Dżihad w Amsterdamie

Dżihad w Amsterdamie

Holenderski reżyser zginął z ręki islamskiego fanatyka

To była prawdziwa egzekucja. Morderca – młody, z długą brodą, ubrany w powłóczystą marokańską dżalabę – od rana czekał na swą ofiarę w amsterdamskiej dzielnicy Grachten. Kiedy reżyser Theo van Gogh nadjechał na rowerze, brodacz wyciągnął pistolet.
Ugodzony sześcioma kulami filmowiec padł na asfalt, lecz jeszcze żył, był przytomny. Gasnącym głosem prosił o litość. Zabójca nie spieszył się, kilka minut stał nad ciężko rannym. Potem zarżnął go, tak jak muzułmanin zabija ofiarne zwierzę.

„Rozciął mu gardło jak francuską bagietkę”, napisał później holenderski tabloid „De Telegraaf”. Na koniec morderca wbił w pierś reżysera dwa długie rzeźnickie noże. Na jednym z ostrzy tkwiła karta z wersetami z Koranu, wzywającymi wiernych do świętej wojny. Zabójca usiłował uciec przez Oosterpark. Policjantów, którzy rzucili się w pościg, przywitał strzałami. Jeden z funkcjonariuszy został trafiony, lecz życie ocaliła mu kamizelka kuloodporna. Po gwałtownej wymianie ognia ranny w nogę brodacz został pojmany. Morderstwo, do którego doszło 2 listopada, wstrząsnęło Holandią.
Tamtejsza prasa poinformowała, że sprawcą barbarzyńskiego czynu jest 26-letni Marokańczyk, Mohammed B., mający także holenderski paszport. Zabójca był związany z kręgiem około 150 ekstremistów muzułmańskich, dzień i noc obserwowanych przez holenderskie tajne służby. Przyjacielem Mohammeda B. jest 18-letni Samir Azzouz, aresztowany w czerwcu pod zarzutem planowania ataków terrorystycznych na lotnisko Schiphol i reaktor nuklearny. W ciągu 24 godzin po zabójstwie van Gogha policja zatrzymała ośmiu islamskich ekstremistów pochodzących z Maroka i Algierii. Być może, mieli oni związek z zabójstwem reżysera.
Wszystko wskazuje na to, że doszło do pierwszego aktu islamskiego terroru w Holandii. 20 tys. manifestantów zebrało się w nocy na amsterdamskim placu Dam. Niektórzy nieśli transparenty z czarnymi napisami: „Oto mamy nasz 02/11”. Było to nawiązanie do terrorystycznych zamachów na Stany Zjednoczone z 11 września 2001 r. Dziennik „Het Parool” napisał, że mimo deklaracji pokojowych ze strony przedstawicieli wszystkich religii jasne jest, że w środku Europy zderzenie cywilizacji przybrało krwawą postać. Wybitny pisarz Leon de Winter domaga się, aby fanatyków, którzy popierają takie zabójstwa, „zwalczać ogniem i mieczem”.
Reżyser o konsekwentnie lewicowych przekonaniach zginął z powodu swej bezkompromisowości i odwagi. 47-letni Theo van Gogh był filmowcem wybitnym, lecz kontrowersyjnym.

Uwielbiał prowokować i wyszydzać, zwłaszcza zakłamanych liberałów i zakompleksionych mieszczuchów. Mówiono o nim: „holenderski Michael Moore”.
Reżyser kpił z chrześcijan i żydów, ostatnio jednak wywołał gniew muzułmanów. Van Gogh, daleki krewny słynnego malarza, uważał, że islamscy zeloci stanowią zagrożenie dla otwartego społeczeństwa Holandii. Ostro krytykował i wyszydzał wyznawców Proroka, którzy występowali przeciwko zakazowi noszenia chust przez uczennice. W 2004 r. potajemnie i własnym kosztem nakręcił film „Submission” („Poddanie”) o cierpieniach czterech islamskich kobiet, bitych, gwałconych i zmuszanych przez rodziny do małżeństwa. Welony i szaty muzułmanek były półprzezroczyste. Na nagich ciałach widzowie mogli więc dostrzec ślady uderzeń bata oraz wersety z Koranu, mówiące o prawie do karania niewiast, które zachowują się „grzesznie”. Koproducentką „Submission” była Ajaan Hirsi Ali, Somalijka, która w ostatniej chwili uciekła z ojczyzny przed niechcianym małżeństwem. Uzyskała obywatelstwo holenderskie, wyrzekła się islamu, została bojowniczką o prawa kobiet i parlamentarzystką z ramienia partii liberalnej.
Kiedy w sierpniu film wyemitowała telewizja, oburzenie społeczności muzułmańskiej w Holandii nie miało granic. Parę producentów oskarżano o nakręcenie obrazu „konfrontacyjnego i bluźnierczego”. Van Goghowi i Hirsi Ali grożono śmiercią. Filmowiec zwierzał się przyjaciołom, że zamierza opuścić Holandię, gdzie już wkrótce dojdzie do konfliktu religijnego, zapłoną meczety i kościoły. Nie zdążył.

Theo van Gogh zginął, gdy jechał do studia, aby kończyć pracę nad filmem „06-05”, opowiadającym o kulisach zamachu na populistycznego polityka Pima Fortuyna, który zginął w maju 2002 r., zabity przez fanatycznego obrońcę praw zwierząt. Fortuyn ostrzegał przed zagrożeniami, jakie oznacza dla Holandii nadmiernie liberalna polityka imigracyjna. Obecnie nawet wielu lewicowych aktywistów uważa, że populista może przesadził z formą swych wystąpień, jednak w wielu kwestiach miał rację. W Holandii mieszka ponad milion muzułmanów (5,5% społeczeństwa). Niektórzy nie chcą się przystosować do obyczajów panujących w nowej ojczyźnie, odrzucają tolerancję, zastraszają innych. Po śmierci Fortuyna premier Jan Peter Balkenende podkreślał, że imigranci muszą przyjąć język i etyczne normy kraju, w którym żyją. Policja przestała patrzeć przez palce na ekscesy islamskich wyrostków, co dawniej czyniła w imię fałszywie pojmowanego liberalizmu. Komentatorzy ostrzegają, że po zabójstwie reżysera konflikty religijne i etniczne w społeczeństwie holenderskim mogą się wzmóc.

Wydanie: 46/2004

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy