Tag "wspinaczka"

Powrót na stronę główną
Kultura Wywiady

Taki przebiegły to ja nie jestem

Mam pewien opór przed formułą „teatr środka”, bo utarło się, że to raczej przytyk niż świadectwo otwartości.

Wojciech Faruga – nowy dyrektor Teatru Dramatycznego im. Gustawa Holoubka w Warszawie, powołany na pięcioletnią kadencję. Reżyser, scenograf i dramaturg, wystawiał spektakle m.in. w Starym Teatrze, Teatrze Powszechnym w Warszawie czy w Teatrze Polskim w Bydgoszczy, w którym ostatnio był dyrektorem. Laureat Nagrody im. Konrada Swinarskiego dla najlepszego reżysera w sezonie teatralnym 2022/2023.

Dlaczego pan się wspina?
– Tak się złożyło, że w pewnym momencie zacząłem chodzić po górach, potem po coraz wyższych górach, a później zacząłem się wspinać. Pozwala mi to fizycznie i psychicznie utrzymywać się na powierzchni nawet w najbardziej stresujących momentach. Reżyser czy dyrektor teatru, choć o tym się nie mówi, to zawody, w których obciążenia psychiczne i stresy są ogromne. Trzeba więc wypracować sobie sposób na trzymanie pionu. Szukanie tego sposobu zajęło mi trochę czasu, ale go znalazłem.

Wspina się pan nie tylko po górach – mam na myśli trwające pod pana kierunkiem próby „Fausta” Goethego w Teatrze Narodowym. To dopiero wspinaczka – na jeden z najwybitniejszych tekstów dramatycznych, jakie zna Europa.
– Nie bez lęku.

Lęk wysokości?
– Lęk wysokości ma każdy, ważne, żeby sobie z nim poradzić. „Faust” jest wyzwaniem i jeśli sięgać po takie wyzwanie, to z zespołem, któremu się ufa. W ostatnich latach, oprócz Teatru Polskiego w Bydgoszczy najczęściej pracowałem w Teatrze Narodowym. Jest w nim grupa aktorek i aktorów, z którymi czuję się mocno związany. Nasze poprzednie produkcje realizowaliśmy na Scenie na Wierzbowej. Kolejna będzie już na Scenie Bogusławskiego.

Dlaczego właśnie „Faust”?
– To był rodzaj impulsu, żeby sięgnąć po „Fausta”, po dzieło tak ogromne, że na początku tej pracy trudno założyć, gdzie wspólnie dojdziemy. Konieczne są potężne skróty, nie da się zagrać pięciuset stron. Nie wiem, czy nawet ktoś próbował. I nie chodzi tu o długość tego tekstu, ale o poziom komplikacji i ilości wątków, postaci.

Spektakl musiałby trwać kilkanaście godzin.
Dobę mogłoby to trwać, biologicznie nie do wytrzymania. Goethe w tym utworze próbuje się zmierzyć z dorobkiem kultury europejskiej. Jest to w pewnym sensie wyprawa w głąb tej kultury. Postanowiliśmy, że nasz „Faust” nie będzie sięganiem do źródeł Europy, ale będzie opowieścią o wieku dwudziestym. Postaramy się ulokować ją w figurach i znakach wieku dwudziestego. Powoli zbliżamy się do tego celu. To fascynująca podróż. Zaskakuje nas w tej pracy, że to tak radykalny tekst, tak bardzo nowoczesny – na przykład na poziomie montażu.

Dość dobrze pamiętam „Fausta” Jerzego Jarockiego – to był spektakl, który wywarł wtedy na mnie ogromne wrażenie. Ale dziś podążamy inną ścieżką. Inaczej interpretujemy figurę Fausta, żeby zrozumieć, kim jest dzisiaj człowiek, który próbuje sprawować władzę nad światem. Figura alchemika wymaga reinterpretacji, bo w przeciwnym razie ta opowieść staje się bajką o czarodzieju. Podstawą tej reinterpretacji jest koncepcja archiwum, którego budowanie ma doprowadzić do powstania wielkiego dzieła, w sposób kompletny ujmującego rzeczywistość.

„Faust” to nie pierwszy klasyk na pańskiej drodze, bo w zasadzie od klasyków wszystko się u pana zaczęło.
– Nigdy nie miałem oporów przed mierzeniem się z tekstami klasycznymi. Tak naprawdę bardzo lubię robić teksty klasyczne Dzisiaj jednak mało która dyrekcja – poza dyrekcją Teatru Narodowego – godzi się na teksty klasyczne spoza najbardziej popularnego kanonu dziesięciu tytułów. Szkoda, bo mierzenie się z klasyką zawsze jest inspirujące.

W pańskim dorobku klasyka sąsiaduje z tekstami współczesnymi, scenariuszami, adaptacjami, wielka w tym wszystkim rozmaitość. Krytycy bez sukcesu próbują się doszukiwać stylu pańskich przedstawień, a pan się przed tym broni.
– Uważam, że brak tzw. stylu reżyserskiego jest w moim przypadku konsekwencją zespołowej pracy nad spektaklem. Być może dlatego oner się różnią się od siebie, a nie dlatego, że z góry sobie wymyślam, że teraz będę inny. Taki przebiegły, to ja nie jestem. Lubię nowe wyzwania i taki rodzaj zmienności. Długi czas pracowałem na dużej scenie, i kochałem dużą scenę, a potem znowu z dużą przyjemnością wróciłem na małą scenę, ale dużej też nie porzucam. Staram się stawiać sobie nowe zadania i pilnować pewnej różnorodności, jak z „Faustem”, który zmusza do wypracowania nowych narzędzi. Wydaje mi się, że zawód reżysera czy reżyserki polega właśnie na ciągłym redefiniowaniu siebie w pracy z nowymi wspólnotami.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kultura Wywiady

Anatomia obsesji

W dziedzinie wysokogórskich zdjęć wspinaczkowych w kinie fabularnym podnieśliśmy poprzeczkę tak wysoko, że trudno będzie temu dorównać. Chyba że sami spróbujemy Marcin Polar – reżyser filmów dokumentalnych, operator filmowy, autor zdjęć filmowych w warunkach ekstremalnych, m.in. ujęć górskich w filmie „Biała odwaga” Marcina Koszałki. W recenzjach „Białej odwagi”, także tych krytycznych, pojawia się jeden wspólny ton: Tatry nigdy nie wyglądały tak pięknie. Gratulacje, to twoja zasługa. Zastanawiam się, jak cię najlepiej przedstawić.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kultura Wywiady

Trzeba coś skończyć, żeby zabierać się do następnego

Każda rola, którą staram się szczerze budować, potem coś mi zostawia, też czegoś od niej się uczę Artur Paczesny – aktor, laureat nagrody na 48. FPFF w Gdyni, za pierwszoplanową rolę męską w filmie Grzegorza Dębowskiego „Tyle co nic”. Absolwent Wydziału Lalkarskiego PWST im. Ludwika Solskiego w Krakowie, Filia we Wrocławiu, aktualnie w zespole Teatru im. Jana Kochanowskiego w Opolu, wcześniej w Bałtyckim Teatrze Dramatycznym im. Juliusza Słowackiego w Koszalinie. Jak powitano pana w Opolu, w Teatrze im. Kochanowskiego,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Obserwacje

Pochowani w niebie

Historia największej tragedii na K2 Wbrew legendom lawiny nie da się wywołać krzykiem ani jodłowaniem. Może ją za to wyzwolić niemal wszystko, co odkształca śnieg: spadające kamienie, topniejący lód, deszcz, grad, trzęsienie ziemi, krok człowieka. W dziewięciu przypadkach na dziesięć to ludzie wywołują lawinę, pod którą potem giną. Lawiny są różne – lodowe, pyłówki, z ciężkiego mokrego śniegu, gruntowe i kamienne – a teren, który wspinacze przemierzali rano 2 sierpnia 2008 r., aż się prosił o deskę śnieżną.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Obserwacje

Etniczni celebryci

Teraz, kiedy trzecie pokolenie Szerpów żyje z turystów, są oni jedną z najbogatszych i najbardziej znanych narodowości spośród ok. 50 grup żyjących w Nepalu Mieszkańcy Płaskowyżu Tybetańskiego, w tym Szerpowie, żyją na dużych wysokościach od co najmniej 11 tys. lat, a badania fizjologiczne sugerują, że są znakomicie przystosowani do niedoboru tlenu. W porównaniu z innymi badanymi grupami – często białymi mężczyznami po aklimatyzacji – Szerpowie są bardziej odporni na choroby i uszkodzenia mózgu, jakie mogą powstać w rozrzedzonym powietrzu. Na dużej

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kultura

Tajemnicze losy pionierów polskiego himalaizmu

Na zdjęciu wyglądają, jakby właśnie szli na grzyby. W rzeczywistości ruszają na pierwszą polską wyprawę w Himalaje Dariusz Jaroń – dziennikarz, tłumacz, absolwent ekonomii na Uniwersytecie Jagiellońskim. Z mediami związany od kilkunastu lat, głównie z krakowską redakcją „Gazety Wyborczej” oraz Interią. Tuż przed wybuchem II wojny światowej grupa polskich wspinaczy dokonała jednego z najbardziej spektakularnych wyczynów. Dlaczego tak niewiele osób pamięta o tej pionierskiej wyprawie sprzed 80 lat? – Zdobycie Nanda Devi East przez Jakuba Bujaka i Janusza

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Reportaż

Moje powolne umieranie z Maćkiem

– To nieprawda, że czas leczy rany – mówi Ewa Berbeka, żona himalaisty, który zginął, schodząc z Broad Peaku – Coś we mnie umarło. Jakaś część mnie nie żyje. Spokojnie mogłabym dzisiaj zamknąć oczy i odejść. – Ewa mocno zaczyna swoją opowieść. – Nie boję się śmierci. Wręcz przeciwnie, nawet na nią czekam, bo wiem, że w tym drugim życiu znowu będę z Maćkiem. (…) Wyznanie Ewy jest wstrząsające nie tylko dlatego, że mówi to piękna kobieta

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Śmierć czekała na dnie przepaści

W kilka świątecznych dni w polskich i słowackich Tatrach życie straciło 13 osób 29 grudnia, godz. 5 po południu, zmierzch. Czteroosobowa rodzina schodzi z jednego z najtrudniejszych szlaków – Żlebu Kulczyńskiego. Mają ze sobą raki i czekan. Nagle 38-letnia kobieta traci równowagę. Nastoletnie dzieci widzą, jak matka spada w przepaść. Nie przeżywa upadku. Ojciec, schodząc z gór, łamie nogę. Trafia do szpitala. Od Bożego Narodzenia do Nowego Roku śmierć zabrała w polskich i słowackich Tatrach 13

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.