Wszystko w rękach Erdogana

Wszystko w rękach Erdogana

Jak Turcja zrobiła z wody broń przeciw Kurdom

Kiedy na początku października w kilku atakach rakietowych w północnej Syrii zginęli tureccy żołnierze, prezydent Recep Tayyip Erdogan zapowiadał, że Turcja straciła cierpliwość i jest o krok od rozpoczęcia operacji wojskowej przeciwko siłom kurdyjskim. Z Ankary płynęły doniesienia o możliwości wkroczenia wojsk do regionu, a na tereny kontrolowane przez zdominowane przez Kurdów Syryjskie Siły Demokratyczne Turcja wysłała drony, jednocześnie rozpoczynając ostrzał artyleryjski. Operacja została co prawda chwilowo wstrzymana, ale trudno mówić o spokoju. Relacje turecko-kurdyjskie od lat naznaczone są przemocą.

Sprzymierzeńcy do walki z Daesz

Kurdowie są jednym z największych narodów bez własnego państwa, choć trudno dokładnie ocenić ich liczebność. Wedle rozmaitych szacunków może ich być od 30 do 45 mln rozsianych po całym świecie, ale przede wszystkim zgromadzonych w Turcji, Iranie, Iraku i Syrii. To właśnie obszar podzielony między te kraje nazywa się Kurdystanem, a wielu Kurdów liczyło, że będzie on ich własnym państwem. Wciąż jednak tak się nie stało, choć w niektórych częściach regionu udało im się wywalczyć przynajmniej pewną autonomię.

Kiedy w 2003 r. amerykańska inwazja obaliła Saddama Husajna, nowa konstytucja kraju zagwarantowała irackim Kurdom częściową autonomię i powstanie Rządu Regionalnego Kurdystanu. W tym samym czasie syryjscy Kurdowie powołali Partię Unii Demokratycznej (PYD), blisko sprzymierzoną z Partią Pracujących Kurdystanu (PKK), ugrupowaniem założonym w latach 70. przez Abdullaha Öcalana, dzisiaj uznawanym m.in. przez Turcję i Stany Zjednoczone za organizację terrorystyczną. PYD szansę na autonomię wyczuła w syryjskiej wojnie domowej i w 2013 r. ogłosiła Rożawę regionem autonomicznym.

To tam Stany Zjednoczone znalazły sojusznika do walki z Państwem Islamskim. Aby obejść fakt uznania PKK za ugrupowanie terrorystyczne, Waszyngton podjął decyzję o powołaniu Syryjskich Sił Demokratycznych (SDF), sojuszu, który składał się nie tylko z kurdyjskich Powszechnych Jednostek Ochrony (YPG), ale także z sił arabskich i innych.

Turcja i Syryjskie Siły Demokratyczne miały wspólnego wroga w postaci Państwa Islamskiego (Daesz), lecz Ankara z nieufnością patrzy na Kurdów z Rożawy. W Syryjskich Siłach Demokratycznych widzi zagrożenie dla własnego bezpieczeństwa.

– Z zagrożeniami jest ten problem, że są one realne dla tego, kto je sobie wyobraża – tłumaczy dr Karol Wasilewski z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych. – Z punktu widzenia Turcji wchodzące w skład SDF Powszechne Jednostki Ochrony rzeczywiście stanowią zagrożenie dla bezpieczeństwa. A w ich szeregach kurdyjskie siły współdziałają z arabskimi i innymi. W odbiorze Erdogana ta różnorodność sama w sobie jest zagrożeniem, bo od dłuższego czasu gra on przecież nacjonalizmem i homogenicznością społeczeństwa.

Zdaniem dr. Karola Kaczorowskiego z Katedry Stosunków Międzynarodowych i Centrum CASPAR Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie YPG nie stanowią tak oczywistego niebezpieczeństwa dla Turcji. – Syryjskie Siły Demokratyczne chciałyby utrzymywać jak najbardziej pokojowe relacje z sąsiadami, także tymi północnymi. Sprawę skomplikowały jednak wojskowe interwencje Turcji w północnej Syrii, w tym w regionie Rożawy.

Wysychające miasta

Ankara nie jest przekonana co do rzeczywistych intencji Kurdów. Mówi się nawet, że przeciwko SDF prowadzi wojnę na wyniszczenie, w której bronią oprócz niemal codziennych ostrzałów stała się woda.

Chodzi o kontrolę nad stacjami pomp i budowę tam na dopływach Eufratu, z których korzystają Kurdowie. Nie są to bynajmniej działania nowe, bo korzenie mają w latach 80., w projekcie rozwoju południowo-wschodniej Anatolii. Jak zauważa dr Kaczorowski, już w 1993 r., kiedy prezydentem Turcji był Turgut Özal, w Anatolii planowano budowę tam w taki sposób, by doprowadzić do wypędzenia ludności wspierającej PKK. Z powodu tureckich zapór do północnego Kurdystanu trafia jedynie 5% wody, znacznie ograniczono też przepływ wody do Iraku i Syrii.

Dr Kaczorowski zwraca również uwagę na ukończoną w kwietniu zeszłego roku tamę Ilısu na rzece Tygrys. Jej uruchomienie spowodowało zalanie znacznej części Hasankeyf – miasteczka o historii osadnictwa sięgającej 12 tys. lat, wpisanego na listę UNESCO. Tama z jednej strony zniszczyła więc ważny symbol kultury, a z drugiej doprowadziła do wysiedlenia ok. 78 tys. mieszkańców. Szacuje się, że z powodu projektu budowy w Anatolii 22 tam miejsce zamieszkania już opuściło lub będzie musiało opuścić nawet 300 tys. Kurdów.

Braki wody są szczególnie widoczne w takich miastach jak Al-Hasaka. Codziennie dociera tam 18 tys. m sześc. wody, podczas gdy zapotrzebowanie wynosi przynajmniej 1,2 mln m sześc. Z tego powodu każda dzielnica niemal 200-tysięcznego miasta otrzymuje wodę raz na pięć dni.

Równie trudna sytuacja panuje w dolinie rzeki Chabur. Latem region dotknęła fala suszy, z powodu której wysychały rzeki i strumienie. Rolnicy i mieszkańcy wiosek z trudem zdobywali wodę. Wielu nie mogło zasiać upraw, co spowoduje głód. Oprócz COVID-19 rozprzestrzeniały się tu epidemie dyzenterii i tyfusu ze względu na trudności w utrzymaniu higieny. Do tego dokłada się niemal codzienny ostrzał artyleryjski, głównie z tureckiej bazy wojskowej w Manak, położonej 16 km na północ od Aleppo.

– Zamiarem Turcji jest przerzedzenie kurdyjskiej tkanki etnicznej, tak by zapobiec nie tylko powstaniu jednolitego państwa kurdyjskiego, ale także nowszym transnarodowym ideom tzw. demokratycznej autonomii – uważa dr Wasilewski. Odnosi się w ten sposób do zmian ideologicznych, które zaszły w ostatnich latach w kurdyjskim ruchu niepodległościowym. Dzisiaj Kurdowie domagają się już nie własnego suwerennego państwa, ale raczej zapewnienia autonomii i uznania w zamieszkiwanych przez siebie regionach, dzięki czemu rozmaite kurdyjskie organizmy polityczne mogłyby zacieśniać współpracę ponad granicami.

Potrzebny wróg zewnętrzny

Pogarszająca się sytuacja w północno-wschodniej Syrii to podarunek dla Państwa Islamskiego, którego komórki wciąż działają na terenie niemal całego kraju. Mazlum Kobane, głównodowodzący Syryjskich Sił Demokratycznych, w wywiadzie dla portalu Al-Monitor z 9 listopada podkreślił, że jeśli SDF mają skutecznie zwalczać Daesz, to świat musi udzielić im pomocy, szczególnie gospodarczej. Tym bardziej że Kurdowie dotkliwie odczuwają nie tylko tureckie embargo, ale również amerykańskie sankcje nałożone na Syrię, przez które mają trudności ze sprzedażą własnej ropy i innych surowców.

Szczęściem w nieszczęściu jest dla nich zawieszenie tureckiej operacji wojskowej przeciwko Syryjskim Siłom Demokratycznym. Jak zauważa dr Karol Wasilewski, Turcja potrzebuje na nią zgody lub przynajmniej neutralności Stanów Zjednoczonych i Rosji. Nie wygląda na to, by Ankara taką zgodę otrzymała.

Nie znaczy to jednak, że operacja nie może zostać wznowiona. – W przypływie politycznego szaleństwa Erdogan może się na nią zdecydować, żeby odwrócić uwagę społeczeństwa od gospodarki – dodaje Wasilewski.

Stan tureckiej gospodarki jest bowiem opłakany. Kurs liry tureckiej leci w dół. W momencie kończenia tego tekstu za jednego dolara trzeba było zapłacić 12,5 liry. Dwa tygodnie wcześniej dolar kosztował 10 lir i już wtedy był to rekordowo niski kurs.

Dr Wasilewski podkreśla jednak, że operacja przeciwko SDF nie poprawiłaby sytuacji ekonomicznej. Jej skutki byłyby czysto propagandowe. Podobnego zdania jest dr Kaczorowski: – Niektóre sondaże wskazują, że obywatele tureccy mogą popierać taką interwencję, a Erdogan może chcieć skoncentrować uwagę elektoratu na wrogu zewnętrznym. Takie zagrania mogą wywołać wrażenie sukcesów i skuteczności tureckiej armii.

Dodaje też, że gdyby doszło do czwartej interwencji od 2016 r., znacząco wzrósłby ruch uchodźców z północnej Syrii. Część z nich może trafiać do Mińska, skąd ruszą na polsko-białoruską granicę z nadzieją na przedostanie się do Europy Zachodniej. A wszystko w rękach tureckiego prezydenta.

Fot. AFP/East News

Wydanie: 49/2021

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy