Dyskretny urok transformacji

Dyskretny urok transformacji

W polskiej literaturze pięknej epoka przemian to czas małych cudów, wielkich nadziei i spektakularnych rozczarowań

W roku 1989 miałem ledwie roczek i nic z okresu wielkich przemian pamiętać nie mogę. Wspomnieniem sięgam może roku 1994 i finału piłkarskich mistrzostw świata w USA, może 1995 i kampanii prezydenckiej; w głowie mam piosenkę „Ole, Olek”, poza tym migawki z wojny w Jugosławii, oryginalny smak herbaty w granulkach jedzonej łyżkami i melodyjkę z furgonetek Family Frost. Tylko powidoki.

Zresztą sama transformacja wykracza poza rok 1989 – to data arbitralna, umowna, polityczna – przecież wiatr zmian zaczął wiać już wcześniej, nawet w 1987 r., i ucichł (choć nie na dobre) w 1993 czy 1994 r., gdy historia się skończyła, zatoczyła koło. Nie było rewolucji; bardziej zawiedzione nadzieje, kilka udanych biznesów, tysiące drobnych katastrof. „Nie skończyło się światowym imperium, wojną powszechną, codzienną apokalipsą, skończyło się w ogonku po ser”, jak pisał w tamtym czasie Jan Błoński.

Po 30 latach od arbitralnej daty sięgam do polskiej literatury pięknej z transformacją w tle. W niej znajduję trochę małych cudów, wielkie nadzieje jednych i spektakularne rozczarowania drugich, opisy wzięte z życia – jak u dojrzałych autorów, Andrzeja Stasiuka czy Marka Nowakowskiego – i dziecięce reminiscencje jak u debiutantów, Marcina Teodorczyka czy Macieja Marcisza.

Świat transformacji w prozie wymienionych autorów nie jest (i nie musi) być wierny rzeczywistości, w końcu literatura piękna nie musi być literalna. Nie jest kroniką dziejów, co najwyżej odbitką wspomnień, marzeń, wyobrażeń. Świat w „Dziewięć”, „Homo Polonicus”, „Niebie 1989” czy „Taśmach rodzinnych” (fragmenty o Janie Małysie) jest inny niż w reportażach Mariusza Szczygła z „Niedzieli, która zdarzyła się w środę” czy w nowszym zbiorze „Niepowtarzalny urok likwidacji. Reportaże z Polski lat 90.” Piotra Lipińskiego i Michała Matysa, w końcu też inny niż w eseistycznej „Duchologii polskiej” Olgi Drendy. Czy mniej rzeczywisty? Nie wiem. Wszak przeszłość jest zawsze projekcją osobistych doświadczeń.

Ten człowiek miał splendor

Zacznijmy od najmłodszego, Marcisza. Jego „Taśmy rodzinne” to saga familijna, opowieść o rozpadzie więzi rodzinnych, próbie realizacji marzeń, rozczarowaniach i trudach wchodzenia w dorosłość. Sporą część książki zajmuje historia Jana, ojca, mężczyzny szorstkiego, o trudnej przeszłości, który w epoce transformacji próbuje swojej szansy. Dzieje nestora rodziny Małysów są o tyle kluczowe, że jego decyzje z przełomu lat 80. i 90. oraz niezachwiana wiara w rodzący się kapitalizm wpływają na pozostałych członków rodziny, a także lokalną, małomiasteczkową społeczność.

Według Jana przepis na sukces jest prosty: „Jeszcze trochę zaciskania zębów i już skapnie, już będzie jak na Zachodzie”. Czyli whisky zamiast wódki (tak pije kolega od biznesu Jana, Grzesiek), czekoladowe jajka, truskawki przed sezonem na truskawki i maliny przed sezonem na maliny. Dawanie spragnionemu ludowi dóbr, które jeszcze przed momentem były schowane za ciężką kotarą w Pewexie. To czas, gdy o biznesie mówi się otwarcie. „Ten człowiek miał splendor. I amerykańską otwartość. O biznesie mówił bez tajemnic” – tak kompana od robienia kasy charakteryzuje stary Małys.

Rodzina Małysów zaczyna się bogacić, są trendsetterami, jak byśmy powiedzieli dziś, w dobie Instagrama. Ten pęd do bogacenia się – dzieci Jana: główny bohater Marcin, jego brat Maks i siostra Magda, mają najlepsze ciuchy, walkmany i lekcje angielskiego; żona kreacje jak z zachodnich katalogów mody – to początek końca rodzinnego ciepła. Miłość zostaje tylko we wspomnieniach nagranych na kasetach. Money zastępuje honey, ale to bohaterowie „Taśm rodzinnych” zrozumieją dopiero po latach.

W debiutanckiej książce Marcisz pisze wprost: lubimy wczesne lata 90., bo kojarzą nam się z dzieciństwem, pierwszą wycieczką do McDonalda, pełnymi półkami w sklepach. Trzeba jednak pamiętać, że obok ludzi, którzy wygrali na transformacji, byli ci, którym się nie poszczęściło.

„Te dwie grupy zaczęły się od siebie oddalać, podział społeczny zaczął narastać, a ci, którym się powiodło, zaczęli mieć nieuzasadnione poczucie wyższości nad tymi, którym się nie powiodło. Nad tymi »niefajnymi ludźmi«, którzy wyrzucają zboże na ulicę, nie chcą, żebyśmy weszli do Unii Europejskiej i mają wieśniackie ubrania”, mówił autor w rozmowie z Onetem.

Tytuł książki Marcisza nawiązuje do projektu artystycznego przedsięwziętego przez Marcina Małysa. Chodzi o instalację wideo, w której niespełniony artysta pokazuje intymne domowe nagrania. Można jednak odnieść ten tytuł do jednego z największych fenomenów doby transformacji – pirackich kaset VHS.

Wspomnienia o biznesie, jaki robiło się na handlu kasetami wideo czy ich wypożyczaniu, znajdziemy we wszystkich opowieściach z ciekawej epoki przełomu. O piraceniu na potęgę zachodnich produkcji, o miłości do filmów takich jak „Rambo”, „Akademia policyjna”, „Terminator” i „Szklana pułapka”, wstydliwym pragnieniu niemieckich pornosów, mówią wszyscy wspomniani autorzy, a także mój stryj Ignacy, jeden z pierwszych gastarbeiterów z wolnym paszportem.

Ma być jak na Zachodzie

Już w 1988 r. w Polsce znajduje się około miliona odtwarzaczy wideo. Chociaż w telewizji pojawiają się „Wiadomości” w miejsce „Dziennika Telewizyjnego”, naród pragnie prawdziwej sensacji, filmów akcji, w nosie ma już kroniki filmowe i kino moralnego niepokoju. Kasety VHS to odpowiedź na oczekiwania mas. Rysunkowy Tytus de Zoo w księdze XIX (z 1992 r.) mówi wprost: „Magnetowid, video in excelsis Deo”.

O kasetowym biznesie pisze Marcin Teodorczyk w „Niebie 1989”. Akcja dzieje się w prowincjonalnej miejscowości Niebo w Lubuskiem w ciągu jednego roku. Transformacja w powieści Teodorczyka to czas, kiedy dla jednych świat się kończy, a dla drugich zaczyna. W „Niebie” kasety wideo są zapowiedzią zmian. Strajki, Jaruzelski czy Wałęsa, orzeł w koronie albo bez niej – to wszystko jest daleko, znane z telewizora albo z gazet. Filmy z kaset przynoszą nowe: Ameryka wchodzi do telewizorów, łóżek i sklepów. Pojawiają się aspiracje – Kaśka krzyczy, że chce być „kapitalistką”; nieznane dotąd pragnienia – rozsądny Romek marzy o lizaniu Murzynki, którą zobaczył w filmie porno; pierwsze szanse – Andrzejek chce wyjechać do Niemiec, gdzie będzie mógł być pełnoprawnym gejem; a także mgliste zagrożenia – dla dyrektora kopalni to kres kariery, dla księdza groźba utraty rządu dusz, dla młodego pijaka Zbyszka kres stabilnej roboty w państwowym zakładzie.

Rok 1989 jest dla mieszkańców Nieba czasem szczególnym, widmowym, niejasnym. Chociaż na horyzoncie majaczy drożyzna w sklepach, inflacja i bezrobocie, większość wierzy, że kapitalizm jest szansą. Nie wiedzą jeszcze, że po kilkunastu miesiącach właśnie takie dziury jak Niebo będą największymi ofiarami transformacji. Ci, którym się uda – jak Kaśka z Romkiem – zbudują swoją ciepłą przystań i staną się nową grupą społeczną, przedsiębiorcami. Reszta dostanie nowe banknoty i stare rozczarowania.

„Ma być jak na Zachodzie”, mówi jeden z bohaterów „Nieba”. A Zachód to przede wszystkim Niemcy, tak bliskie geograficznie i dalekie mentalnie. W PRL dla wielu mieszkańców Ziem Odzyskanych Niemcy były czyhającym za rogiem zagrożeniem – po 1989 r. to eldorado, z którego przywozi się dżinsy, chemię, no i kasety wideo. Do Niemiec się jeździ, z Niemcem się rozmawia, dzięki niemieckim rzeczom zostaje się lokalnym krezusem.

Marcin Teodorczyk, rocznik 1980, może sporo pamiętać z epoki przełomu. Jego wspomnienia są jednak filtrowane przez dziecięcą perspektywę. Dlatego „Niebo 1989” jest utrzymane w tonie pogodnej nadziei, w końcu to czas przejścia od brązów i szarości do krzykliwych kolorów, nowych zapachów i doznań. To wspomnienia 10-latka, który bardziej czuje nowe smaki niż Wielką Politykę. Książka napisana jest więc z lekkością i humorem, nawet rodzinne dramaty rozwiązują się jakby same. To inny obraz niż dokumentalne zapiski reporterów, pełne gorzkich refleksji o tym, że oczekiwane zmiany przyniosły upokorzenie, a wolność zabiła równość i braterstwo.

Piękno jest jedynie ich udziałem

W tym porównaniu „Dziewięć” Andrzeja Stasiuka jest opowieścią dużo bardziej cierpką. Starszy kolega po piórze sięga dalej niż debiutanci. „Dziewięć” to krajobraz po bitwie. Jeszcze nie opadł pył przemian, a już trzeba sobie radzić. U Marcisza mamy spryt drobnego przedsiębiorcy, u Teodorczyka mafia to niemal Święty Mikołaj! Dla Stasiuka gangsterzy nie są miłymi chłopakami, którzy pomogą ci zarobić albo spełnić erotyczne fantazje. To bezwzględni bandyci, dla których liczy się szmal. Transformacja oznacza narodziny nowej przemocy, dawni esbecy wkładają skórzane kurtki i nie wahają się ściągać haraczu z tych, którzy myślą o byciu „kapitalistami”.

Autorów różnią także opisywane w powieściach miejsca. U Marcisza mamy miasteczko na Śląsku, u Teodorczyka – Lubuskie, Stasiuk zaś opisuje Warszawę. W stolicy nie ma taryfy ulgowej. Tu najłatwiej wdrapać się na szczyt, ale i zarobić kulkę.

„Świat dawał im znaki, ale oni, jak wszystkie zagubione dusze, widzieli tylko siebie, ponieważ w prostocie swoich serc sądzili, że piękno jest jedynie ich udziałem”, pisze Stasiuk w „Dziewięć”, charakteryzując naiwne przekonania Pawła, głównego bohatera, który wietrzy w upadku komunizmu szansę na lepsze życie. Niestety, po te pieniądze nie wystarczy się schylić. W świecie opisywanym przez Stasiuka kapitalizm nie ma jeszcze ustalonych zasad gry. Najważniejsze stają się pieniądze, a przyjaźń, lojalność czy miłość schodzą na dalszy plan. Można potraktować „Dziewięć” jako uniwersalną opowieść o pokoleniu młodych wschodnich Europejczyków, którzy uczą się kombinować, kręcić kasę, a zarazem stają się coraz bardziej samotni i wykorzenieni.

Co ciekawe, Stasiuk uważa „Dziewięć” za swoją najważniejszą książkę, choć daleka jest od typowych dlań narracji podróżnych. Być może ta książka, ten rozbrat ze światem, który goni za mamoną, pozwolił mu odnaleźć się na prowincji i nabrać dystansu.

Nie mniej brutalny i szary jest świat w „Homo Polonicus” Marka Nowakowskiego, zbiorze czterech opowiadań utrzymanych w stylu realizmu peryferyjnego, których akcja rozgrywa się przed upadkiem PRL i później. Oprócz opowiadania tytułowego znajdują się w tym tomie „Dwa dni z Aniołem”, „Stygmatycy” oraz „Strzały w motelu »George«, czyli skarb Krwawego Barona”. Nowakowski – ten jeden z wielkich, choć wciąż mało znanych pisarzy – nieraz dawał w twórczości przykład rozczarowania transformacją. Nie ma u niego radości ze wspólnego oglądania kaset wideo, nie ma wspomnień smaku chrupków Lilly Chips, nie ma wizyt w McDonaldzie. Jest za to smutna prawda o latach transformacji, którą jednomyślnie głoszą wszyscy bohaterowie.

Staś Bombiak z tytułowego opowiadania to typowy cwaniak, który za PRL kombinował w ukryciu, a w III RP robi to już jawnie. W tej postaci zawiera się wszystko, co najgorsze w transformacji: kult łatwej kasy, brak zasad, jałowość relacji z drugim człowiekiem. „Każdy ma jednakową szansę. Tylko głowę trzeba mieć obrotową”, mówi Bombiak, ale ta dewiza pasuje do wielu. Według Nowakowskiego na transformacji skorzystali ci, którzy ideały mieli w nosie, łapali okazję, wskakiwali na furmankę dziejów i jadąc, nie przejmowali się, że ochlapują błotem całą resztę.

„Kapitalizm. Stasiu Bombiak właściwie nigdy nie zastanawiał się nad sensem tego słowa. Słowa, słowa! Tyle tej gadaniny. Była komuna i też jakoś się żyło. Przedtem okupacja i ludzie dawali sobie radę. Niektórzy nawet chwalili. Słowa są po to, żeby człowiekowi w głowie mącić. Wierzył w zdrowy rozsądek i arytmetykę. Podparte to musi być jeszcze uporem, energią i przebiegłością. Tak to z grubsza wyglądało według jego doświadczenia” – tak plan Balcerowicza w praktyce przedstawiał Nowakowski, do końca życia niepogodzony z tym, co zastał po zmianach ustrojowych.

Reszta nie jest milczeniem

Marcisz, Teodorczyk, Stasiuk, Nowakowski. To oczywiście niejedyni autorzy, którzy transformację umieścili w tle swoich dzieł prozatorskich. Dwóch młodych, debiutujących 30 lat od magicznej daty 1989, i dwóch wiarusów literatury, którzy swoje książki napisali jeszcze w latach 90. Marcisz i Teodorczyk piszą z perspektywy mglistych wspomnień czy wręcz wyobrażeń, Stasiuk i Nowakowski kreślą obraz tamtych czasów bardziej drżącą rękę, tkając opowieści z własnych doświadczeń.

Literatura piękna jest fikcją, więc nie odpowie nam na pytanie, na ile przychodzi nam dziś świętować 30-lecie matriksa, a na ile 30-lecie złotej wolności. Kazimierz Orłoś pisał: „Literatura nie powinna odpowiadać na żadne pytania. Odpowiedzi udzielają religie, ideologie, programy polityczne, ale nie literatura. (…) Jedyne, co możemy zrobić – my, ludzie piszący książki – to opisywać rzeczywistość, jeśli to, co dzieje się w naszym kraju, interesuje nas. Refleksja, zastanowienie należy do czytelników”. W tym pewnie miał Orłoś rację. Jednak ta nasza czytelnicza reszta – refleksja, analiza – nie powinna być milczeniem.

Inspirowałem się „Duchologią polską” Olgi Drendy. Dziękuję autorce.

Fot. Sławomir Kamiński/Agencja Gazeta

Wydanie: 35/2019

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy