Dyplomata w służbie Polski Ludowej

Dyplomata w służbie Polski Ludowej

Raporty wysyłane przez Czesława Miłosza z USA do Warszawy dowodzą, że był lojalnym wobec władz urzędnikiem państwowym

Dziwić musi nikłe zainteresowanie wydobytymi z archiwum Ministerstwa Spraw Zagranicznych raportami dyplomatycznymi wysyłanymi przez Czesława Miłosza ze Stanów Zjednoczonych do Centrali w Warszawie. Dziwić musi, bo tymi dokumentami powinni być zainteresowani zarówno ci, którzy chętnie ukazaliby „haniebną” decyzję poety o współpracy z władzami ówczesnego polskiego państwa, jak i ci, którzy broniąc go przed takimi zarzutami, mogliby się doszukiwać w opublikowanych dokumentach „drugiego dna”, jakiegoś „ketmana”; a i tacy by się znaleźli, którzy mogliby w nich dostrzec dowody na rzeczywiste poglądy lewicowe wspierające powojenne przemiany społeczne i polityczne w Polsce.

Raporty dyplomatyczne Miłosza są ważne dla pogłębienia wiedzy o jego biografii, poglądach politycznych, postawie ideowej i działalności na rzecz Polski Ludowej. Dokumentują najmniej znane lata jego życia i aktywności politycznej. Skłaniają do weryfikacji tej wiedzy o nim, którą wyprowadzamy z utworów poetyckich powstających w tym czasie i z głośnej książki „Zniewolony umysł”. Dotychczasowa nasza wiedza o jego pracy w charakterze polskiego dyplomaty opierała się głównie na napomknięciach samego autora, spotykanych w jego tekstach z lat późniejszych, gdy dochodziła do głosu uwierająca go pamięć owego „paktu diabelskiego”. Gdy w różny sposób chciał się z niego tłumaczyć, wyjaśniać, usprawiedliwiać. (…)

Do okresu sprawowania funkcji dyplomatycznych Miłosz powracał często w swych esejach, wspomnieniach, wywiadach; najobficiej w „Roku myśliwego”. Ale to wszystko było dokonywane ex post, retrospektywnie, było przesiane przez sito późniejszych doświadczeń, okoliczności z życia osobistego, a także gromadzących się komentarzy wokół jego biografii i twórczości. Retrospektywne autokomentarze i wyjaśnienia mogły być interesujące z punktu widzenia całości jego twórczości, a zwłaszcza biografii, ale mało wiarygodne dla poszukujących odpowiedzi na pytanie, kim był i co robił Miłosz w pierwszych kilku powojennych latach jako attaché do spraw kultury – najpierw w Konsulacie Generalnym RP w Nowym Jorku, później w Ambasadzie RP w Waszyngtonie. Tej wiarygodnej odpowiedzi na te pytania szukać możemy w jego raportach dyplomatycznych.

Z wielu wypowiedzi pisarza wiemy, że chciał wyjechać za granicę. Widział w tym korzystniejsze warunki dla rozwoju własnej twórczości, uwolnienie jej od nacisków politycznych i środowiskowych, od cenzury. Chęć przebywania za granicą nie musiała mieć zabarwienia politycznego. „W Polsce nic nie mam do roboty, bo nie jestem płaczliwym alkoholikiem, całe życie chciałbym mieszkać za granicą, gdzie czuję się dobrze – no i mogę być bardzo użyteczny”, zwierzał się Tadeuszowi Krońskiemu. Władze nowego polskiego państwa chętnie wysyłały pisarzy o lewicowych tradycjach na placówki dyplomatyczne. Chciał z tego skorzystać również Miłosz, gdyż „wyjazdy na dyplomatyczne placówki zapewniały literatom wolność od policyjnego nadzoru i wolność od cenzury, toteż bardzo sobie swój pobyt za granicą chwaliłem”. Podjął odpowiednie starania. Pismem z 20 sierpnia 1945 r. zwracał się do Ministerstwa Spraw Zagranicznych. (…)

Poparcia udzielił mu Jerzy Putrament. Powoływał się na dobrą znajomość Miłosza, na jego uzdolnienia, które mogą być odpowiednio wykorzystane w dyplomacji. Zwracał się do ówczesnego ministra spraw zagranicznych – też pisarza – Wincentego Rzymowskiego o przydzielenie poety do placówki szwajcarskiej. Prośbę Miłosza poparł również Leon Kruczkowski jako wiceminister kultury i sztuki (…).

Wysłano go do Nowego Jorku w charakterze attaché kulturalnego w tamtejszym Konsulacie Generalnym RP, gdzie pracował od lutego do października 1946 r. W pierwszym raporcie wysłanym 1 kwietnia 1946 r. tak przedstawiał stawiane sobie cele:

1. Informowanie tutejszego środowiska – zarówno Amerykanów, jak i Polonii o odbudowie życia kulturalnego i artystycznego w kraju. 2. Propaganda materialnej pomocy dla Polski w dziedzinie kulturalnej. 3. Informowanie kraju o życiu literackim, artystycznym i naukowym Stanów Zjednoczonych.

Trafił na trudny teren i szczególnie trudny okres. Opory w przyjmowaniu jego osoby i inicjatyw w środowisku amerykańskim były wówczas dodatkowo spotęgowane oświadczeniem sekretarza stanu USA Jamesa Byrnesa, zapowiadającego „twardą” politykę wobec ZSRR, co rzutowało również na stosunek do Polski Ludowej. (…)

Amerykanie, a zwłaszcza polska emigracja w Ameryce, ta najnowsza, z lat II wojny światowej i po jej zakończeniu, a więc ta, która przede wszystkim wchodziła w zakres zainteresowań Miłosza, uważająca się za niepodległościową, bojkotowała spotkania organizowane przez polski Konsulat Generalny. (…)

Niektórzy emigranci spotykali się z Miłoszem, ale prywatnie, unikając udziału w jakichkolwiek akcjach oficjalnych firmowanych przez konsulat. Fakt, że Miłosz był znany w środowisku literackim, ułatwiał mu takie spotkania z pisarzami polskimi przebywającymi na emigracji, mieszkającymi w Nowym Jorku. Wśród nich byli: Jan Lechoń, Kazimierz Wierzyński, Julian Tuwim, Józef Wittlin, Aleksander Janta, Antoni Gronowicz, Antoni Marczyński. Pierwsi dwaj byli nieprzejednanymi przeciwnikami polskiego rządu w Warszawie. Z nimi kontaktu być nie mogło. Spotkanie z Tuwimem natomiast ujawniło, że jest on „nastrojony entuzjastycznie dla spraw przemian społecznych w Polsce i wraca do kraju”. (…)

Na pisarzach emigracyjnych duże wrażenie robiły przekazywane im przez Miłosza informacje o wysokich nakładach utworów literackich w Polsce i o natychmiastowym ich rozprzedawaniu, co było skutkiem dokonującej się rewolucji kulturalnej.

Kontaktował się Miłosz z amerykańskimi literatami, wydawcami, dziennikarzami – ale jako członek Związku Literatów, PEN clubu. Było to środowisko „nieufne w stosunku do wszystkiego, co ma w sobie choćby cień propagandy i urzędnik służby dyplomatycznej czy konsularnej nie jest tam mile widziany”.

Zauważywszy, że Biblioteka Publiczna w Nowym Jorku jest zupełnie pozbawiona oficjalnej polskiej prasy i wydawnictw, zainicjował Miłosz zaopatrywanie jej w publikacje ukazujące się w kraju. Udało mu się również doprowadzić tam do wieczoru literackiego. „Zorganizowanie takiego wieczoru w obecnych warunkach zaognienia politycznego było bardzo trudne, gdyż wobec wrogiego nastawienia większości Polonii każde wystąpienie kulturalne przybiera postać manifestacji politycznej”. (…) Również dzięki kontaktom osobistym Miłosz został zaproszony do Newark, gdzie przedstawił logikę przemian polskich. Odbyło się to w środowisku, w którym następnym mówcą miał być prof. Oskar Halecki, „o którego poglądach politycznych można powiedzieć, że nawet Konstytucja 3 maja wydaje mu się zbyt lewicowa”.

Zdarzała się i taka przyczyna niezłej frekwencji na odczycie Miłosza: „Przyjazd Bora [Tadeusza Bora-Komorowskiego, dowódcy powstania warszawskiego]. Mój odczyt w Hartford wypadł w kilka dni po wizycie Bora w tym mieście. Przyszła na odczyt również pewna grupa Polaków, oczywiście tych, dla których bytność na odczycie urzędnika polskiego była rodzajem manifestacji anty-Borowej”. Notabene bardzo krytyczny artykuł o Tadeuszu Borze-Komorowskim zamieścił Miłosz w tym czasie w krakowskim „Przekroju”.

W kwietniu 1946 r., w trzecią rocznicę powstania w getcie warszawskim, na zaproszenie Jewish Congress, Miłosz miał odczyt w Bostonie, mimo sprzeciwu działaczy Bundu, którzy nie chcieli dopuścić do wystąpienia „komunisty”. A było ono bardzo udane, szeroko reklamowane, zebrało się 1500 osób.

Wygłosiłem dłuższe przemówienie (po angielsku) – informował Miłosz Centralę – uprzednio starannie przygotowane (ok. 40 minut), w którym przedstawiłem fakty tak jak je widziałem w Warszawie za okupacji, stosunek rządu do antysemityzmu i środki zaradcze użyte przez rząd. Widziałem, że to, co mówię, robi duże wrażenie. Wielokrotnie przerywano mi oklaskami. Między innymi oklaskiwano, gdy powiedziałem, że moim zdaniem obecny rząd polski jest najlepszy, gdy chodzi o rozwiązanie problemu odbudowania życia żydowskiego w Polsce i że za akcje antysemickie została ogłoszona kara śmierci.

Na terenie konsulatu od kwietnia do czerwca odbywały się spotkania poświęcone trzeciej rocznicy walk w getcie warszawskim, urządzane przez American Jewish Congress. Do tego rodzaju spotkań przywiązywał Miłosz wielką wagę, gdyż widział, i informował o tym polskie władze, że sprawa antysemityzmu w Polsce jest nadal jedną z największych przeszkód na terenie międzynarodowym, a przełamywanie wrogości społeczeństwa żydowskiego jest jednym z najważniejszych zadań w Ameryce, „podstawowym zagadnieniem dla naszych stosunków z USA, w pierwszym rzędzie, jeżeli chodzi o pomoc ekonomiczną i naukową”.

„Kontakty tutejszego konsulatu z żydostwem są, mam wrażenie, znacznie żywsze niż z Polonią”, pisał Aleksander Donat do Jerzego Borejszy. W dowód tego przytaczał, dobrze przyjęty przez liczną publiczność żydowską, odczyt Miłosza w Bostonie.

Za katastrofę uznał Miłosz to, co stało się w Kielcach: „Obecnie jesteśmy krajem antysemickiego terroru nr 1 i prawo do mówienia o okrucieństwach hitlerowskich jest nam przez to samo odjęte”. Ubolewał, że po pogromie kieleckim trudno by mu było wygłaszać odczyty o bestialstwach niemieckich w stosunku do Żydów w Europie i o stosunku rządu polskiego do Żydów, jak to wcześniej przedstawiał swym amerykańskim słuchaczom.

Barometr tutejszy jest wrażliwy – pisał. – Każde polepszenie pozycji Polski daje w wyniku większą liczbę zgłoszeń o informację, większą gotowość pomocy, pomnożenie pożytecznych kontaktów. I odwrotnie – takie wydarzenia, jak w Kielcach, przekreślają kapitał walki z hitleryzmem, stawiają Polaków na równi z Niemcami, co prowadzi w dalszej perspektywie do zwiększenia sympatii dla „biednych Niemców”, którzy też mordowali, ale to było dawno.

Dużo uwagi poświęcał Miłosz sprawie niemieckiej i jej obecności w amerykańskich opiniach, w których dawało się zauważyć przypływ proniemieckich nastrojów, zwłaszcza po przemówieniu Jamesa F. Byrnesa w Stuttgarcie 6 września 1946 r., podważającym trwałość i ostateczność polskiej granicy zachodniej. Pojawiły się głosy domagające się jej rewizji. Tej m.in. kwestii poświęcił Miłosz długi i wyczerpujący „Raport sytuacyjny” z września 1946 r. Przedstawił w nim amerykańską politykę zagraniczną dotyczącą Polski. Przytoczył opinie ukazujące się w prasie amerykańskiej na temat problemów polsko-niemieckich: „Wschodnia granica Niemiec jest opłakiwana jako błąd i odstępstwo od Karty Atlantyckiej. […] Szczególnie »New York Times« prowadzi politykę puszczania balonów próbnych na temat rewizji zachodnich granic Polski […]. Z powołaniem się na »dobrze poinformowane źródła niemieckie« mówił o oddaniu Niemcom Pomorza i Szczecina”. „Najbardziej psują nam Niemcy, którzy obsadzają tu wszelkie stanowiska związane ze sztuką, przy czym Żydzi niemieccy kryją nazistów”, pisał do Jarosława Iwaszkiewicza.

Do szerokich rozmiarów rozwinął szczegółową analizę sytuacji politycznej w Stanach Zjednoczonych. Była ona wartościowa, obfitowała we wnikliwe i ważne spostrzeżenia szczegółowe. Nie spotkała się jednak z należytym uznaniem. Z Centrali nadeszło coś w rodzaju reprymendy, datowanej 5 października 1946 r.:

Otrzymaliśmy raport sytuacyjny Attachatu […]. Musimy niestety stwierdzić, że raport ten odbiega znacznie od raportów, jakie zwykli przysyłać attaché kulturalni. Nie ma tam ani słowa o istocie pracy Attachatu, o czynnościach przezeń wykonywanych, o spotkaniach ze sfer literackich i naukowych. Raport ten nie obejmuje zupełnie charakterystyki nastrojów, pracy kulturalno-oświatowej prowadzonej wśród Polonii Amerykańskiej. Raport ten nie obejmuje zupełnie sprawy propagowania kultury polskiej na terenie Stanów Zjednoczonych. (…)

Stałym motywem w raportach Miłosza było dopominanie się o przysyłanie do Stanów Zjednoczonych polskich książek i czasopism, opracowań o Polsce, albumów jej dotyczących. Duże było zainteresowanie nimi w środowiskach polskiej emigracji. Zabiegał o obecność w Stanach polskiej literatury współczesnej. (…) Jego wysiłki w tym zakresie przynosiły niewielki skutek. W raportach często powtarzają się skargi w rodzaju: „Nawiązanie kontaktów z firmami wydawniczymi i bibliotekami w Polsce jest bardzo utrudnione”.

Niezależnie od meldunków służbowych słanych do MSZ zwracał się również do Jerzego Borejszy z prośbą o pomoc w otrzymywaniu polskich wydawnictw. Podawał mu w odpowiedniej kolejności tytuły czasopism, przydatne szczególnie z punktu widzenia propagandowego. Na pierwszym miejscu wymieniał „Twórczość” („Jest najlepszym materiałem propagandowym i której ciągle jest za mało”). W dalszej kolejności – „Przekrój”, „Tygodnik Powszechny”, „Odrodzenie”. Zwracał się o przysłanie mu książek Iwaszkiewicza, Dygata, Brezy, Andrzejewskiego, Sandauera, Żukrowskiego, Szmaglewskiej. (…)

Niewątpliwie dużym sukcesem Miłosza było doprowadzenie do urządzenia w New York Public Library wystawy polskiej książki powojennej. Otwarta 3 maja (!) 1947 r. w głównym budynku biblioteki przy Piątej Alei (…) czynna była do końca czerwca. Odwiedziło ją ok. 20 tys. osób. (…)

Miłosz zabiegał też o wysyłanie książek ze Stanów do Polski; naukowych, fachowych, z różnych dziedzin. Umiał trafić do Amerykanów polskiego pochodzenia, którzy chętnie w tym zamiarze uczestniczyli. Ich zapał był jednak hamowany przez polskie przepisy. (…) Miłosz upominał się o stworzenie łatwiejszej drogi dla książki ze Stanów do Polski. Dzięki dobrym stosunkom z dyrektorem American Book Center poszły do Polski, na adres Biura Wymiany przy Bibliotece Narodowej w Warszawie, 374 skrzynie książek. Informując o tym Centralę, dodawał: „Trudność polega na tym, że dotychczas nie nadeszły żadne potwierdzenia odbioru (mimo depesz Ambasady)”.

Krytykował cenzurowanie listów wysyłanych z Ameryki do Polski i opieczętowywanie ich znakiem cenzury, co powoduje długie ich dochodzenie do rąk adresata. Za przykład godny naśladowania dawał (a czynił to parokrotnie w różnych sytuacjach) postępowanie władz czeskich. Tam listy dochodziły szybko i bez pieczątki cenzury. „Najbardziej haniebne jest – pisał w prywatnym liście – że nie można stąd posyłać książek i czasopism pocztą – jacyś szkodnicy starają się w Polsce wydawać rozporządzenia uniemożliwiające przesyłanie z zagranicy druków, jakby w tych drukach diabli wiedzą jakie były wywrotowe hasła”. (…)

Jednym z zadań Miłosza było informowanie kraju o kulturze i literaturze amerykańskiej. Nadsyłał do polskich tygodników i miesięczników własne przekłady poetów amerykańskich, eseje o ich twórczości, artykuły informujące o życiu kulturalnym i literackim w Stanach Zjednoczonych. (…)

Te obowiązki pełniło mu się coraz trudniej w związku z narastającym napięciem politycznym, z nastawieniem antyamerykańskim w polityce prowadzonej przez cały blok państw socjalistycznych zależnych od Związku Radzieckiego. „Nastawienie antyamerykańskie w Polsce – pisał – jest dla nas za granicą bardzo niewygodne”. (…)

Udawało się Miłoszowi przełamywać lody dzielące go od ważnej instytucji polonijnej, jaką była (i jest) Fundacja Kościuszkowska. Nawiązał kontakt z jej założycielem i – wówczas – dyrektorem, wybitnym działaczem polonijnym Stefanem Mierzwą. Został przez niego zaproszony na uroczyste otwarcie gmachu fundacji. (…) Obecność Miłosza na tej uroczystości i jego długa rozmowa ze Stefanem Mierzwą stała się powodem ostrych ataków na dyrektora fundacji w prasie polonijnej. Oskarżano go o współpracę z komunistami. (…) Istotnie Mierzwa, zmuszony do tego przez naciski ze strony Polonii, oświadczył publicznie, że zaproszenie do Miłosza zostało wysłane przypadkowo. W rozmowie prywatnej z poetą tłumaczył się, że nie miał innego wyjścia. Mierzwa był mocno uzależniony od Polonii amerykańskiej, na jej wsparciu finansowym opierało się istnienie i działalność fundacji. Toteż za duży sukces Miłosza i za dowód mądrości oraz zalet charakteru Stefana Mierzwy uznać trzeba fakt, że podkreślając całkowitą apolityczność, zachowując wobec ambasady polskiej najdalej idącą rezerwę, wbrew wrogiemu stosunkowi Polonii do rządu w Warszawie, fundacja rozpoczęła akcję pomocy dla kraju, zaopatrywania polskich uniwersytetów w książki naukowe, zapraszania polskich studentów na studia w Ameryce, polskich profesorów z odczytami, co Polonia przyjmowała „ze zdumieniem i z wyraźnym niesmakiem”. (…)

Czesław Miłosz pracował w charakterze attaché kulturalnego w Konsulacie Generalnym RP w Nowym Jorku (luty-październik 1946 r.), następnie (do września 1950 r.) w Ambasadzie RP w Waszyngtonie. Raporty dyplomatyczne wysyłane przez niego ze Stanów Zjednoczonych do Warszawy dowodzą, że był nie tylko lojalnym wobec władz Polski Ludowej urzędnikiem państwowym, ale również z osobistym, intelektualnym i emocjonalnym zaangażowaniem działał na rzecz jej racji stanu. (…) Jego raporty odznaczały się otwartym, szczerym stylem. Miłosz nie uprawiał w nich autocenzury. Nie ukrywał swoich krytycznych opinii o niektórych posunięciach polskich władz czy o sytuacji międzynarodowej, co odnosiło się także do ZSRR. „Ja nie uprawiałem podwójnej gry”, napisał o sobie jako o dyplomacie. Zajmował pozycję „lojalnego ironisty”.

Taka lojalność, podszyta ironią (nieodłącznie towarzyszącą inteligencji) nie mogła zyskiwać uznania ówczesnych władców Polski (…). Zdecydowano dwustopniowo (przez Paryż) odwołać Miłosza ze służby dyplomatycznej. W 1950 r. zaczyna się służbowa korespondencja z Miłoszem i w sprawie Miłosza, dotycząca jego przeniesienia z Waszyngtonu do Paryża, przekazywana (czego poprzednio nie było) do wiadomości Jakubowi Bermanowi.

Miłosz stawia opór, tłumaczy to stanem zdrowia żony, w końcu przystaje na wyjazd do Paryża z pozostawieniem rodziny w Ameryce.

Na posiedzeniu komisji przygotowującej listę odwołań z placówek dyplomatycznych zapadła decyzja w sprawie Miłosza uzasadniona opinią: „Czesław Miłosz – II sekretarz Ambasady w Waszyngtonie. Człowiek całkowicie ideologicznie obcy. Po ostatnim pobycie w kraju [Miłosz był w Polsce latem 1949 r. i w grudniu 1950] ujawnił w swoich wypowiedziach wrogi i szkalujący stosunek do wszelkich przejawów życia w kraju. Żona – zaciekły wróg Związku Radzieckiego”.

Miłoszowi udaje się jeszcze odzyskać zatrzymany paszport, wyjechać do Paryża. 1 lutego wystąpił o azyl we Francji. Schronienie znalazł u Jerzego Giedroycia, w siedzibie „Kultury”, w Maisons-Laffitte.

W ciągu pięciu lat służyłem lojalnie mojej ludowej ojczyźnie, starając się według najlepszego mego rozumienia wypełniać moje obowiązki i jako pisarz, i jako attaché kulturalny w Stanach Zjednoczonych i we Francji. Przychodziło mi to tym łatwiej, że cieszyłem się, iż półfeudalna struktura Polski została złamana, że robotnicza i chłopska młodzież zapełnia uniwersytety, że została przeprowadzona reforma rolna, a Polska zmienia się z kraju rolniczego w przemysłowo-rolniczy. Poza tym mój stosunek do politycznej emigracji polskiej był co najmniej ironiczny: na kimś, kto rozumiał dynamikę przemian zachodzących w Polsce, spory kilkuosobowych stronnictw robiły wrażenie bezużytecznej zabawy, a same postacie tych polityków wyglądały na figury z wodewilu. Miałem więc powody, aby trzymać się nowej Polski zmierzającej ku socjalizmowi.

Grzeczny Czesio nie mógł po prostu wyrzec się lojalności. Ostatecznie nic mi złego polscy komuniści nie zrobili, tolerowali nawet moje mało prawowierne poglądy. Ja z kolei nie uprawiałem podwójnej gry.

Fragmenty książki Mariana Stępnia Czesława Miłosza odkrywanie Ameryki, Wydawnictwo Studio Emka, Warszawa 2018

Wydanie: 19/2018

Kategorie: Sylwetki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy