Wielki mały architekt

Wielki mały architekt

Sfinks, Krzywa Wieża i wieża Eiffla na ulicy Uśmiech

W centrum Wiednia jest zakaz stawiania wieżowców, dlatego widać Operę Wiedeńską. W mieście pana Janusza dominanty są dwie – wieża Eiffla i katedra wiedeńska. Na wzgórzu stoi też zamek, ale jest on na samym skraju włochowskiej Szuflandii. To jedyna budowla inspirowana polskim zabytkiem. Ogród pana Adamka to tak naprawdę połączenie kilku jego pasji: miłości do zwierząt, do opery i do podróży.
Kiedy przed wojną państwo Adamkowie przenieśli się z ulicy Widok do podwarszawskich Włoch, ojciec się cieszył, że tak przestrzennie, bo dom stoi na rogu. “A ja teraz mam dwa razy więcej gapiów”. Bo właśnie od czasu przeprowadzki zaczął w ogródku na ulicy Uśmiech wyrastać bajkowy świat.
Pierwsze budowle powstały na podstawie książek. Tak zupełnie pierwszy był Sfinks. Zbudowano go w czasie wojny. Pan Janusz miał wtedy jakieś 12 lat. “Chyba te wszechobecne ruiny sprawiły, że zacząłem budować. Chciałem mieć coś ładnego wokół siebie zamiast gruzów”. Kiedy w domu zakwaterowano Niemców, Sfinks stał się ich ulubionym obiektem do fotografowania.
Po starożytności przyszła faza fascynacji kolejnymi etapami w historii architektury. “Po strzelistych gotykach zaczęły mnie pociągać kopuły i barok”. Obecnie

na tapecie jest secesja

i nowe kierunki architektoniczne. Hundertwasser, Gaudi… “Mozaika, taka jak te z Rawenny, też byłaby niezła, ale strasznie ciężko byłoby ją zrobić. Do tego muszą być małe kawałeczki kafelków i ceramiki, to mozolna praca. Te mozaiki, które mam teraz, to bułka z masłem w porównaniu do Rawenny”.
Pana Adamka trochę denerwuje to, że wszyscy pytają, dlaczego stawia tylko budowle zagraniczne. To przecież jasne – polskie są pod nosem i każdy może je sam zobaczyć. Jeździł zawsze tam, gdzie stały te okazy, które chciał obejrzeć, ale też tam, gdzie wypadło – czy to z wycieczką, czy ze znajomymi. Pierwsza “poważna” wyprawa to był wyjazd pod koniec studiów. “Zobaczyłem wtedy Włochy, Austrię i Niemcy. Najwspanialsza była Sycylia…”. Z Wenecji pochodzi kampanila, katedra świętego Marka i rzędy małych kamieniczek, które dodają trochę zwykłego życia do tych monumentalnych pomników architektury.
“Kiedy z kolegą wybrali się do Turcji, okradziono ich

na rumuńskiej granicy

i kolega trzy tygodnie urlopu spędził w kąpielówkach, które żona zrobiła mu szydełkiem”. Wycieczkę do Kairu i Egiptu zasponsorowała telewizja po tym, jak pan Adamek wystąpił w “Swojskich klimatach”. “Mogłem porównać moje Sfinksy i piramidy z oryginałem. Do jednej z piramid specjalnie jechałem taksówką”.
“Chodzi o to, żeby miasto miało klimat. Wiedeń jest piękny, ale czegoś mu brakuje”. Pani Bolesława Adamek mówi, że to miasto nie ma w sobie magii. Tak samo Sztokholm. Co innego Paryż albo miasta włoskie. Dzielą miasta na “zimne” i “ciepłe”. Pani Bolesława pochodzi z historycznego Zbaraża. Ale w ogródku na ulicy Uśmiech nie ma nic z tamtych okolic. “Nie chcę tam wracać – mówi. – Nie mam stamtąd miłych wspomnień, uciekaliśmy w popłochu. Tylko raz później pojechaliśmy z mężem na wycieczkę na Litwę. Niby ładnie, ale zdecydowanie to “zimne” okolice. Ciepły jest Paryż, Praga, Budapeszt. Z Budapesztu pochodzi most. Taki sam, ale jednak trochę węższy. “Cóż, prawdziwy Dunaj jest szerszy niż ten mój”, kwituje pan Janusz. Budapeszteńskie jest też metro podskórne, poprowadzone pod powierzchnią ulicy. Metro państwa Adamków nie działa od czasu, jak kilka lat temu okoliczna smarkateria włamała się na działkę i ukradła wagoniki.
Miasteczko pana Adamka niby niewielkie, a posiada dwie opery. To dlatego, że kolejną pasją jest teatr i opera – zdradza Jola, synowa. Ulubiona opera pana Janusza to “Aida” Verdiego. “Nie tylko ze względu na muzykę, chociaż opery Verdiego są wszystkie wspaniałe, ale przede wszystkim chodzi o te fantastyczne klimaty staroegipskie. Tę operę widziałem najwięcej razy. Bo Wagnera wolę na płytach”.
Rolę wiedeńskiej góry widokowej Kahlenberg i budapeszteńskiej Góry Gelerta spełnia kąt wypoczynkowy –

zwyczajny kawałek ogrodu,

wywalczony przez Pawła i Jolę. Stamtąd jest najładniejszy widok. Tutaj też cała rodzina zbiera się na niedzielną herbatkę z ciastem. Śniadanie leniwie przechodzi w podwieczorek, gospodarze siedzą i komentują przygody swoich podopiecznych. To zwierzaki są mieszkańcami tej maleńkiej metropolii. Każdy członek rodziny ma swojego faworyta. Syn pana Janusza, Paweł, najbardziej lubi Pumę. Kiedy woła ją po imieniu, kotka przybiega do niego jak pies. Faworytą pana Janusza jest Pani Wścieklicowa. Ta najchętniej ze wszystkich pozuje do zdjęć we wnętrzach miniaturowych kościołów. Paweł nie przepada za Panią Wścieklicową, bo wyjada mu rybki ze stawu. Jest jeszcze Gacek i Ziutka. Koty żyją w przyjaźni z psami: Arnoldem, który ze względu na zadarty nos zyskał przezwisko “Kościuszko”, Smokiem, Zenkiem i Norą. Nora jest najmłodsza – ktoś “życzliwy” przerzucił psa przez płot i tak już został w rodzinie. Nora jest ulubienicą pani Bolesławy, bo śpiewa, kiedy rozlegają się dzwony stojącego nieopodal kościoła.
Ogród przy ulicy Uśmiech budzi zainteresowanie nie tylko przechodniów. Często pojawiają się tu ekipy filmowe. “Z Niemiec przyjechało kiedyś 30 osób, było zimno i lało jak z cebra – wspomina pan Adamek. – Folia, którą zawieszono nad reżyserem, napełniła się jak balon i pękła. Podobno potem cała ekipa miała grypę. Innym razem pani reżyser zatrzasnęła się w łazience i nie mogła wyjść. Sąsiedzi pytają, co robimy, że ta telewizja tak do nas przyjeżdża. Odpowiadam, że się zamykamy”. To najtrafniejsza odpowiedź. Do domku dostać się niełatwo. Dzwonek przy furtce nie działa, a o gościach informuje gospodarzy sfora psiaków, która z jazgotem wita przechodniów. Latem krasnoludkowego miasteczka od ulicy prawie nie widać, bo cały ogród tonie w arcydzięglu.
Mimo licznych propozycji państwo Adamkowie nigdy nie sprzedawali swoich budowli. Mówią o sobie, że są pozbawieni siły przebicia. Pan Adamek kończył Liceum Techniczno-Teatralne. Na ASP poznał swoją żonę. Po studiach pracował trochę w Teatrze Polskim, potem w Domu Słowa Polskiego. Jednak i on, i pani Bola w końcu przenieśli się do szkolnictwa. Praca z dziećmi w domu kultury nie wymaga przebojowości, kontaktów i znajomości. Raz tylko pan Janusz zrobił coś na zamówienie. “To za długo trwa, w tym czasie można byłoby wybudować dalszą część miasta. Zresztą, jak ktoś chce, to niech sobie sam zbuduje” – mówi zazdrośnie. Postawienie jednej budowli trwa około roku. Najpierw idą fundamenty, piwnice, bo każda budowla stawiana jest rzetelnie, jak prawdziwa. Część elementów robi się w domu. Na przykład kolumienki do Krzywej Wieży pan Janusz

odlewał zimą w łazience.

Notabene, Krzywa Wieża jest trochę węższa niż w rzeczywistości. “To dlatego, że nie było dostatecznej przestrzeni”, tłumaczy pan Adamek. Niby miniaturka zwykłego świata, ale tak naprawdę – połączenie prawdziwych budowli z fantazją pana Adamka. “Taka kompilacja, bo mam trochę inne warunki. Na przykład Opera Paryska nie jest tak do końca Operą Paryską. Na pewno wiernie skopiowałem kopułę, reszta nie jest całkowicie taka, jak ta w rzeczywistości”. Dokładną kopią w skali 1:100 jest zrobiona z miedzi wieża Eiffla.
Miasteczko rozrasta się, zajmując coraz więcej ogródka. Najnowszy obiekt – fontanna, wyrosła już po drugiej stronie domku. Wzorowana jest na obrazie “Źródło” Ingresa. “Na reprodukcjach nam się zupełnie nie podobał. Tak to już jest – niektórzy, na przykład van Gogh, dużo lepiej wyglądają na reprodukcjach, ale Ingres wygląda beznadziejnie”. Jednak kiedy zobaczyli oryginalny obraz – od razu zapragnęli przenieść go do swojego ogródka. “Poza tym w tym roku muszę wyrzucić tę dyskotekę, którą zbudowałem obok kościoła Mądrości Bożej. Widzę tu jakąś małą secesję w stylu Gaudiego”.

Wydanie: 2/2001

Kategorie: Obserwacje

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy