Dziennik pani z marketu

Dziennik pani z marketu

Dla emeryta są tylko najcięższe i najgorzej płatne prace

Może mieć na imię Anna, Halina albo jakkolwiek. Przeszła na emeryturę w 2017 r., zanim z powrotem obniżono wiek emerytalny. Co znaczy, że nadal pracowała, mając ponad 60 lat. I zamierzała to robić tak długo, jak zdrowie pozwoli. Ale zaczęto patrzeć na nią krzywym okiem, bo jej stanowisko było łakomym kąskiem. – Ogromną rolę przy podejmowaniu tej decyzji odegrały też względy finansowe – mówi Anna. – Sądziłam, że kiedy przejdę na emeryturę, będę miała czas wolny, by dorabiać. Zależało mi, żeby zarabiać więcej pieniędzy, chciałam pomóc sobie i córce. Ona, choć jest dorosła i pracuje, potrzebuje mojego wsparcia. Nie miałam świadomości, że dla emeryta są tylko najcięższe i najgorzej płatne prace.

Bez odpowiedzi

Anna planowała, że przez kilka miesięcy zrobi sobie wakacje, a potem pójdzie do pracy. – Byłam przekonana, że nie będę miała problemu ze znalezieniem zatrudnienia – mówi. – Mam wyższe wykształcenie, skończyłam SGPiS, kilkanaście lat temu ukończyłam studia podyplomowe w zakresie księgowości na SGH, czyli w tej samej uczelni. Mam certyfikat Ministerstwa Finansów uprawniający do prowadzenia ksiąg rachunkowych. Pracowałam w dużym zakładzie przemysłowym w Warszawie. Przez 10 lat byłam kierowniczką działu marketingu, a potem zostałam kierowniczką działu finansowego. Wcale mi się nie marzyło, że po przejściu na emeryturę znajdę pracę jako kierownik czy dyrektor. Chciałam być szeregowym pracownikiem w księgowości albo na zwykłym stanowisku biurowym czy w recepcji.

Zarejestrowała się na wielu portalach internetowych dla poszukujących pracy. Codziennie wysyłała kilka czy nawet kilkanaście ofert do różnych pracodawców. W sumie kilkaset. Odezwały się tylko dwie firmy rachunkowe. – Ponieważ mam wysokie kwalifikacje i duży staż pracy, uważam, że pod tym względem wygrałabym z konkurencją – twierdzi Anna. – Skoro jednak firmy z góry mnie skreślały, uznałam, że główną przeszkodą jest PESEL, czyli mój wiek. Właścicielka jednej z firm rachunkowych, które się odezwały, zadzwoniła i poprosiła, żebym uzupełniła jakieś dane. Powiedziałam, że chętnie wyślę jej wszystko, czego sobie życzy, ale czy przypadkiem mój wiek nie będzie przeszkodą. Stwierdziła, że absolutnie nie. Ale już więcej się nie odezwała. Gadanie sobie, a praktyka sobie. Pracodawcy nie lubią ludzi doświadczonych, bo takimi trudno manipulować. Niełatwo też im wmówić, że coś jest prawidłowe, jeśli tak nie jest.

Wtedy zrozumiała, że nie ma wyjścia i musi szukać pracy fizycznej. Odpadały wszystkie oferty, które dotyczyły osób ze stażem pracy, bo przecież Anna nigdy nie była zatrudniona jako pracownik fizyczny. – Nie było łatwo pogodzić się z tym, że muszę szukać pracy jako osoba bez kwalifikacji – wspomina. – Ale zamknęłam ten rozdział w życiu, kiedy zajmowałam stanowiska kierownicze, i zaakceptowałam fakt, że teraz będę musiała wykonywać bardzo ciężkie prace fizyczne. Zaczęłam wysyłać CV do marketów. Tam też wcale nie jest łatwo się dostać, bo niektóre wymagają, by osoba była przez kogoś polecona. Jeden z marketów odezwał się dość szybko. Poszłam na rozmowę. Kierownik spytał, czy zdaję sobie sprawę, jak ciężka jest to praca. Powiedziałam, że tak, choć nie miałam pojęcia, jak bardzo. Market był średniej wielkości. Załoga liczyła 15 osób. Ja zostałam przyjęta na stanowisko doradcy klienta. To takie górnolotne określenie, faktycznie z doradzaniem nie ma nic wspólnego. W zakresie obowiązków jest wykładanie towarów, przyjmowanie dostaw, robienie przecen, praca jako kasjerka itd.

W CV Anna opisała swój staż pracy, stanowiska, jakie zajmowała, ukończone studia. Kierownik nie komentował, że z takim doświadczeniem szuka zatrudnienia jako szeregowy pracownik sklepu. Widocznie nie pierwszy raz z tym się spotkał. A ona potem nawet żałowała, że opisała skrupulatnie swoją karierę, zamiast napisać, że jest emerytką i nie ma doświadczenia w pracy w handlu. Kilka tygodni przepracowała w tym niedużym markecie. Poznała całą załogę, zakolegowała się. Nigdy nie opowiadała o sobie, o swojej przeszłości. Rozmowy dotyczyły spraw dnia codziennego, błahych problemów, pogody. Dziewczyny rozmawiały o telenowelach i programach telewizyjnych, których ona w ogóle nie znała, więc nie zabierała głosu. Kiedyś zaczęła opowiadać o ulubionym serialu nadawanym przez HBO, ale zobaczyła zdziwienie w ich oczach, więc przestała mówić. Tylko z jedną z dziewczyn znalazła wspólny język, bo okazało się, że jest taką samą wielbicielką książek. – Wszystkie dziewczyny były bardzo sympatyczne i grzeczne, ale wydawało mi się, że pochodzimy z innych światów i że co innego jest dla nas ważne – twierdzi Anna.

Nie wstydzisz się?!

Pogodziła się z losem. Czasem tylko, kiedy spotkała się z którąś z dawnych koleżanek o podobnym wykształceniu, słyszała pogardliwe uwagi dotyczące jej obecnego zajęcia. Ale żadna nie zaproponowała, że pomoże jej zdobyć pracę w wyuczonym zawodzie. One same jako emerytki nie musiały pracować, bo miały pracujących albo pobierających emeryturę mężów. Ona zaś od zawsze borykała się z problemami finansowymi jako matka samotnie wychowująca córkę.

Wydawało się, że gorzej już nie będzie. Że może być nawet lepiej, bo dostanie jakąś podwyżkę czy premię. Ale los zgotował jej niespodziankę. Market został zlikwidowany, a załogę rozrzucono po hipermarketach. Anna pocieszała się, że w dużym markecie może zostanie kasjerką i nie będzie musiała wykonywać ciężkiej pracy fizycznej. Okazało się jednak, że wszystkie stanowiska kasjerek są zajęte. Wprawdzie wiele osób jest na zwolnieniach lekarskich, ale nowych się nie przyjmuje. Potrzebni byli ludzie do dźwigania, przenoszenia, rozkładania towarów… Anna trafiła do działu spożywczego.

– Robiłam wszystko, co mi kazano – wspomina. – Już wcześniej, kiedy pracowałam w małym markecie, zauważyłam, że praca fizyczna sprawia mi pewien problem, bo nie mam kondycji. Zaczęłam ćwiczyć, żeby poprawić wydolność. Choć bywały dni, kiedy czułam, że dłużej tego nie wytrzymam. Ale zaciskałam zęby. Wiedziałam, że muszę wytrwać, bo potrzebuję tych pieniędzy. Coraz trudniej było mi jednak znieść nie wysiłek fizyczny, ale to, jak kierownictwo traktuje pracowników. To była zupełnie inna sytuacja niż w tym pierwszym markecie, gdzie kierownik odnosił się do nas z szacunkiem. Tu stosowano metodę krzyków i nakazów. Nie dziwię się, że młodzi ludzie nie chcą pracować w handlu, skoro tak się ich traktuje. Poza tym ta praca wymaga dużego wysiłku i nie daje żadnych perspektyw rozwoju. Po 10 latach można ewentualnie zostać kierownikiem i zarządzać grupą kilkunastu osób. Czy to jest kuszące?

Uważaj na palce

Anna pamięta swój pierwszy dzień pracy w handlu. Wieczorem z nerwów nie mogła zasnąć. Dlatego z trudem wstała przed piątą. Przyszła na ranną zmianę, na szóstą. Dostała podkoszulek firmowy po jakimś pracowniku. Powiedziano jej, że powinna też dostać bluzę i buty z czubkami wzmocnionymi metalem, żeby uniknąć kontuzji palców stóp. Ale na stanie nie ma ani bluz, ani butów i będzie wypisane zapotrzebowanie. Kiedy uda się je zrealizować, nie wiadomo. Anna do pracy przeznaczyła własne buty sportowe. Czy miała inne wyjście? Bluzę dostała nieoczekiwanie, też z odzysku po poprzednim pracowniku, kiedy w markecie pojawiła się kontrola z centrali i zauważono, że ona nosi własną.

– W moim zakładzie, w którym przepracowałam kilkadziesiąt lat, pracownicy otrzymywali wszystko, co było przewidziane przepisami i co określały normy BHP – wspomina. – Dlatego bardzo mnie zdziwiło, że w marketach, w których pracowałam, tego się nie przestrzega. Kiedy na stoisku z mięsem musiałam umyć tace, na których było wykładane, nie miałam do tego żadnego płynu, jedynie ciepłą wodę. Kiedy musiałam zapełniać lodówki, zauważyłam, że tylne ściany powinny być wyremontowane albo choćby porządnie umyte. Ale firma zewnętrzna, która zajmowała się sprzątaniem, nie miała tego w zakresie obowiązków; zapewne sądzono, że będą to robić pracownicy etatowi. A oni, ze względu na ciągłe niedobory załogi, nie mieli czasu.

Pierwszego dnia trafiła do piekarni. Towarzyszyła dziewczynie, która już była obeznana z tą robotą. Anna przywoziła mrożone pieczywo z chłodni, rozkładała je na blachach, wkładała do pieca i wyjmowała. Po dwóch godzinach przerzucono je na kasę. Ona obsługiwała klientów, dziewczyna stała obok i uczyła ją w trakcie obsługi. Potem znów była piekarnia, po niej rozkładanie towarów na półkach.

Bardzo szybko trzeba się wszystkiego nauczyć – opowiada Anna. – Kompletnie zielonego człowieka wpuszcza się na kasę i po krótkim instruktażu musi sobie dawać radę. Koleżanki nie przejmują się, że ty czegoś nie wiesz, bo one same mają bardzo dużo obowiązków i nie mogą zbyt wiele czasu ci poświęcić. Jeżeli towar ma kod kreskowy, to pół biedy, ale jeśli nie ma, tak jak pieczywo wypiekane w markecie, to trzeba rozpoznać towar, żeby wprowadzić kod. W przypadku warzyw i owoców też trzeba rozpoznać, czy jabłko jest takie, czy siakie, zważyć i wprowadzić kod. Jak nie daj Bóg się pomylisz, klient zrobi ci awanturę.

Kiedy trafiła na stanowisko z mięsem i wędlinami, koleżanka powiedziała: „Tu są kody, tu jest maszyna do krojenia wędlin. Uważaj na palce”. I tyle. W sumie w czasie ośmiogodzinnego dnia pracy siedem i pół godziny jest się na nogach.
Nawet nie można na chwilę przysiąść na stołku. W zakładzie przemysłowym, w którym pracowała Anna, pracownicy fizyczni mieli stołki i mogli na chwilę usiąść.

Ostatnia przecena

Błędne koło. W marketach brakuje ludzi, bo praca jest ponad siły. A praca jest ponad siły, bo brakuje ludzi. Anna to rozumie, bo przecież z finansami miała do czynienia zawodowo, ale nie godzi się, by firmy w tak drastyczny sposób oszczędzały na pracownikach. W czerwcu kończyła się jej roczna umowa o pracę w hipermarkecie. Nie zamierzała wcześniej odejść. Myślała: „Zobaczę, co się wydarzy. Może dostanę podwyżkę, a wtedy się zastanowię”. Na pracę w wyuczonym zawodzie przestała już liczyć. Ale przyszedł dzień, który zaważył na jej planach. To było po świętach wielkanocnych. Do końca zmiany Anny zostały trzy godziny. Kierowniczka przyszła do niej i kazała zrobić przecenę warzyw i owoców. Normalna sprawa, w ramach jej obowiązków. Ale kiedy Anna zobaczyła dziesiątki skrzynek ustawionych w wysokie sterty, zrozumiała, że jedna osoba w trzy godziny tego nie wykona, choćby sobie żyły wypruła. Jednak nikt jej o zdanie nie pytał i nie zamierzał wysłuchać.

– Pracownicy mają wykonywać polecenia i tyle – komentuje Anna. – Obowiązkiem kierownika jest tak zorganizować pracę, żeby była zrobiona. Organizuje, jak umie. Pracownik ma pracować, a nie dyskutować. Kiedy zobaczyłam tyle skrzynek z owocami i warzywami, które musiałam przenieść, by pogrupować je według asortymentu, a potem przecenić towary, z góry wiedziałam, że trzy godziny to zbyt mało. Oczywiście nie skończyłam. Wiem, że na drugiej zmianie do dokończenia pracy zostali delegowani trzej pracownicy. Ale dla mnie właśnie ten dzień był kluczowy. Coś we mnie pękło. Zrozumiałam, że nie chcę tak pracować. Złożyłam wymówienie.

Anna była jedyną emerytką w tej grupie. Nie miała żadnej taryfy ulgowej – i to rozumie. Ale z tym, że czasami co godzinę była przestawiana z jednego stanowiska pracy na drugie, pogodzić się nie potrafi. – Byłam przekazywana jak piłeczka, nie miałam jakiegoś swojego miejsca. Wszystko można przeżyć, ale trudno się pogodzić z tym, że ktoś traktuje cię jak powietrze. Słyszałam, jak jedna z pań minister niedawno powiedziała, żeby emeryci byli spokojni, bo jest tyle pracy dla nich. I żeby młodzi ludzie też byli spokojni i nie wyjeżdżali za granicę, bo w kraju jest dla nich dużo pracy. Nieprawda. Jeśli jest praca, to najniżej opłacana i najcięższa. Ja w swoim zawodzie nie mogę znaleźć zatrudnienia. Najwyżej w sklepie, przy opiece nad ludźmi starszymi lub dziećmi. Nie każda emerytka, nawet zdesperowana, taką pracę może podjąć ze względów zdrowotnych. Na szczęście mnie zdrowie pozwala. Będę szukać nowej pracy. I wciąż mam nadzieję, że ktoś zdecyduje się wykorzystać moje umiejętności i doświadczenie jako księgowej. Mam już jedną propozycję. Może coś z tego wyjdzie. A jeśli nie, znów się zatrudnię w jakimś markecie za 1750 zł na rękę.


Jak żyć za 1700 zł
W wielu krajach europejskich wiek emerytalny jest wyższy niż w Polsce. W Wielkiej Brytanii i Irlandii dla kobiet i mężczyzn wynosi 68 lat. W Niemczech, Holandii, Hiszpanii, Grecji, Francji, Danii, Chorwacji, Norwegii i Islandii – 67 lat. I nie chodzi o to, by przekonywać, że Polacy powinni pracować dłużej niż teraz. Trzeba jednak mieć świadomość, że marzenia o podróżach po świecie nie wszystkim się ziszczą. Po obniżeniu wieku emerytalnego do poprzedniego poziomu wnioski o emeryturę złożyło w 2018 r. 750 tys. osób. Średnie świadczenie emerytalne dla mężczyzn wyniosło 2724 zł brutto, dla kobiet 1695 zł brutto. Dlatego szczególnie w przypadku samotnych kobiet pojawia się problem, jak żyć. I jak dorobić.


Fot. Piotr Kamionka/REPORTER

Wydanie: 24/2019

Kategorie: Reportaż

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy