Piekło kelnerów

Piekło kelnerów

Sceniczna adaptacja „Zaklętych rewirów” Henryka Worcella pokazuje możliwości teatru alternatywnego, robionego niemal siłą charakteru i entuzjazmem

Kto mógł przypuszczać, że opublikowana 75 lat temu powieść „Zaklęte rewiry” Henryka Worcella, w dużej mierze inspirowana osobistymi doświadczeniami pisarza jako pomywacza, bufetowego i kelnera w krakowskim Grand Hotelu pod koniec lat 20. ubiegłego wieku, posłuży za podstawę scenariusza współczesnego spektaklu. Adam Sajnuk, autor adaptacji i reżyser, dostrzegł jednak nieomylnie w tej powieści materiał na sztukę mówiącą o sprawach współczesnych, choć wcale nie usiłował nadać jej rysów akcji toczącej się w roku 2011.
To już trzecia młodość tej powieści, powitanej entuzjastycznie przez krytykę i czytelników zaraz po publikacji (1936 r.), wychwalanej po adaptacji filmowej Janusza Majewskiego (1975 r.) z Romanem Wilhelmim i Markiem Kondratem, a teraz ponownie odsłaniającej swoje

nieprzebrzmiałe przesłanie.

Może nawet dzisiaj problematyka „Zaklętych rewirów” znowu brzmi mocniej, a to za sprawą ponownej kapitalizacji gospodarki. To, co w latach PRL mogło uchodzić za opowieść o minionej epoce wyzysku człowieka przez człowieka (czyli kapitał), teraz jest opowiadaniem o nowych czasach – czyli o tym, jak wraca nowe, by użyć modnego bon motu z okresu realnego socjalizmu.
Sajnuk idzie za powieścią, snując na scenie dramatyczną opowieść o kolejnych stopniach kariery, jakie w restauracji hotelu Pacyfik zdobywa młody chłopak, nowicjusz Romek Boryczko (Mateusz Banasiuk), poniżany i zastraszany jako pomywacz, pogardzany jako bufetowy, tresowany jako pomocnik kelnera, a na koniec, po egzaminie złożonym przed komisją związkową, wchodzący w skórę kelnera. Twarde stosunki hierarchiczne, niemal usankcjonowana przemoc w pracy (dzisiaj nazywa się to mobbingiem), ale przy tym entuzjazm młodego człowieka, który zdobywa zawód i wybija się na samodzielność – wszystko to udaje się pokazać w tym przedstawieniu z wielką wiarygodnością, czasem humorem, a zawsze z energią i zespołowym zdyscyplinowaniem, pod prąd postdramatycznemu rozbabraniu, a jednak z wykorzystaniem języka performance’u, a nawet kabaretu.
Nie mamy więc do czynienia ze spektaklem agitacyjnym ani tendencyjnym, ale raczej z nowoczesną przypowieścią o właściwej naturze ludzkiej walce o przetrwanie, wybicie się i zajęcie wyższej pozycji w strukturze/hierarchii. Przypowieść niesie też

pytania moralne o dopuszczalną granicę metod,

po które godzi się sięgać, aby odnieść sukces, o cenę kariery, o uczciwość i koleżeństwo. Dużo tego wszystkiego, ale ilekolwiek by tych tematów znaleźć, nie „wystają” one z faktury przedstawienia, które toczy się w dobrym tempie, chwilami porywa iskrzącymi się energią scenami zbiorowymi, zgraniem całości, muzyką na żywo, niekiedy nawet bezinteresownym dowcipem.
Wszystko tu do siebie pasuje, poczynając od aranżacji przestrzeni w malarni Teatru Studio, gdzie pośrodku, pod wiszącymi lampkami z abażurami, rozmieszczono zastawione stoliki restauracyjne, przy których siada część widzów, obsługiwanych wirtualnie, a czasem wciąganych w wir zabawy, zapraszanych choćby do tańca na organizowanej w hotelu Pacyfik zabawie sylwestrowej. Wtedy też wysłuchamy pastiszowego występu kelnerskiego zespołu rewelersów (jak to w restauracji u śpiewających kelnerów). Czerwone kubraczki obsługi, celne różnicowanie zachowania kelnerów i ich pomocników na sali – z obowiązkowym przymilnym uśmieszkiem przyklejonym do twarzy – i na zapleczu, kiedy niczego nie ukrywając, wyrażają swój stosunek do obsługiwanych i do siebie nawzajem, cały ten restauracyjny młyn, łącznie z kwaterami dla młodych pracowników na pomoście technicznym, tchnie autentyzmem, z lekkim tylko przerysowaniem dla nadania całości lepszego smaku.
Aktorzy czują się w tym stworzonym na scenie świecie doskonale,

grają zespołowo jak dobra drużyna,

choć każdy ma swoje solówki, a siłą rzeczy, bo tak są podzielone zadania, na plan pierwszy wysuwa się Fornalski (Mariusz Drężek) – starszy kelner, prześladowca Romka granego przez Mateusza Banasiuka, świetnie z kolei debiutującego w teatrze tą właśnie rolą, w której łączy młodzieńczość z przyspieszonym kursem dojrzewania. Siłą jego kreacji jest ukazanie wewnętrznej przemiany, z nieopierzonego nowicjusza w doświadczonego już, świadomego sytuacji pracownika, dojrzewanie chłopca, który staje się mężczyzną.
Spektakl Teatru Konsekwentnego wystawiany na scenie Teatru Studio pokazuje, jak przesuwają się i jak płynne są granice między teatrem subsydiowanym, zetatyzowanym a teatrem alternatywnym, robionym niemal siłą charakteru i entuzjazmem. Po raz kolejny Konsekwentny błyskotliwie zdaje egzamin teatralnej dojrzałości.

Henryk Worcell, Zaklęte rewiry, reżyseria i scenariusz Adam Sajnuk, muzyka Igor Spolski, Michał Lamża, scenografia Sylwia Kochaniec, kostiumy Katarzyna Adamczyk, reżyseria świateł Karol Rothkaehl, Teatr Konsekwentny, malarnia Teatru Studio, premiera 11 września 2011

Wydanie: 38/2011

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy