Jest dwóch Stanisławów Tymów – rozmowa z Markiem Piwowskim

Jest dwóch Stanisławów Tymów – rozmowa z Markiem Piwowskim

„Rejs 2” to będzie komedia erotyczna na statku wycieczkowym, ujawniająca niezwykłe przygody Miss Mini Lambada i 40 pasażerów

– 40 lat minęło od powstania filmu „Rejs”. 40 lat minęło jak jeden dzień?
– Jak 40 mgnień wiosny.

– Pamięta pan, jak powstał pomysł na „Rejs”?
– Nie pamiętam, więc bardzo chętnie opowiem. Po pierwsze, to chcieliśmy pokazać, jak władza manipuluje kulturą (w filmie „Rejs” piosenką na pokładzie) dla osiągania korzyści politycznych, po drugie, to śmieszyły nas (robiących „Rejs”) ówczesne sposoby opowiadania filmu, więc szukaliśmy nowych.

– Co was tak śmieszyło?
– Koturnowe aktorstwo i literackie struktury przenoszone do filmu.

– Przecież polska szkoła filmu była oparta na wspaniałej literaturze.
– Tak. A obok rozwijała się jeszcze bardziej rewelacyjna polska szkoła dokumentu. To stworzyło warunki ożywczej konkurencji pomiędzy filmem fabularnym a dokumentalnym. Film dokumentalny udowodnił, że życie wcale nie biegnie tak jak akcja w filmie, więc zastąpił rozwijanie akcji rozwijaniem tematu. Każde upychanie rzeczywistości w struktury filmowe czy literackie jest fałszowaniem, bo rzeczywistość jest chaotyczna, przebiega strumieniowo. Budowa filmu dokumentalnego zaczęła bardziej przypominać struktury muzyczne niż literackie. Film nie powinien dać się streścić, podobnie jak melodia, co bardzo denerwowało niektórych recenzentów „Rejsu”. Krytycy lubią się popisywać wiedzą i stosować porównania: np. film „Obywatel Kane” nie wnosi nic nowego, bo składa się z 10% ujęć w niskim kluczu światła, 10% w wysokim oraz 80% w średnim, a takich filmów było już 17 tys. I to jest akurat prawda, tylko że w filmie albo w melodii wcale nie o to chodzi, tu statystyka może być szkodliwa, bo nawet profesor statystyki utonął w jeziorze, które miało statystycznie 10 cm głębokości. Film powinien mieć początek, środek i koniec, ale niekoniecznie w takiej kolejności.

– A to koturnowe aktorstwo?
– Brało się stąd, że aktorzy byli szkoleni do takiego gestu i mówienia, które ma być rozpoznawalne w ostatnim rzędzie teatru, taki aktor nie mówi, on „podaje tekst”, co w filmie wypada sztucznie i śmieszy jako recytacja, bo tak się nie mówi, a to u dokumentalistów wywoływało odczyn wprost alergiczny i na gwałt szukali rozwiązań.

– Jakich?
– Miloš Forman dawał aktorom tekst do nauki na godzinę, ale po kwadransie zabierał i kazał grać to, co zapamiętali. A że zapamiętali sens, a nie słowa, więc mówiąc, starali się na gwałt przypomnieć sobie tekst, szukali tych słów, co wyglądało, jakby mówili to, co im właśnie przychodzi do głowy. I o to właśnie chodziło, w ten sposób Forman osiągał pożądany efekt naturalności u aktorów przed kamerą.

Doświadczenie dokumentalistów

– Pan też stosował podobne podstępy?
– Tak, np. taka scena: naturszczyk ma zagrać zadanie: „wszedł do kawiarni i rozejrzał się niepewnie”. Żeby wyrugować ilustracyjność w jego grze, rozkleiłem na ścianach siedem ponumerowanych kartek i kazałem mu wejść do kawiarni i policzyć te kartki, ale od końca do początku, więc wszedł i tak panicznie szukał odwrotnej kolejności, że osiągnął całkowicie doskonałą niepewność. Podstępy stosowałem też wobec siebie, np. grając w swoim filmie bezdomnego z Dworca Centralnego, zapuściłem zarost, przebrałem się w łachmany, zbliżam się do dworca, patrzę, stoi kamera, gotowa ekipa, a z daleka nadciąga bezdomny, ale takim krokiem nie do podrobienia, więc ja też tak zaczynam iść, a policjant do mnie z pałą: „Spierdzielaj, dziadu, bo tu film kręcą!”.

– Czyli doświadczenia dokumentalistów przenosiliście do filmów fabularnych.
– Tak. Bo to dawało filmowi fabularnemu ogromną wprost wiarygodność. To pozwoliło mi wypracować metodę opowiadania filmu, którą nazwałem „bezpośrednia relacja naocznych świadków wydarzenia, którego w ogóle nie było”. Tak opowiedziałem „Rejs” i tak opowiem „Rejs 2”.

– Jak się organizuje taką rzeczywistość filmową?
– Trzeba zatrzeć różnice pomiędzy rzeczywistością a fikcją filmową. Doprowadzić do tego, żeby przestało być ważne, że kręcimy tam jakiś film, bo w gruncie rzeczy płyniemy statkiem w nagrodę, tworzymy mikrospołeczność, mamy wybrać radę rejsu, regulamin, ustrukturalizować się, a oni już tak się w to wciągnęli, że zaczęli domagać się usunięcia kamery ze statku, bo im przeszkadza w życiu wycieczkowym obecność jakiejś tam kamery, operatora, reżysera mieli w dupie. Wtedy już wiedziałem, że możemy zaczynać filmowanie. Nawet zawodowy aktor – Maklak – pomieszał fikcję z rzeczywistością i poprosił o zwolnienie z fikcyjnej rady rejsu, bo dziś ma w rzeczywistości grać w teatrze.

– A sposób fotografowania też z założenia był dokumentalny?
– Nawet jeszcze bardziej niż dokumentalny. Miały to być jakby pamiątkowe zdjęcia z amatorskiej kamery jednego z pasażerów, który dotychczas filmował śluby, chrzciny, wycieczki. Te zdjęcia w „Rejsie” dodatkowo zdezorientowały nie tylko krytyków prasowych, ale też zawodowych operatorów, reżyserów, kolaudantów.

– Skąd pomysł, żeby akcja filmu rozgrywała się na statku?
– Bo takie ograniczenie pozwala mówić o sprawach ogólnych pars pro toto.

– Jak wyglądał „casting”?
– Do Hali Mirowskiej przyszło 24 tys. osób, a każdy inny, odwrotnie niż dziś, kiedy na castingu wszyscy jednakowo krzyczą i podrygują, powielając zachowania z ostatniego „Tańca z gwiazdami” albo na lodzie. Wtedy każdy był inny, a casting wygrał niejaki Józiu, który przez kwadrans nie powiedział ani słowa, nie gestykulował, tylko patrzył i milczał, ale tak to robił, że pokonał wszystkich. Józiu był palaczem w elektrociepłowni na Siekierkach, w „Rejsie” zaśpiewał „Były maje, były bzy”. A kiedy podczas filmowania „Rejsu” dowiedział się od Andrzeja Dobosza, że jest konkurs literacki na opowiadanie, wieczorami po zdjęciach napisał opowiadanie, zaniósł je na pocztę, ale na podłodze rozsypały mu się kartki, a że były nieponumerowane, to je złożył byle jak, żeby zdążyć, bo zamykali pocztę, i wysłał. Józiu wygrał ten konkurs z nagrodą za ciekawe eksperymenty w strukturach narracyjnych. Józiu wygrywał też następne turnieje literackie, mimo że już numerował strony.
Drugim zwycięzcą castingu był Himilsbach, kamieniarz z cmentarza Powązkowskiego, ale wahał się, czy debiutować w filmie, czy nadal kuć nagrobki, bo „jednak to, co zrobi w kamieniu, to przetrwa wszystkie filmy”. Po „Rejsie” zaproponowano mu rolę w filmie amerykańskim, pod warunkiem że się nauczy angielskiego, ale odmówił, bo „film może nie dojść do skutku, a wtedy on zostanie z tym angielskim jak palant na lodzie”. Rozpiętość pomiędzy wykonawcami „Rejsu” była taka, że np. jednego dnia zabrakło dwóch „aktorów”, bo jeden – Himilsbach – siedział w areszcie za bójkę po pijaku, a drugi – prof. Suszko – był na kongresie logików matematycznych w Tokio.

– A Stanisław Tym?
– Jest dwóch Stanisławów Tymów. Jeden gra rolę wyuczoną, np. w filmie „Ryś”, a drugi potrafi improwizować, jak w filmie „Rejs”, gdzie debiutował. Improwizując, Staś osiąga efekty nieprawdopodobne, bo zaskoczony prowokacją ma taki zastrzyk adrenaliny jak matka, która potrafi unieść dwutonowy samochód, żeby wydobyć dziecko. Wtedy mamy do czynienia z prawdziwą kreacją Stasia, a nie z odtwarzaniem tekstu wcześniej napisanego. Tuż przedtem Tyma wyrzucili ze szkoły teatralnej za brak talentu. Na drugi dzień Tym spotkał swojego profesora, który powiedział: „Widzisz, Stasiu, jakie to okrutne, że cię tak wywalili”. „Ale to przecież pan profesor kazał mnie wywalić”. „No bo, baranie, nie masz aktorskiego talentu”.

Naturszczycy i zawodowcy

– Aktorzy się panu nie buntowali, gdy dowiedzieli się, że mają grać z naturszczykami?
– Nie było żadnego przymusu gry w „Rejsie”. Problemem był dysonans pomiędzy grą naturszczyka a grą aktora zawodowego. Tego niektórzy aktorzy zawodowi, teatralni się boją, a niektórzy uznają to za ciekawe wyzwanie. Do tych odważnych właśnie należeli Maklak, Pietruski. Oni potrafili pokonać ten dysonans w konfrontacji z naturszczykiem, niektórzy aktorzy nie chcą grać z naturszczykami, bo mówią o nich z pogardą, że nie mają dyplomu, więc nie są zawodowcami, ale tak naprawdę to jest konfrontacja konwencji z prawdą.

– A te wszystkie osoby pracujące, jeśli można tak powiedzieć, przy powstaniu filmu, wierzyły w powodzenie „Rejsu”?
– Nikt nie wierzył, że z tego chaosu, bałaganu i luzu, nad którego wywołaniem tyle się napracowaliśmy, coś wyjdzie, ale im mniej wierzyli, tym większy łapali luz i o to chodziło. Od razu na początku pozbyliśmy się z ekipy kilku takich niby-zawodowców krzyczących w kółko jak kaprale: „Cisza na planie!”, „Kamera!”, „Stop!”. Oni nic ponad to nie potrafią, nawet nie wiedzą, że drąc mordy, niweczą to, co w filmie najcenniejsze – atmosferę. Ale to „darcie mordy”, gruba skóra i silne łokcie kompletnie się wykluczają z wrażliwością, a ta ostatnia właśnie potrzebna jest do filmu. Chyba że się robi film z udziałem czołgów, koni albo samolotów, ale to już jest odmiana filmu kukiełkowego.

– Stworzył pan jeden z najlepszych duetów w polskim kinie – Himilsbach-Maklakiewicz. Jak oni się dogadywali na samym początku?
– To był debiut Himilsbacha, a on co trzeci dzień znikał ze statku i trzeba było go rano szukać albo w knajpie, albo w izbie wytrzeźwień, albo w komisariacie, więc nie bardzo można było rozwijać tę graną przez niego postać, bo ona mogła nagle zniknąć na zawsze z filmu. Poprosiłem Maklaka, żeby zżył się trochę z Himilsbachem, bo liczyłem na odpowiedni wpływ, ale po trzech dniach „zżywania” musiałem z knajpy wyciągać Himilsbacha już z Maklakiem. Himilsbach miał taką charyzmę, że np. patrząc na zbiorowe zdjęcie stu ludzi, każdy pytał, kto to jest ten w ostatnim rzędzie z brzegu, pukając palcem w twarz Himilsbacha.

– A Andrzej Dobosz?
– Ma księgarnię w Paryżu. Właśnie zadzwonił i powiedział: „Wsiadłem do pociągu w Paryżu, żeby przyjechać do Polski, ale do przedziału weszli tacy trzej w polskich dresach, wyjęli flaszkę i zapytali mnie: „Czy babcia się z nami napije?”, więc wysiadłem”.

– Z ekipy, która tworzyła „Rejs”, powstał dream team, bo współscenarzystą był Janusz Głowacki, muzykę zrobił Wojciech Kilar, grali Maklakiewicz, Himilsbach, Tym…
– To prawda, miałem wtedy wielki fart, bo dobrał się fajny zespół wspaniałych ludzi. To były głównie debiuty. Oni wszyscy bardzo się rozwinęli.
n Są jeszcze tacy naturszczycy jak w „Rejsie”? Mogą odtworzyć podobną magię?
– O ho, ho, ho! Są, są. Wspaniali, są inni. Będzie casting do „Rejsu 2”. Może się zgłosić każdy, bez względu na wiek, płeć, zawód, wykształcenie, poglądy. Zapraszam.

Wtórne fale tsunami

– A jakie, przepraszam, osiągi miał pierwszy „Rejs”?
– Bardzo proszę. Pierwszy „Rejs” przyniósł siedmiokrotny zysk, zdobył 11 nagród na festiwalach filmowych, wygrał ranking „Polityki” na najciekawszy film polski XX w.

– To znaczy, że „Rejs” potrafił pokonać podział na filmy kasowe i festiwalowe, połączyć zysk i nagrody.
– „Rejs” miał ponad 7 mln widzów w kinach oraz 780 mln telewidzów w 46 krajach. A podział na filmy kasowe i festiwalowe jest trochę pozorny, bo każda nagroda festiwalowa wywołuje „wtórne fale tsunami”, czyli powracającą widownię. Chociaż rzeczywiście są filmy ambitne, których nikt nie ogląda, poza autorem, a z drugiej strony są dzieła, z których nie wynika nic ponad to, że gwiazda umie jeździć po lodzie.

– Kiedy będzie „Rejs 2”?
– Kończę dokumentację, za miesiąc zaczynamy casting.

– A scenariusz?
– Jest lepszy niż scenariusz „Rejsu” pierwszego.

– „Rejs” to przecież też kultowe teksty. Dlaczego?
– Sam tego nie rozumiem, bo oglądałem „Rejs” w wersji japońskiej w polskim klubie studenckim i wszyscy się bawili równie dobrze.

– Film jest krótki, trwa raptem 68 minut. Są jakieś niewykorzystane sceny?
– Dużo było, ale poszły na przemiał. Gdybym wiedział, że komuna padnie, tobym negatyw przechował. Dobrze, że się udało zachować to, co było, bo na kolaudacji usiedliśmy z Głowackim obok metalowych popielniczek i kiedy nadciągał niecenzuralny dialog, waliliśmy te popielniczki z kopa, one się wywracały, co dawało do pięciu sekund hałasu i zagłuszało trefny dialog. Gorzej ze scenami bezdialogowymi. Np. chcieli wywalić scenę „salonowca” – kiedy Tym wali w dupę Dobosza – bo jest tylko jeden bijący do zgadywania, a to oczywista aluzja do braku możliwości wyboru, więc kazali wywalić, ale po miesiącu interwencji i narad na najwyższym szczeblu dostałem telegram: „Zezwalam na scenę dupnika. Minister Kultury i Sztuki”.

– Polityka przeszkadzała panu w realizacji „Rejsu”?
– Były dwie szkoły postępowania z cenzurą: albo dać im parę dialogów na pożarcie, albo usunąć wszystkie wątpliwe dialogi, żeby nie drażnić.

– Którą szkołę zastosowaliście w „Rejsie”?
– Zespół TOR miał cykor i zdecydował, żeby nie drażnić, więc usunął wszystko, czego się bał, do tego stopnia, że jak cenzor zobaczył film, to zapytał: „Kto panu tak to pociął?”. „Rejs” wyszedł tylko w dwóch kopiach, normalnie było ich kilkadziesiąt, ale minister powiedział: „Nie trzeba więcej kopii, bo przecież film nie ma reklamy”. „To zróbmy reklamę”. A on: „Po co reklama, jak są tylko dwie kopie?”. Ale „Rejs” miał dobrą promocję szeptaną, bo szła wiadomość, że mają go zakazać, co wywoływało bardzo długie kolejki do kin.

– Że zabawnie było na planie, to widać, bo aktorzy często wyglądają, jakby byli na dużym kacu lub jeszcze pod wpływem. Film był robiony w trakcie nieustającej imprezy?
– Zamknąłem bar na statku, ale jakimś cudem ten alkohol cały czas na statek się przedostawał, wystarczyło, że mijaliśmy jakiś statek w odległości 5 m, nie mówiąc już o takich sytuacjach, kiedy statek przepływał pod mostem, to wtedy było całe bombardowanie butelek starannie poowijanych w bambetle.

– Coś by pan dzisiaj zmienił w „Rejsie”?
– Nigdy w ten sposób do tyłu nie myślałem, myślę w przód, np. co jeszcze ulepszyć w „Rejsie 2”.

– Gdy wrócił pan do Polski, to nie zrobił pan dużo filmów.
– No nie, jest tyle innych ciekawych rzeczy, ho, ho!

– Jaką historię opowie pan w „Rejsie 2”?
– To będzie wesoła komedia erotyczna na statku wycieczkowym, ujawniająca niezwykłe przygody Miss Mini Lambada i 40 pasażerów.

– To ja już panu dziękuję, proszę pana.
– A proszę bardzo, proszę pana.

_____________________________

Marek Piwowski – (ur. w 1935 r. w Warszawie) reżyser, scenarzysta, aktor. W 1963 r. ukończył Wydział Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego, a w 1967 r. Wydział Reżyserii PWSTiF w Łodzi. Wyreżyserował m.in. filmy „Muchotłuk”, „Rejs”, „Korkociąg”, „Przepraszam, czy tu biją?”, „Uprowadzenie Agaty”, „Oskar”, a także przedstawienie Teatru Telewizji „Kłopoty to moja specjalność”. Wystąpił też w filmach „Rysopis” i „Walkower” w reżyserii Jerzego Skolimowskiego, „Bilans kwartalny” Krzysztofa Zanussiego, „Ryś” Stanisława Tyma. Nagrody: Grand Prix II Festiwalu Dobrego Humoru w Trójmieście za „stworzenie nowej formy satyrycznego programu telewizyjnego w programie „Reguła Martina”, w 1976 r. na Festiwalu Filmów Polskich Nagroda Główna Jury i Nagroda Publiczności dla „Przepraszam, czy tu biją?”, rok później Złota Kamera pisma „Film” w kategorii najlepszy film o tematyce współczesnej również dla „Przepraszam, czy tu biją?”; Wielki Fe Fe i Brązowy Smok Międzynarodowego Festiwalu Filmów Krótkometrażowych w Krakowie za „Krok”. Obecnie pracuje nad drugą częścią kultowego „Rejsu”.

Wydanie: 42/2010

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy