Moje powolne umieranie z Maćkiem

Moje powolne umieranie z Maćkiem

– To nieprawda, że czas leczy rany – mówi Ewa Berbeka, żona himalaisty, który zginął, schodząc z Broad Peaku

– Coś we mnie umarło. Jakaś część mnie nie żyje. Spokojnie mogłabym dzisiaj zamknąć oczy i odejść. – Ewa mocno zaczyna swoją opowieść. – Nie boję się śmierci. Wręcz przeciwnie, nawet na nią czekam, bo wiem, że w tym drugim życiu znowu będę z Maćkiem. (…)

Wyznanie Ewy jest wstrząsające nie tylko dlatego, że mówi to piękna kobieta w sile wieku, ale też dlatego, że jest szczere.

– To nieprawda, że czas leczy rany. W każdym razie u mnie ta terapia nie działa. Od wypadku Maćka minęło już półtora roku, a ja wciąż cierpię. I to coraz bardziej. Z każdym tygodniem jest gorzej. (…) Na szczęście jestem zadaniowcem, więc biorę się z życiem za bary, ale nie wybiegam już w przyszłość – podejmuje wątek. – Nie zastanawiam się, co będzie za miesiąc, dwa. (…)

– Zaraz po wypadku byłam w szoku, choć nie do końca jest to dobre słowo, bo ja i moi chłopcy przez cały czas byliśmy bardzo spokojni. Może dlatego, że gdzieś tam głęboko nie wierzyliśmy w to, co się stało. Mieliśmy nadzieję, że lada moment Maciek zadzwoni albo wyśle esemes z informacją, że wszystko jest w porządku, że nie wydarzyło się nic złego.

Tak naprawdę chyba wciąż chcę w to wierzyć. Dalej mam telefon Maćka. – Ewa zerka na blat kuchenny, gdzie niemal pod ręką leży czarny aparat. – Jego komórka jeszcze czasami dzwoni, wtedy przypominam sobie nasze rozmowy: „Cześć, tu Maciek. Jesteśmy w Mandala. Jedziemy tam i tam, odezwę się za parę dni”. Nieraz myślę, że za chwilę odbiorę właśnie taki telefon. Wiem, że to niedorzeczne, ale chyba wciąż czekam. Chyba. (…)

– Życie bez Maćka jest niezwykle dotkliwe. Owszem, funkcjonuję, wokół mnie dzieje się mnóstwo rzeczy, dostaję dużo zleceń, sporo pracuję, ale to wszystko jest gdzieś poza mną. (…)

– 6 marca (2013 r. – przyp. red.) o dziewiątej zadzwonił do mnie Rysiek Gajewski z nakazem: „Wyłącz telewizor, bo za chwilę Hajzer poda oficjalny komunikat”. Natychmiast to zrobiłam. Wyłączyłam telewizor i radio. Włączyłam je ponownie dopiero po trzech miesiącach! – Ewa wraca do dnia wypadku. – Napięcie związane z oczekiwaniem i ta nagła medialna cisza były nie do zniesienia. Wszystko zmieniło się niemal w ułamku sekundy. Przecież zaledwie kilka, no, może kilkanaście godzin wcześniej telewizor huczał na całego, a w domu wypełnionym naszymi przyjaciółmi wrzało jak w ulu.

5 marca razem z całą Polską śledziliśmy doniesienia spod Broad Peaku, gdzie właśnie zaczął się atak szczytowy. Dzięki połączeniom satelitarnym dokładnie wiedzieliśmy, gdzie jest cała czwórka i co się z nimi dzieje. Spokojnie czekaliśmy na rozwój akcji. Dostawałam mnóstwo esemesów od znajomych, którzy zapewniali, że siedzą przed telewizorami i trzymają kciuki. Wiadomo było, że tym razem chłopcy mają wielką szansę na zdobycie góry. Do dziś mam zachowane esemesy naszego przyjaciela, ks. Zbyszka, który bardzo dużo chodził z Maćkiem (…) i który – mimo że wszyscy znaliśmy najważniejsze informacje – w żołnierskich słowach relacjonował wydarzenia:

„Wyszli – idą. Przeszli szczelinę”, pisał, a ja zapytałam tylko: „Czy Ty się modlisz?”. „Tak. Wszystko będzie dobrze”, odpisywał. I było! Są na szczycie, góra zdobyta! Wielki sukces Polaków! – ogłoszono tuż po 18. – W domu wybuchła euforia, a mnie nagle sparaliżował strach. Dopadło mnie tak ogromne przerażenie, że zaczęłam dygotać. Trzęsłam się jak w malignie – mówi słabym głosem Ewa. – Uświadomiłam sobie, że tam przecież robi się już późno i że dopiero teraz zacznie się najgorsze, bo muszą się spieszyć.

Wszyscy znajomi, którzy do mnie dzwonili z gratulacjami, byli zdziwieni moim przybiciem, którego nie potrafiłam ukryć. Kiedy Maciek Stasiński, dziennikarz TVN, poprosił mnie o krótki wywiad, zgodziłam się, ale tylko ze względu na naszą wieloletnią znajomość. Pamiętam jednak, jak powiedziałam mu, że my się jeszcze nie cieszymy, że czekamy, aż wszyscy będą na dole. Dodałam także, że mam świadomość, że Maciek jest odpowiedzialny za całą trójkę, bo wszyscy chłopcy są w wieku naszych dzieci.

Po 21 poszłam z synami na Apel Jasnogórski, do Sanktuarium Matki Boskiej Fatimskiej na Krzeptówkach. (…) Kiedy wróciłam, około 22, przez moment pojawiła się informacja, że wszyscy są już w namiocie, ale godzinę później mój syn Franek usiadł do komputera i oniemiał: „Mamo, podają tu jakiś dziwny komunikat, że dwóch himalaistów jest już w namiocie, a dwóch wciąż nie ma”. W tym momencie kompletnie mnie sparaliżowało. Zaczęłam nerwowo szukać telefonu do Artura Hajzera, którego notabene w ogóle nie znałam. Nigdy w życiu się z nim nie spotkałam i nigdy z nim nie rozmawiałam. Numer jego komórki znalazłam w jakichś dokumentach. Od razu do niego zadzwoniłam.

W tym miejscu Ewa przerywa opowieść i patrzy na mnie badawczo.

– Nasza rozmowa była krótka i straszna.

Strony: 1 2 3

Wydanie: 15/2016

Kategorie: Reportaż

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy