2 metry seksu

2 metry seksu

Wysoki wzrost to dar w koszykówce. Ale nie w kraju, gdzie przeciętny facet ma 177 cm

Po rozegranym turnieju we Francji jest party. Strzela szampan. Do Kasi podchodzi chłopak, prosząc do tańca. – Jesteś pewny? – pyta ona, jeszcze siedząc przy stoliku. – Of course! – on pożera ją wzrokiem. Wstaje – 197-centymetrowa (w szpilce 203) Kasia Dydek. Z chłopaczyną, który sięgał jej: pod pachę, przetańczyła całe „Dirty dancing”, tuląc go do piersi.
Kasia, dziś asystentka trenera koszykarek Lotosu Gdynia, razem z siostrą Małgosią (213 cm), która robi karierę koszykarską w Ameryce, mają (!) 4 m 10 cm. Mama, krawcowa, zmuszona szyć córkom większość garderoby, zawsze powtarzała: „I tak ludzie będą was widzieć, więc niech widzą dobrze ubrane”. A ponieważ wyższych od nich jest niewielu, zwykle oglądają się za nimi mniejsi. I zwykle tylko podziwiają. Na ulicy potrafią ukłonić się Kasi w pas i powiedzieć szarmancko: „Jej wysokość”. Bo z góry zakładają, że są bez szans. A przecież Kasia Dydek kochała czterech niższych facetów i wcale nie przeszkadzało jej na ulicy przytulić ich do siebie. Różnicę wzrostu traktowała jak jedną z wielu cech jego wyglądu. Taką samą jak zielone oczy. – Stereotyp słabej kobietki, którą on może się opiekować, zanika. Ludzie dobierają się charakterem – Kasia coraz częściej widzi, jak on idzie dumny przy wyższej ukochanej i wcale się nie kuli z tego powodu.
Wysokie dziewczyny z długimi nogami. Wzdychają do nich wszyscy, ale one nie są dla wszystkich. – I nie wszyscy są dla nas – krzywi się z niechęcią na myśl o niskim Magda Łebkowska (189 cm), która nie znosi tych sytuacji w dyskotekach, kiedy on prosi ją do tańca i blednie, gdy Magda wstaje.
Jak wygląda świat kobiety z dużej wysokości? Zabrały mnie (wzrost autorki – 158 cm) do akademików, gdzie leżą na za krótkim łóżku, do sklepów, w których nie ma dla nich nogawek, dyskoteki, gdzie nie ma z kim tańczyć. I… odsłoniły trochę tajemnic miłości z niższym. – Bo w poziomie – mówią – akurat ta różnica nie przeszkadza. W łóżku nie staje się na palcach.

Kochałam niższego

Gdy Monika Niezabitowska (184 cm), najwyższa w wiosce Czeczotki pod Wołominem, wyższa od taty i własnego szefa, wraca z pracy pekaesem, na chwilę spotyka się wzrokiem z tym samym chłopakiem. Nigdy nie zagaił, chociaż ona wie, że mu się podoba. I dobrze, bo Monika niższego nie chce. Z niskim wyglądałaby jak mamusia z drobiazgiem. Czasem tylko, gdy widzi tego chłopaka w pekaesie, zdarza jej się żałować, że urosła. Wtedy myśli: „Fajny, ale nie dla mnie”. W dyskotece zawsze czeka, aż facet wstanie.
Wolą wysokich, ale miłość nie wybiera. Agnieszka Jarmużek (192 cm), najwyższa w Wolsztynie po dwumetrowych ojcu i dziadku, kochała niższego. On pracował u taty i pożerał ją wzrokiem. Ośmielił się, gdy zobaczył Agnieszkę idącą na szkolny bal. Przy pocałunku stawał na palcach. Można powiedzieć, że się o nią wystarał. Rodzina trochę się krzywiła, co będzie, gdy zechcą stanąć obok siebie na ślubnym kobiercu. Ale powiedziała: „Serce nie sługa”.
– Bo niski wszystko zrobi dla kobiety… – Agnieszka rozmarza się na wspomnienie pięciu szczęśliwych lat chodzenia z facetem niższym o 12 cm. – Wysoki jest zajęty głównie sobą, niski wie, że musi się starać, bo inaczej przyjdzie wyższy i mu odbije kobietę.
Czasem trochę retuszowali. Na fotografiach z wakacji ona stawała kilka schodków niżej, a na romantycznych spacerach wolała go nie obejmować, bo czuł się rozdrażniony. Może tylko raz, przed studniówką, gdy nie mogła założyć szpilek, przemknęło jej przez myśl, dlaczego jest malutki. – Ale w tańcu nikt nie dorastał mu do pięt – pamięta, jak w podbitych butach, ale z dumą wprowadzał ją na bal. Nie stanęli na kobiercu, ale nie z powodu 12 cm, tylko 340 km odległości z Wolsztyna do Warszawy, gdzie dostała się na AWF.
A jednak wstydzą się takiej miłości. Gdy swego czasu dziennikarka „Twojego Stylu” szukała żon niskich mężów, pewna aktorka rzuciła słuchawką, że to nie ich problem, innej on zagroził rozwodem, a pani psycholog, która udziela w prasie porad, jak żyć bez kompleksów, rozmyśliła się w ostatniej chwili. Z 15 tylko pięć zgodziło się na rozmowę, a trzy na ujawnienie nazwiska.
Stereotyp uczynił z małych mężów dużych żon kompromitujący mezalians. Drwi się z nich nawet w komediach typu „Święta wojna”. – Co ciekawe – mówi dr Tomasz Szlendak, socjolog płci – im kobieta niższa, tym wyższego partnera pragnie. Wystarczy spojrzeć na ulicę, ile jest takich par. Natura pcha kobietki mniej fizycznie „wydolne” do szukania obrońcy, odganiacza dzikich zwierząt i innych natrętów, a wysoki wzrost faceta jest silnie skorelowany z lepszym genetycznym wyposażeniem i wyższym statusem społecznym. Badania dowodzą, że zarabiają 20% więcej od niskich kolegów. Wyższy u boku oznacza więc prestiż i po prostu lepsze życie.
Gdy prof. Andrzej Szmajke, psycholog społeczny z Uniwersytetu Wrocławskiego, badał, jak się ma wzrost do kwestii damsko-męskich, pokazywał kobietom zdjęcie tego samego mężczyzny z sugestią, że jest wysoki lub niski. – Okazało się – opowiada – że wysokim przypisywały dużo więcej skrajnych cech, zarówno pozytywnych, jak i negatywnych. Uchodził za silnego, dominującego, nawet agresywnego. Mały był w ich oczach niezauważalny i nijaki jak „człowiek bez właściwości”. Podobnie jest – mówi profesor – gdy mężczyźni widzą ikonę kultury masowej. Zawsze powiedzą, że jest wysoka, bo kultura mówi, że wysokie jest piękne. Lecz gdy ich spytać, ile wzrostu ma Cindy Crawford, nie wiedzą. Bo gdy modelka chodzi po wybiegu, każdy marzyciel przed telewizorem może sobie dowolnie oszacować jej wzrost. Kultura nauczyła nas, że wysokie jest piękne, mężczyźni preferują więc wysokie, ale jednocześnie niższe od siebie. Jeśli kobieta jest wyższa od oceniającego ją mężczyzny, staje się w jego oczach mniej atrakcyjna (o ok. 1,5 pkt w skali ocen od 1 do 5). Jeśli więc modelka oglądana w telewizji podoba się telewidzowi marzycielowi, bo ma ładną buzię i kształty, szacując jej wzrost, będzie go nieco naginał do własnych preferencji („Pewnie jest wysoka, ale niższa ode mnie”). Bo lubimy się podwyższać. 75% ludzi dodaje sobie wzrostu.

Większy wzrost, mniejszy wybór

Marta Gajewska (ostatnia kreseczka na domowej boazerii to 188 cm, nie jest jednak wykluczone, że jeszcze rośnie), Marta Jujka (192 cm, też rośnie), Kasia Ćwiklińska (190 cm, rośnie) i Marta Micuła (188 cm) trenują koszykówkę w Integracyjnym Centrum Mistrzostwa Sportowego w Łomiankach. Mają co prawda specjalne dwumetrowe kołdry, ale nawet tu nie ma dla nich „prawdziwych gości”. – Koleżanki, które wyjechały do Stanów, przynajmniej mogą poznać Murzynów. Tu? Może ciało ładne, ale drobni – pokazują chłopców biegających po bieżni. W 600-osobowej szkole jest tylko dwóch wyższych, w dodatku zajętych przez 150-centymetrowe koleżanki. Nawet na półmetek zawieziono dziewczyny do męskiej szkoły sportowej w Kozienicach. Bo w sporcie „prawdziwych gości” jest stosunkowo najwięcej.
– To był raj! – Marta Gajewska też ma wrażenie, że niscy się jej boją. Mała wzbudza w nich ciepłe uczucia, ona… respekt. Gdy wstaje w pociągu ściągnąć walizkę, zawsze znajdzie się jakiś niski, który bąknie, że chciałby zobaczyć, jak to jest z wysoką, bo jemu się wydaje, że… bezpiecznie. A ona przecież wolałaby usłyszeć: „Jaka jesteś ładna”. Marta niższego nie wyklucza. To nawet lepiej, gdyby miało być z tego potomstwo. – Spotkanie wysokiej z wysokim to pod tym względem ryzyko. Co będzie, jak się urodzi dziewczynka? Jednak dzieci powinny być z niższym.
Wzrost to dar niebios w koszykówce, ale nie przy szukaniu męża w kraju, gdzie przeciętny facet osiąga 177 cm. Kiedy w 1976 r. w „Lecie z Radiem” poszła wiadomość o Klubie Wysokich we Wrocławiu, do Stefana Świgonia, prezesa klubu, przychodziło dziennie setki listów od dziewczyn. Z Sieradza, Dąbek, Siedlec, Stalowej Woli, często najwyższych w swoich powiatach. – Na 5 tys. członków 80% to panie – przyznaje, że one najbardziej przeżywają wysoki wzrost. – Niżsi są prawie wszyscy chłopcy w okolicy, więc wysokie nie chodzą na zabawy. Do kina też nie, bo zasłaniają innym. Siedzą w domach i stronią od towarzystwa. W klubie, między takimi samymi, mogą się pozbyć kompleksów, a raz w roku, na balu wysokich, włożyć szpilki i czuć się jak kobiety.
Gdy prezes zrobił ankietę wśród dziewczyn ze wsi, dlaczego lubią te bale, odpowiadały najczęściej, że ze względu na możliwość spotkania kogoś na resztę życia. Klub skojarzył już 100 małżeństw.

Wysoki seksapil

Idę między Magdą i Agnieszką przez centrum handlowe. Niedostrzegalna przy ich pionie, widzę te spojrzenia pełne podziwu. Ktoś podnosi w górę oczy, ukradkiem, żeby nie zadzierać głowy, 40-latek w tureckim sweterku nadepnął na krępą żonę i jeszcze zerka przez ramię. Każdy udaje, że nie widzi, i ogląda się jeszcze raz. W ciągu godziny przeszedł może jeden, który spotkał się z dziewczynami nos w nos. Ale nawet nie spojrzał na nie. – Najczęściej puszcza oczko najniższa półka – Magda wygina wargi z pogardą. Nienawidzi tych malutkich wielbicieli, którzy jak koguciki pałętają się i próbują stanąć na wysokości zadania. To, co u dużych uchodzi za heroizm, w małych jest dla niej po prostu przerostem ambicji. Jak taki mówi do niej: „Madziu, gdybyś miała 15 cm mniej”, ucina: „A może gdybyś ty miał więcej?”. Bo kto ustalił skalę, że to ona jest za wysoka? Dla niej niższy jest skreślony, nie ma zamiaru całować go w czółko ani ogrzewać między piersiami. W klubie Qvo Vadis widzi, jak ci niżsi zamiast na parkiecie, „gibają” się na schodkach, żeby dodać sobie wzrostu.
Choć stopa Agnieszki Jarmużek ma numer 45, a rozłożone ramiona 2 m, porusza się z gracją. To efekt treningów. Zasięg ramion sprawił, że zdecydowała się na rzut dyskiem. – Jak masz długą dźwignię, na samym wyrzucie osiągasz metr dalej – tłumaczy kilkakrotna mistrzyni Polski, która przy zagranicznych sportsmenkach w tej dyscyplinie jest ponoć kruszyną. – Sport ukształtował mi sylwetkę – patrzy na siebie z aprobatą. – Bo dużo wysokich tyczek garbi się, nie panuje nad kończynami i ma wygląd kaleki.
W szkole przezywano je „żyrafy”. Najwyższe na apelach i klasowych zdjęciach, wystają z rządka koleżanek na pierwszej komunii. Tak jak Kasia Ćwiklińska. 17-latka, w gimnazjum na zabawach jeszcze siedzi pod ścianami, bo jej później dojrzewający koledzy czują się skompromitowani wzrostem. Nawet na przerwach wolą z Kasią nie rozmawiać, bo zadzieranie głowy umniejsza ich poczucie wartości. Potem dziewczyny zaczynają nabierać seksapilu.
Jak Ania Bogusławska (187 cm). Gdy zakłada siedmiocentymetrowe szpilki, Robert (193 cm) stawia sobie grzywkę. W liceum jej nie zauważał. Teraz Ania jest tancerką, modelką i ma agencję hostess, do której wybiera tylko takie jak ona. Bo średnich jest dużo, a gdy stanie obok siebie pięć 180-centymetrowych dziewczyn, nikt nie będzie obojętny. Robert w życiu nie puści Ani samej na miasto w mini. Ze względu na nogi. Nie są obojętni zwłaszcza starsi i krępi. – Każdy fantazjuje o tym, czego nie może osiągnąć – mówi Robert. – Lord Farquaad, bohater „Shreka”, otoczył się wszystkim, co wyższe, i marzył o księżniczce Fionie – a Robert pamięta ze szkoły, że bajki powstają na podstawie obserwacji ludzi.
Tylko jeden facet Ani był niższy, ale mówi, że… nie ma o czym mówić.
– Zadzwonię, jak urosnę – mówili chłopcy Marcie Kossakowskiej (184 cm, w szpilkach 194, biust 86, talia 62, biodra 92), gdy miała 16 lat. Teraz by chcieli, ale ona już nie chce. Jest przecież wicemiss Polonią 2004. Wzrost był dla Marty przepustką do wielkiego świata. Bo minęły czasy, gdy 170-centymetrowa modelka należała do wysokich, dziś zaczynają się liczyć od 180 cm. W ciągu niecałych 10 lat ideał kobiety urósł o 10 cm. – I gust facetom się zmienił – Marta dziękuje Bogu za los. – Kiedyś woleli blondynki z dużym biustem, dziś – wieszaki. Gdyby nie woleli, nie byłoby tylu anorektycznie odchudzających się dziewczyn.
Ale nawet miss trudno przejść przez ucho igielne społecznej akceptacji, gdy flirtuje z niższym. Zdarzało się Marcie, że złośliwi krzyczeli: „Napluj mu na głowę”. Wyrosła z przejmowania się. Problemem są tylko drobiazgi. Na przykład pończochy samonośne. Jeśli kupi czwórkę, spadają z chudych nóg, które od biodra do kostki mierzą tyle, ile… nogi Naomi Campbell (116 cm).

Wysoka w łóżku

Dr Sławomir Kozieł z Zakładu Antropologii PAN we Wrocławiu oraz prof. Bogusław Pawłowski z Uniwersytetu Wrocławskiego badali pożądane przez mężczyzn cechy na podstawie analizy ofert matrymonialnych w lokalnej prasie i liczby odpowiedzi, które przyszły na dany anons. Okazało się, że wzrost kobiety nie jest wyznacznikiem jej atrakcyjności. Panowie szukają młodszej i szczuplejszej. „Wysokorosłość” kobiet jest na rynku matrymonialnym cechą wręcz upośledzającą. – Badania dowodzą, że niższe szybciej wychodzą za mąż i częściej rodzą dzieci – zauważa dr Kozieł. – A ponieważ wysocy mężczyźni nie mają problemu ze znalezieniem partnerki, potem zostaje statystyczna grupa… niskich kawalerów i wysokich kobiet, które nijak nie pasują do siebie. I raczej nie ma szans, by te grupy kiedyś się spotkały.
Prof. Szmajke zauważa prawidłowość, że im wyższy jest mężczyzna, tym większej pragnie różnicy między wzrostem swoim a idealnej kobiety: – Mężczyźni dwumetrowi pytani o wzrost idealnej partnerki deklarowali, że powinna mieć 175-180 cm, czyli idealna to niższa o głowę. Ale tylko wysocy mogą to pragnienie w pełni zaspokoić. W opiniach mężczyzn mierzących ok. 170 cm idealny wzrost kobiety wynosił 155-160 cm. Ta prawidłowość wydaje się racjonalna biologicznie. Mężczyźni pragną kobiet niższych od siebie, ale generalnie zdrowych i płodnych, nieelegancko mówiąc – normalnych biologicznie. Wymarzona 165-centymetrowego jest tylko troszkę od niego niższa, bo niższa o 25 cm byłaby już karłowata, czyli biologicznie nienormalna. Mężczyźni, którym Bóg dał mniej wzrostu, pewnie też pragnęliby partnerek niższych o głowę, ale skrajnie niski wzrost „wymarzonych” (nienormalny biologicznie) może sygnalizować ich niższą sprawność rozrodczą. Niewysocy mężczyźni uznają więc, kompromisowo, za idealną „niższą od siebie, ale nie za bardzo”. Wszyscy badani mężczyźni pragnęli jednak, aby ona była niższa od nich. Pewnie dlatego zaledwie 0,3% par to odwrotne proporcje.
Mężczyźni, choć mają senne marzenia seksualne o wysokich, co przyznają psychoanalitycy, raczej tych marzeń nie realizują ze względu na życiowy pragmatyzm. – Nie łudźmy się – przytakuje dr Szlendak. – Powodzenie związku małego z dużą jest tak samo mało prawdopodobne, jak młodego ze starszą. Znam dwie takie pary i widzę, ile przeszkód społecznych muszą pokonać.
A seksuolodzy dodają, że związki, w których ona z powodów biologicznych nie czuje się przy nim bezpieczna, rozpadają się szybciej. – Pomińmy obszar patologicznego widzenia rzeczywistości, który się nazywa zakochaniem – analizuje dr Ryszard Smoliński, seksuolog z Wrocławia. – Wysoka partnerka działa stresogennie zarówno w sytuacjach życiowych, w których naraża go na drwiny, że chodzi w kapeluszu i nie dorasta jej do sutków, jak i w łóżku, gdzie facet mniej obdarzony wzrostem ciągle drży, że ją straci.
O ile jednak niewysocy wzrostem i statusem zwykle stosują tzw. mechanizm kwaśnych winogron, czyli pomarzę, ale nie sięgnę, w gazetach znajdziemy pełno sław, gdzie on nie sięga jej do nosa, jak Emanuelle Seigner szczęśliwa z malutkim Romanem Polańskim. Przykłady można mnożyć. Prof. Szmajke potwierdza, że bogaci niewysocy mogą pozwolić sobie na takie związki, bo za Onassisem nikt nie będzie przecież gwizdał na ulicy. – W czasach, gdy piękne musi być wysokie, związek z jedną z takich kobiet jest dla nich wyznacznikiem pozycji. Jestem mały, ale zdobyłem najpiękniejszą. Ile tam miłości, a ile autoprezentacji, nie wiem.
214-centymetrowy Tadeusz Dworok też twierdzi, że w życiu powinna być proporcja. – Co wysoka, to wysoka – mówi ospale, jakby bez werwy, ale to ponoć cecha dryblasów.
– Większe ciało, większy seksapil. No i dobre z nich gospodynie, bo nie mają problemu z wieszaniem zasłon czy bieleniem sufitu. Gdy Dworok zobaczył więc strzelistą Kasię (186 cm), od razu podszedł i zaczęli temat. Niedługo ślub.

Mały w łóżku

Ponoć niscy są lepsi w łóżku także dlatego, że mają wyższy poziom hormonów, a prof. Lechosław Gapik, psycholog i seksuolog, podkreśla, że nawet jak wszystko u nich jest małe, narządy pozostają normalnej wielkości. Seksuolodzy przyznają, że spotkanie niskiego z wysoką często wywołuje żar. On zastanawia się: „Ciekawe, jaka jest w łóżku”, a ona zauważa tę iskrę. Co małych w dużych pociąga – to już temat na psychoanalizę. – Faceci z kompleksem Napoleona nie mają złudzeń, że cokolwiek w życiu przyjdzie im łatwo – mówi prof. Gapik. – Całe życie szukają sposobów, by nadrobić to, czego poskąpiła im natura. Z zapałem oddają się polityce albo potwierdzają męskość budowaniem siły fizycznej na siłowniach, gdzie często spotyka się krępych i niskich. W obszarze zachowań seksualnych też lubią swoją małość zrekompensować cudzą wielkością, a wysoka kobieta jest wyzwaniem, bo stanowi szczególną gratyfikację. Panowie mają poczucie, że zdobyli coś wielkiego, do czego wzdychają wszyscy. Jeśli jest im dobrze przy tych dysproporcjach, nic nikomu do tego. Ale jeśli mały upolował ją z powodów neurotycznych, zawsze jest obawa. Bo potem całe życie jest w strachu i puchnie z zazdrości, czy nie przyjdzie duży i go nie wykurzy.
Dr Szlendak chyli czoła przed małymi „na wysokim poziomie”, którzy więcej kalkulacji niż siły i więcej odwagi niż masy muszą włożyć w życie. A to, że ciągle są zmuszeni uwijać się bardziej od dużego i udowadniać, że są równie męscy, przekłada się na miłosne relacje: – Zwykle mali byli tyrani i faceci o rozbudowanych ambicjach (Napoleon, Stalin, Hitler). Brak potrzebnych na rynku matrymonialnym cech muszą rekompensować walorami psychicznymi, które kobiety niezmiernie cenią. Jest wielce prawdopodobne, że w łóżku też będą się starać bardziej, bo nie mogą liczyć na wiele partnerek (przynajmniej nie tak wiele, jak wysocy koledzy).
Andrzeja Krzywego, wokalistę i gitarzystę De Mono, też zawsze obchodziły wysokie dziewczyny. – Może dlatego, że niższemu chłopakowi zawsze się wydaje, że są nie do zdobycia? Mąż kilka centymetrów wyższej żony czasem prosi, żeby założyła szpileczkę. To apogeum szczęścia, jak popatrzy sobie na nią z dołu. W związku Andrzej Krzywy stara się bardzo: – Może dlatego, że małych nie widać w tłumie, trzeba jakoś zwrócić na siebie uwagę? – zastanawia się, co takiego jest w mniejszych facetach.
Bo w małych jest iskierka. Jedna z moich bohaterek nie chce powiedzieć tego pod nazwiskiem, ale uwielbia ich szczególną umiejętności adoracji, intelekt, walory w sytuacjach intymnych, spryt i szybkość w tychże sytuacjach.
– Nieraz słychać, jak trener obniżył skład drużyny koszykarskiej, ale zostawił niskich, po to żeby przyspieszyć grę – dodaje.

***

A dziewczyny rosną i rosną…

Chyba tylko producenci nie dostrzegają, że dziewczyny urosły

Gdy Magda Łebkowska jedzie pekaesem musi siadać bokiem, bo nogi nie mieszczą się między siedzeniami. Naczynia myje zgięta w pół. Dla wysokich nie ma łóżek, pryszniców w hotelach ani nogawek (bo w centymetry rosną nogi, nie korpus). Jeśli idzie o nogawki, przemysł wciąż korzysta z tabeli typów sylwetki damskiej sprzed 30 lat, według której największy kobiecy wzrost to 176 cm, a długość nogi od podłoża – 84,5 cm. – Na szczęście – mówi Kasia Dydek – modne są rybaczki. Kupujemy z siostrami normalne spodnie, które na nas są do pół łydki. A ponieważ moda zrobiła się uniwersalna, niektóre męskie mokasyny wyglądają jak damskie. Rzeczy bardziej kobiece kupujemy w Stanach, a spodnie zamawiamy u Levisa.
Rośniemy. Dr Kozieł twierdzi, że w 70% determinują nas geny, w 30% wpływ ma otoczenie: dieta, higiena, stres, ilość chorób infekcyjnych w dzieciństwie, obciążenie pracą fizyczną.
– Wzrost – przyznaje prof. Jadwiga Charzewska z Zakładu Antropologii AWF w Warszawie – jest cechą szczególną, bo uznaną za dobry miernik sytuacji ekonomicznej. Im lepsze warunki, tym wyższy wzrost. Ten trend jest szczególnie ciekawy u dziewcząt, które urosły o 5 cm w ciągu ostatnich 30 lat i choć nie osiągnęły jeszcze średniej wysokości ciała najwyższych w Europie młodych Holenderek, już 15-letnie dziewczyny w Warszawie mierzą średnio 163 cm, a 25% z nich przekracza 170 cm. Ten w sumie pozytywny obraz – dodaje – ulega zaciemnieniu, gdy przyjrzymy się biologicznym skutkom nierówności społecznych.
Bo choć skończyły się czasy niedostatku, z badań, którym w latach 1999-2000 zostały poddane dzieci z południowego Podlasia, wynika, że najwyższe okazały się dzieci z miast, pochodzące z inteligencji (stwierdzono niewielkie obniżenie wysokości ciała przy wykształceniu podstawowym matek), z jednym rodzeństwem. Najniższe są dzieci z rodzin wielodzietnych, rolniczych i bezrobotnych.

EG

*

– Brytyjski naukowiec Daniel Nettle zbadał historie kilku tysięcy kobiet urodzonych w jednym tygodniu marca 1958 r. w Anglii. Okazało się, że najwięcej mężatek i matek było w grupie mierzącej 151-158 cm. Jego zdaniem, atrakcyjność niższych wynika z faktu, że szybciej dojrzewają płciowo.
– Wzrost dziewczynki oblicza się następująco: od wzrostu ojca odjąć 13 cm, dodać wzrost matki i wszystko podzielić przez 2.
– W latach 1880-1960 polskie dziewczęta urosły 13,3 cm. Najwyższe są mieszkanki Leszna, najniższe – rejonu Ostrowi Mazowieckiej. Z badań Instytutu Matki i Dziecka wynika, że tylko 3% populacji polskich dziewczyn jest wyższe niż 176,2.
l Badania norweskie dowodzą, że umieralność kobiet w wieku 40-44 lat o wzroście 145-149 jest dwukrotnie wyższa niż kobiet o wzroście 165-169 cm.

 

Wydanie: 29/2005

Kategorie: Obserwacje
Tagi: Edyta Gietka

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy