Daliśmy się złapać w sieć. Internetową

Daliśmy się złapać w sieć. Internetową

Skoro telewizja zastępuje mamę i tatę, nie ma co się dziwić, że później internet zastępuje przyjaciół, a gry komputerowe – sport

Wiele razy słyszałem od dorosłych, że nowe pokolenie ma możliwości, o których kiedyś tylko się marzyło, że wszystko mamy na wyciągnięcie ręki, o nic nie musimy się starać. Powtarzane jest to na tyle często, że przestajemy to kwestionować. Ja, jako 16-latek i świeżo upieczony licealista, postanowiłem sprawdzić, czy faktycznie moje pokolenie ma tak sielankowe życie i czy dobrobyt idzie w parze ze szczęściem.

Spędziłem długie godziny na rozmowach z przyjaciółmi o tym, o czym raczej się nie mówi. My, dzisiejsze nastolatki, udajemy, że jest dobrze, i siedzimy cicho. Staramy się nie mówić o swoich problemach, wypieramy je. Dlatego cieszę się, że choć kilka osób zgodziło się, żebym spisał ich historie i podzielił się nimi.

Dwie twarze

Chcąc zobrazować prawdę o dorastaniu w XXI w., powinniśmy zacząć od portali społecznościowych, na których – jak powiedziała mi tegoroczna absolwentka gimnazjum Dominika – deklarujemy, że mamy wielu znajomych. Ale gdy w prawdziwym życiu potrzeba komuś się zwierzyć, mało kto ma choć jedną osobę, która go wysłucha.

Co gorsza – dodała – wolimy porozumiewać się przez komunikatory, niż spotykać w cztery oczy. Bo pisać jest łatwiej, wygodniej. Gdy nie widzimy przed sobą drugiej osoby, możemy sobie pozwolić na więcej. I dlatego normą wśród moich znajomych są związki zawierane przez internet. Nawet jeśli „para” nigdy nie była na randce, a na żywo zamieniła ze sobą dosłownie kilka słów, na portalach społecznościowych wyznaje sobie miłość. I wierzy, że jest ona prawdziwa.

Większość nastolatków ma dwie twarze – jedną, bliską prawdy, i drugą, wykreowaną na portalach społecznościowych. Wstawiamy na nie zdjęcia, na których wyglądamy na szczuplejszych czy ładniejszych niż w rzeczywistości. W powszechnym użyciu są specjalne filtry do zdjęć, które maskują nasze niedoskonałości czy modyfikują kształty twarzy. W internecie nie ma miejsca na mówienie o niepowodzeniach, monotonii czy smutku – tam każdy ma wiele przygód, pokazuje się jako towarzyski (nawet jeśli ze znajomymi spotyka się zaledwie raz na miesiąc) i bogaty (nawet jeśli w wolnym czasie musi sprzedawać przechodniom tulipany, bo rodzice alkoholicy nie dają mu pieniędzy na jedzenie).

Sport w komputerze

– Przez internet poznałam już wiele osób. Zwykle byli to chłopcy, którzy mimo że w rzeczywistości nigdy mnie nie widzieli, postanowili do mnie napisać na Facebooku – mówi Karolina, która od września chodzi do II klasy liceum. – Z wieloma później zapoznałam się także w realu. Podczas internetowych rozmów ze mną byli szalenie pewni siebie i błyskotliwi, ale na samą myśl o poznaniu się na żywo panikowali. A gdy już się spotykaliśmy, za każdym razem poznawałam nie tego, za kogo się podawał – i z wyglądu (przerobione zdjęcia), i pod względem zainteresowań czy umiejętności, które deklarował na swoim profilu na Facebooku.

Skalę kolejnego problemu uświadomił mi mój wieloletni przyjaciel, który chce zachować anonimowość, nazwę go K. Od najmłodszych lat fascynowała go piłka nożna – to, że mógł się uczyć nowych technik, by później wykorzystać je podczas meczu i okiwać przeciwników.

– Jednak nigdy nie byłem tym najlepszym, którego wszyscy chcieli mieć w drużynie – zwierzył się. – Wręcz przeciwnie. Niski wzrost i brak kondycji sprawiały, że często wybierano mnie jako ostatniego. Ale nawet to nie było w stanie zahamować mojej pasji. Teraz, gdy jestem w liceum, zupełnie co innego jest problemem. Wciąż odwiedzam pobliski orlik, ale już bardziej z przyzwyczajenia niż dla przyjemności. I z nadzieją, że kogoś wreszcie tam spotkam. Do niedawna władze masowo budowały boiska. Tylko po co, skoro nawet w środku wakacji nikt z nich nie korzysta? Moi rówieśnicy siedzą zamknięci w domach, samotni. Rozmawiają ze sobą, ale na odległość, przez internet. Gdy pytam, czy chcieliby pograć ze mną w piłkę, przeważnie mówią, że nie mają czasu, bo… grają w gry komputerowe.

Dzień po rozmowie z K. poszedłem z nim do jego kolegi, który zgodził się opowiedzieć o swoim uzależnieniu. – Przez siedem ostatnich lat, dzień w dzień, spędzałem pięć-sześć godzin, grając w gry komputerowe, w wakacje dochodziłem nawet do 11 godzin – opowiadał R. – Szkoda, że nikt mnie nie powstrzymał. Straciłem dzieciństwo. Doskonale pamiętam narzekania moich dziadków, że poświęcam im tak mało czasu, ale nigdy się tym nie przejąłem. Gry komputerowe i zabijanie wyimaginowanych postaci było dla mnie ważniejsze. Byłem całkowicie zaślepiony. Przejrzałem na oczy, dopiero gdy groziło mi niezdanie do następnej klasy. Wtedy, dzięki wsparciu brata, zacząłem życie na nowo. Teraz dałbym wszystko, by się cofnąć do dawnych chwil, przeprosić dziadków i dać im najcenniejsze, co człowiek może ofiarować drugiemu człowiekowi – swój czas. Przeraża mnie to, że takich jak ja jest wielu – ciągnął. – Tylko w mojej klasie sześciu chłopaków jest w podobnej sytuacji, ale oni jeszcze nie zrozumieli swojego błędu.

Telewizor zamiast huśtawki

W trakcie rozmowy do pokoju weszła starsza, 18-letnia siostra R. – Wczoraj, kiedy byłam na spacerze z psem, przechodziłam przez jedną z największych dzielnic Gdańska. Tam jest mnóstwo placów zabaw. Wszystkie były puste, a z opowieści naszych dziadków wynikało, że kiedyś tętniły życiem. Kiedyś. Teraz trudno mi to sobie wyobrazić. Rodzice wolą posadzić dziecko przed telewizorem i włączyć mu często tandetną bajkę, niż faktycznie się nim zająć, pójść na karuzelę czy huśtawkę. Skoro dziś telewizja zastępuje mamę i tatę, to nie ma co się dziwić, że później internet zastępuje przyjaciół, a gry komputerowe – sport.

Wnioskami z rozmowy z R. i jego siostrą podzieliłem się na Facebooku z kolegą z klasy Grzegorzem. Opowiedział mi historię, którą usłyszał od trenerki prowadzącej młodzieżową sekcję łucznictwa. Najwięcej problemów ma z najmłodszą grupą, 10-latków. To dzieciaki zazwyczaj siłą odciągnięte sprzed komputera bądź telewizora. – Na pierwszych treningach nikt do nikogo się nie odzywał, dzieciaki były zniesmaczone tym, że muszą cokolwiek robić. Dopiero po kilku zajęciach coś się zmieniło. Zaczęły się ze sobą witać i poznawać. Niedługo później przychodziły już nie dlatego, że rodzice im kazali, ale żeby… ze sobą rozmawiać.

Takie są współczesne realia. Ten sam postęp technologiczny, który ma nam zapewnić świetlaną przyszłość, odczłowiecza i spłyca nasze życie. Nowe gry komputerowe, które pragniemy mieć, pogłębiają naszą alienację. Tymczasem najbardziej potrzebujemy przyjaciela i szczerej rozmowy. Na żywo, a nie przez komunikatory.

Ale czy to jeszcze w ogóle możliwe? Czy jeszcze potrafimy ze sobą rozmawiać? Patrząc na grupę 10-latków z sekcji łucznictwa, naiwnie wierzę, że tak. Wierzę, że kiedyś powróci normalność, a młodzież będzie szczęśliwa naprawdę, a nie tylko pod publiczkę, na portalach społecznościowych. Jednak kiedy to się stanie i w jaki sposób – to pozostawiam już dorosłym.

Wydanie: 36/2017

Kategorie: Obserwacje

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy