rozmowy brzmiała: „Historyk Christopher Clark prezentuje nowe spojrzenie na I wojnę światową. Jego zdaniem, Niemcy nie ponoszą głównej winy za jej wybuch”. „Der Spiegel” przypomniał jeszcze wcześniejszą sensację historyczną Clarka: „W pańskim bestselerze o Prusach (wydanym w Niemczech kilka lat wcześniej – przyp. E.G.) odrzucił pan tezę o szczególnej drodze niemieckiej, która doprowadziła do zdobycia władzy przez Hitlera. Ten niemiecki bieg dziejów wkomponował pan w splot powiązań ogólnoeuropejskich. Teraz relatywizuje pan również winę Niemiec za wybuch I wojny światowej”. Czołowy dziennik „Frankfurter Allgemeine Zeitung” już w podtytule artykułu z 9 listopada 2013 r. głosił: „Spojrzenie na I wojnę światową zmienia się”. Sygnał, z rozmachem rozpowszechniany, docierać będzie do opinii publicznej. W niemieckich księgarniach jest zalew publikacji o tej wojnie. Jeśli dziennikarz się nie pomylił, to już w minionym roku ukazało się ponad 180 niemieckojęzycznych publikacji o I wojnie światowej („Das Parlament” 30/2013).
Podobną tonację jak „Frankfurter All­gemeine Zeitung” prezentuje również miarodajna gazeta „Die Welt” (1/2014): „Z upamiętnianiem 100. rocznicy zbiegły się nowe badania, które wytrwale stawiają ten obraz (Fischerowski – przyp. E.G.) pod znakiem zapytania”.
Do miażdżenia Fischera przyłączył się m.in. Herfried Münkler, również bestsellerową 1000-stronicową książką „Der Grosse Krieg” („Wielka wojna”) wydaną w zeszłym roku. Notabene rekord objętości pobił na razie historyk Jörn Leonhard „Puszką Pandory” liczącą 1150 stron.

Coraz mniejsza wina

Objętości rezultatów wysiłku intelektualnego historyków zmagających się z tematem I wojny światowej wykluczają wnikanie głębiej w owoce ich pracy. Faktem pozostaje jednak, że 100. rocznicy wybuchu wojny nadano za Odrą naukowy i medialny rozgłos sprowadzający się do próby zdecydowanego pomniejszenia odpowiedzialności niemieckiej za jej wszczęcie.
Dlatego trudno się zgodzić z opinią dr Ruth Leiserowitz, wicedyrektor Niemieckiego Instytutu Historycznego w Warszawie, gdy w fundamentalnej pozycji popularyzatorskiej „Wielka Wojna” („Pomocnik Historyczny” „Polityki” 3/2014) twierdzi, że „wiodącym (w Niemczech – przyp. E.G.) tematem nie jest już roztrząsanie kwestii odpowiedzialności za wojnę ani jej wartościowanie”.
Rozwijając w artykule ten wątek, autorka najwidoczniej nie zauważyła omówionych tu niemieckich źródeł. A chociażby w zbliżonym tematycznie do „Pomocnika” 50-stronicowym dodatku tygodnika „Das Parlament”, zatytułowanym „Pierwsza wojna światowa” (14.04.2014), znajdziemy opinię historyczki Anniki Mombauer, autorki wydanej w tym roku książki „Die Julikrise: Europas Weg in den Ersten Weltkrieg” („Kryzys lipcowy: Droga Europy do I wojny światowej”): „Dokładnie w 100. rocznicę początku wojny ukazało się wiele publikacji, w których znów wyeksponowano problem winy za wybuch wojny. Temat nadal okazuje się sporny, żywo dyskutowany w niemieckiej opinii publicznej. Jeśli zawierzyć najnowszym badaniom, to Niemcy i Austro-Węgry nie są już bardziej odpowiedzialne za wybuch wojny niż Rosja lub Francja”. Jej zdaniem, książka Clarka sprawiła, że „wielu komentatorów w Niemczech przekreśliło winę Niemiec za wybuch wojny”.
Oby za 100 lat, a może wcześniej, ktoś nie uznał lunatyków za sprawców II wojny światowej.

Autor jest dziennikarzem, wieloletnim korespondentem w Niemczech

Wydanie: 27/2014

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy