Etniczni celebryci

Etniczni celebryci

Teraz, kiedy trzecie pokolenie Szerpów żyje z turystów, są oni jedną z najbogatszych i najbardziej znanych narodowości spośród ok. 50 grup żyjących w Nepalu

Mieszkańcy Płaskowyżu Tybetańskiego, w tym Szerpowie, żyją na dużych wysokościach od co najmniej 11 tys. lat, a badania fizjologiczne sugerują, że są znakomicie przystosowani do niedoboru tlenu. W porównaniu z innymi badanymi grupami – często białymi mężczyznami po aklimatyzacji – Szerpowie są bardziej odporni na choroby i uszkodzenia mózgu, jakie mogą powstać w rozrzedzonym powietrzu. Na dużej wysokości śpią spokojniej i są niezwykle wytrzymali.

Skąd bierze się ich przewaga? W przeciwieństwie do tego, co mówi jedna z popularnych teorii, przyczyną nie jest wcale duża liczba czerwonych krwinek w ich krwi. Szerpowie mają nawet mniej erytrocytów na litr krwi niż przedstawiciele białej rasy. Różnic nie sposób też wyjaśnić dietą, aklimatyzacją, metabolizmem, niedoborem żelaza ani czynnikami środowiskowymi. Na poziomie morza u Szerpów stwierdza się tak mało czerwonych krwinek, że właściwie można u nich zdiagnozować anemię, ale, co ciekawe, nie wykazują żadnych jej objawów. Ogólnie rzecz biorąc, potrzebują takiej samej ilości tlenu jak reszta ludzi, ale ich krew jest nim mniej nasycona.

Naukowcy początkowo nie wiedzieli, co o tym myśleć. Czerwone krwinki odpowiadają za transport tlenu. Inni ludzie dobrze przystosowani do wysokości, tacy jak andyjscy Keczua czy Ajmara, mają ich dużo. Jak Szerpowie dają sobie radę z mniejszą liczbą erytrocytów na znacznie większej wysokości niż ta, na której żyją mieszkańcy Andów?

Prawdopodobnie dzięki szybszemu krążeniu krwi. Ich naczynia krwionośne są szersze. W spoczynku wykonują więcej wdechów na minutę, dostarczając organizmowi więcej tlenu, i wydychają więcej tlenku azotu, znacznika efektywnego krążenia w płucach. Jest także wyjaśnienie genetyczne: za niski poziom erytrocytów w ich krwi odpowiada czynnik indukowany hipoksją 2-alfa, odpowiadający na niski poziom tlenu i włączający inne geny. Ponadto Szerpowie odziedziczyli po przodkach dominującą cechę genetyczną, która poprawia nasycenie hemoglobiną, pozwalając ich czerwonym krwinkom absorbować większą ilość tlenu. Rozrzedzona krew zapobiega powstawaniu zakrzepów, czyli chroni ich przed losem, jaki spotkał na K2 Arta Gilkeya.

Genetyczna przewaga pogłębia tajemnicę, jaka otacza Sierpów. Ludzie z nizin, którzy naczytali się przewodników Lonely Planet, są przekonani, że muszą zatrudnić „szerpę”, nawet jeśli nie wiedzą, co to oznacza. Teraz, kiedy trzecie pokolenie Szerpów żyje z turystów i ich dolarów, są oni jedną z najbogatszych i najbardziej znanych narodowości spośród ok. 50 grup etnicznych żyjących w Nepalu. Nie zawsze jednak tak było.

Przodkowie najstarszych klanów Szerpów pochodzą z tybetańskiego regionu Kham. W XIII w. Mongołowie, którzy mieli do dyspozycji katapulty i konnych łuczników, podbili większą część Azji Środkowej. Oblężeni Khampowie uciekli w głąb Tybetu. W XVI w. muzułmanie z Kaszgaru najechali Tybet od zachodu, znów wypierając Khampów. Ci uciekli pieszo przez Himalaje. Schronienie znaleźli na południe od Everestu, w regionie znanym jako Khumbu. Podczas wędrówki zaczęli mówić o sobie szarpa (ludzie ze wschodu), a ich nowa nepalska ojczyzna zyskała nazwę Shar Khombo. W ślad za nimi pojawiło się kilka fal imigrantów. Niektórych wygnały z Tybetu głód, choroby i wojny, inni przenieśli się skuszeni możliwością założenia faktorii handlowych. Nowi przybysze, pochodzący z różnych regionów i klas społecznych, zamieszkali w już istniejących osadach lub założyli własne, tworząc więcej klanów. Wioski oddzielały wysokie przełęcze, więc rozwinęły się w nich odrębne kultury. Poszczególne dialekty różniły się np. aż w 30% – dość, żeby dochodziło do nieporozumień i dało się z tego żartować, za mało jednak, by uznać je za osobne języki.

Mimo przeszkód geograficznych Szerpowie z różnych klanów handlowali ze sobą i zawierali małżeństwa. Sposób nadawania przez nich imion nadal wywołuje powszechną konsternację. Zgodnie z obyczajem podstawowym imieniem człowieka jest nazwa jednego z siedmiu dni tygodnia. Chłopcy i dziewczęta urodzeni w poniedziałek nazywają się Dawa, we wtorek – Minima, w środę – Lhakpa, w czwartek – Phurbu, w piątek – Pasang, w sobotę – Pemba, a w niedzielę – Nima. Nazwisk się nie używa, a transkrypcje fonetyczne na język angielski różnią się od siebie. Podczas wypełniania formularzy większość Szerpów wpisuje jako imię odpowiedni dzień tygodnia, a jako nazwisko Szerpa (lub w wersji żeńskiej Szerpani). Czasami zamiast Szerpa używają nazwy klanu – Chiawa, Lama albo Lhukpa.

Taki system sprawdza się w odizolowanej wiosce, ale w mieście zupełnie nie ma sensu. Tysiące Szerpów w Katmandu nazywają się dokładnie tak samo. Książki telefoniczne są bezużyteczne, bo nikogo nie można w nich znaleźć. Plotkarze muszą szczegółowo opisać tego, kogo chcą obgadać. Pseudonimów jest mnóstwo, ale nie są nadawane konsekwentnie. Coraz więcej rodziców nadaje więc swoim dzieciom inne, indywidualne imiona, ale i tak nigdy nie będzie to system tak zróżnicowany jak ten obowiązujący na Zachodzie.

Jakby tego było mało, imię może się zmieniać w zależności od tego, co dzieje się w życiu dziecka. Jeśli zachoruje, rodzice mogą mu zmienić imię na Chhiring (długie życie), żeby zmylić złe duchy. Jeśli umrze, zmieniają czasem imię jego brata na takie, które oznacza coś niepozornego, np. Kikuli (szczeniak), żeby złe duchy nie zwracały na niego uwagi. Mogą również poprosić lamę o nowe imię, nadane z boskiej inspiracji. Na długo przed zdobyciem Everestu Tenzing Norgay nazywał się Namgyal Wangdi, rinpocze z klasztoru Rongbuk stwierdził jednak, że jest on reinkarnacją bogatego i pobożnego człowieka. Nadał mu więc miano, które oznacza „bogaty wyznawca religii”. Chhiring dostał drugie imię – Dorje (błyskawica, grom) – musiało się wydawać aż nadto odpowiednie dla dziecka, które podpaliło wzgórza.

Szerpowie mogą się również nazywać na cześć rozmaitych cnót, często reprezentowanych przez świętych. Takie miano dodaje się do podstawowego imienia, dzięki czemu właściciel zyskuje szczególne atrybuty. Żona Chhiringa, Dawa, nosi imię Da Futi – błogosławieństwo na poczęcie syna. Kuzyn Pasanga nazywa się Lahmu – obrońca bram świątynnych. Czasem takie określenia opisują również człowieka. Żeby odróżnić córkę od matki o tym samym imieniu, ta pierwsza nazywa się Ang – „młoda”. Szerpa, który wygłosi porywającą mowę, może zostać Lhakhpą Gyalginem, „odważnym oratorem”. Czasami ten sam Szerpa używa różnych imion w zależności od sytuacji. Lama zwraca się do Chhiringa Dorje, ale przedstawiając się Tybetańczykom, Chhiring mówi, że nazywa się Tsering.

Szerpowie używają także nazw ok. 20 klanów, z których mogą pochodzić. Dzieci otrzymują imię na cześć klanu ojca. Przyjęło się, że nie należy wiązać się osobami z tego samego klanu ani z klanu matki do trzech pokoleń wstecz. I tak jak na Zachodzie nazwisko Rockefeller oznacza przynależność do lepszej klasy, niektóre klany Szerpów, takie jak Lama, cieszą się większym prestiżem. Inne, jak Bhote, są postrzegane jako obce i gorsze, a ich członków w ogóle nie uznaje się za etnicznych Szerpów.

Jak więc rozpoznać Szerpę? Kiedy w XIX w. Europejczycy zetknęli się z nimi po raz pierwszy, Szerpowie mówili o sobie sharpa, co przybysze zapisali jako Sherpa. Słowo to pojawiło się znów w spisie ludności prowincji Dardżyling z 1901 r. Szerpów sklasyfikowano w nim jako jedną z czterech podgrup ludu Bhotiow, czyli Tybetańczyków. Najnowszy spis ludności przeprowadzony w Nepalu uznaje, że należą do grupy etnicznej, której przedstawiciele sami nazywają siebie Szerpami, co oznacza, że każdy może twierdzić, że do niej należy.

Szerpowie z najstarszych i najbogatszych klanów, mieszkających w pobliżu Everestu, woleliby tę definicję zawęzić. Podobnie jak potomkowie rodzin, które przybyły do Ameryki na statku „Mayflower” uważają się za lepszych od innych, wielu członków starych szerpijskich klanów twierdzi, że tylko oni są autentycznymi przedstawicielami tej grupy etnicznej. Uważają, że Tybetańczycy – zarówno ci, którzy mieszkają w samym Tybecie, jak i ci z nepalskich wiosek – nie zasługują na to, żeby nazywać się Szerpami, podobnie jak ci, którzy niedawno zamieszkali w szerpijskich wioskach. (…)

Tenzing Norgay, według magazynu „Time” jeden z najbardziej wpływowych ludzi XX w., przyszedł na świat w namiocie pasterza jaków w Tsechu, miejscu pielgrzymek w rejonie Charta w Tybecie. Był 11. z czternaściorga dzieci, jednym z sześciorga, które przeżyły niemowlęctwo. Rodzice, Kinzom i Mingma, pasterze z regionu Ghang La, posłali go do klasztoru, żeby nauczył się pisać, jednak zakonny tryb życia mu nie odpowiadał. Kiedy lama zbił go kijem, uciekł.

W wieku siedmiu lat miał okazję zobaczyć, jak będzie wyglądała jego przyszłość, choć wówczas jeszcze o tym nie wiedział. Wiosną 1921 r. legendarny brytyjski wspinacz, George Mallory, rozbił w regionie Charta kilka obozów. Badał północną stronę Everestu. Trwało to łącznie cztery miesiące. Jeden z nich Mallory spędził na pastwiskach Ghang La. Zatrudnił miejscowych zwiadowców, kupował masło i śmietanę z mleka jaków od pasterzy z Ghang La i Dangsar, gdzie mieszkała rodzina Tenzinga. Zginął trzy lata później pod szczytem Everestu, ale Tenzing nigdy nie zapomniał nabijanych ćwiekami butów, które zostały w wiosce po jego ekspedycji. (…)

W 1935 r. Tenzing był jeszcze w Dardżylingu. Wciąż szukał pracy przy wyprawach wspinaczkowych, a tymczasem doił krowy, zajmował się murarką i wróżył z liści słynnej na cały świat odmiany herbaty Darjeeling. Wreszcie dostał ofertę. Wspinacz Eric Shipton wybierał się na Everest i zamierzał przeprowadzić rekonesans przed brytyjską wyprawą. W ostatniej chwili podjął decyzję o zatrudnieniu dodatkowych ludzi.

Nie miał zbyt dużego wyboru, ponieważ najbardziej doświadczeni Szerpowie zginęli rok wcześniej na Nanga Parbat. W pośpiechu postanowił rozszerzyć poszukiwania i zachęcić do zgłaszania się Tybetańczyków. Tenzing czym prędzej pobiegł na werandę Darjeeling’s Planters Club, gdzie Shipton oglądał tłumy kandydatów. „Był tam jeden tybetański chłopiec, lat 19, nowicjusz. Wybrałem go głównie ze względu na piękny uśmiech – napisał później Shipton. – Nazywał się Tensing Norkay albo Tensing Bhotia, jak o nim mówiono”. Tenzing miał wreszcie wejść na Everest. (…)

W roku 1953 mógł już powiedzieć, że na Evereście spędził więcej czasu niż jakikolwiek inny śmiertelnik [Tenzing zbliżył się do szczytu w 1952 r. wraz ze szwajcarskim partnerem Raymondem Lambertem; dotarli wówczas do wysokości 8600 m, od wierzchołka dzieliło ich zaledwie 248 m]. Brytyjczycy złożyli mu propozycję nie do odrzucenia: miał pójść z nimi w góry jako sirdar, nadzorca tragarzy i pomocników i pełnoprawny członek zespołu. Byłby pierwszym rdzennym wspinaczem, któremu Brytyjczycy nadaliby taki status. Rzucił palenie i zaczął stale nosić przy sobie wór kamieni. Miała to być jego siódma wyprawa na Everest i tym razem zamierzał dotrzeć na szczyt.

Szybko zaprzyjaźnił się z Edmundem Hillarym, pszczelarzem z Nowej Zelandii. Pewnego dnia Hillary próbował przeskoczyć przez szczelinę, wylądował jednak za blisko. Zerwał lodowy gzyms, zaczął spadać w przepaść, próbując czegoś się złapać. Tenzing chwycił łączącą linę, owinął ją dookoła czekana i wbił jego dziob w lód. Lina natychmiast się napięła. Czekan Hillary’ego i jeden rak spadły w głąb szczeliny. Tenzing „zaparł się z całej siły i w końcu wyciągnął Hillary’ego. Ten pomagał mu, jak mógł, odpychając się jedynym rakiem, jaki mu pozostał”, napisał syn i biograf Tenzinga, Jamling Tenzing Norgay. Tak zaczęła się przyjaźń, która doprowadziła Hillary’ego i Tenzinga na dach świata.

Podczas ataku szczytowego Hillary miał okazję zrewanżować się Tenzingowi za pomoc. Wycinał stopnie na drodze do ostatniej przeszkody, 12-metrowego uskoku niemal pionowej skały, który nosi dziś nazwę Stopień Hillary’ego (Hillary Step) [Stopnia Hillary’ego już nie ma – zniknął, najprawdopodobniej w wyniku trzęsienia ziemi w 2015 r., a w jego miejscu pojawiła się śnieżna rampa]. Szerpowie nazywają go co prawda Uskokiem Tenzinga, ale w rzeczywistości to Hillary prowadził na tym odcinku. (…)

Był 29 maja 1953 r., godz. 11.30, kiedy jako pierwsi w historii stanęli na najwyższym punkcie Ziemi. Tenzing powiedział: „To był ten wspaniały moment, na który czekałem całe życie, moja góra była dla mnie czymś więcej niż tylko pozbawioną życia lodową skałą, była ciepła, przyjazna, żywa. Była jak kwoka, a pozostałe góry były jak pisklęta pod jej skrzydłami”. Hillarym również zawładnęły silne emocje, ale wyraził je nieco inaczej: „W końcu załatwiliśmy skurczybyka”.

Tenzing złożył w śniegu ofiarę z czekolady. Próbował zrobić Hillary’emu zdjęcie, ale nie umiał obsługiwać aparatu. Przekazał go więc towarzyszowi i tak powstał ikoniczny obraz brytyjskiej wiktorii: Tybetańczyk z uniesionym czekanem z czterema flagami, w tym najlepiej widoczną – brytyjskim Union Jackiem [Tenzing miał cztery flagi w następującej kolejności: Organizacji Narodów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Nepalu i Indii. Brytyjskiego Union Jacka widać na zdjęciu najwyraźniej. Twarz Tenzinga zasłania maska tlenowa. Ed Douglas pisze, że dzięki temu powstał anonimowy ikoniczny obraz, z którym każdy naród może utożsamiać własne marzenia]. Cieszyli się swoim osiągnięciem przez 15 minut, a potem zeszli w powrotem do obcego świata.

Nagła sława zaskoczyła Tenzinga. „Występowałem w telewizji, a nie miałem jeszcze telewizora”. Królowa Elżbieta usłyszała o ich triumfie i odznaczyła go Medalem Króla Jerzego. Król Tribhuvan przyznał mu Order Gwiazdy Nepalu, najwyższe cywilne wyróżnienie nadawane przez władców z dynastii Shah. Mickey Mantle przysłał mu kij bejsbolowy z autografem i pozdrowienia od drużyny New York Yankees. Premier Indii, Jawaharlal Nehru, nie chciał być gorszy, więc zaoferował Tenzingowi paszport i garnitury z własnej szafy.

W dolinie Katmandu wielbiciele otaczali Tenzinga, skandowali jego imię i nosili go na ramionach. Krążyły pogłoski, że ma trzy płuca. Razem z Hillarym odbyli przejażdżkę pozłacanym rydwanem Shahow. Próbowali ignorować wiszące nad ich głowami transparenty: widniał na nich rysunek Mount Everestu z brązowym mężczyzną na szczycie i białym poniżej. Pojawili się łowcy autografów. Tenzing, który nie potrafił czytać ani pisać, brał od nich długopisy i kreślił na kartkach swój znak. Wszystko to w niczym nie przypominało życia w Tybecie, nic więc dziwnego, że był oszołomiony.

W obliczu tego postkolonialnego widowiska koledzy z zespołu zaczęli sarkać, zwłaszcza kiedy jeden z autografów Tenzinga trafił na pierwsze strony gazet. Tenzing nieświadomie podpisał oświadczenie, w którym oznajmiał, że to on jako pierwszy stanął na szczycie Everestu. Hillary nie chciał tego komentować, więc Brytyjczycy zmobilizowali się sami. Płk John Hunt, szef ekspedycji, zwołał konferencję prasową. Postanowił utrzeć nosa nowej gwieździe. Ogłosił, że Tenzing Norgay nie jest himalaistą tego samego kalibru co Hillary, że brakuje mu umiejętności technicznych niezbędnych do prowadzenia wyprawy wspinaczkowej. To nie Szerpa był pierwszy na szczycie Everestu: ten honor należy się obywatelowi Wspólnoty Narodów.

Reakcja Katmandu była natychmiastowa – i brutalna. Zwolennicy Tenzinga zaczęli rozpuszczać plotki, jakoby Hillary był bufonem, który dotarł na szczyt wniesiony w lektyce. Hunt przeprosił i wycofał swoje oświadczenie. Hillary wydał własne: oznajmił, że on i Tenzing wspięli się na szczyt „prawie razem”. Obaj zdobywcy podpisali deklarację i przekazali ją prasie, ale nie udało im się zażegnać sporów.

„Nie mam pojęcia, dlaczego Hillary dodał to »prawie« – powiedział później syn Tenzinga, Jamling. – Od tamtego dnia mój ojciec i Hillary zgodnie twierdzili, że wspinali się razem i razem dotarli na szczyt. Ludzie wciąż pytają, kto był pierwszy, a to przecież nie ma znaczenia”.

Fragmenty książki Petera Zuckermana i Amandy Padoan Pochowani w niebie, przekład Kaja Gucio, Marginesy, Warszawa 2019

Fot. Wikipedia

Wydanie: 29/2019

Kategorie: Obserwacje

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy