Etiopski Obama

Etiopski Obama

Pokojowy Nobel dla premiera Etiopii jest wsparciem na drodze do pokoju z Erytreą. Ale do trwałej zgody jeszcze daleko

Premier Etiopii Abiy Ahmed Ali już od dłuższego czasu był jednym z faworytów do Pokojowej Nagrody Nobla, przede wszystkim za pojednanie z odwiecznym wrogiem – Erytreą.

Popularność zawdzięcza głównie temu, że jego obietnice nie okazały się wyłącznie wyborczą retoryką. Świeżo upieczony noblista podsumowuje dziś swoją dotychczasową politykę jednym hasłem: Medemer (jednoczyć, pojednać). To zobowiązanie zostało przezeń spełnione w zawrotnym tempie. Zaledwie kilka miesięcy po objęciu teki szefa rządu w kwietniu 2018 r. 43-letni Abiy Ahmed Ali zawarł pokój z sąsiednią Erytreą, z którą Etiopię łączy i dzieli krwawa historia.

W żadnej chyba innej sprawie nie przejawiała się u etiopskich rządzących taka niedojrzałość polityczna i płynące z niej niezrozumienie konieczności zażegnania konfliktu, toteż za swoje historyczne osiągnięcie premier już miesiąc temu został uhonorowany w Niemczech Pokojową Nagrodą Hesji. Niektórzy porównują go z innym noblistą – Barackiem Obamą. I podobnie jak dziesięć lat temu w wypadku byłego prezydenta Stanów Zjednoczonych szybko pojawiły się w mediach wątpliwości, czy przyznanie tej prestiżowej nagrody nie było przedwczesne. „Czy na Pokojową Nagrodę Nobla zasługuje człowiek, który rządzi swoim krajem od półtora roku? Który wcześniej był zwolennikiem autorytarnego rządu i sam jako młody żołnierz walczył z Erytreą? Który nie potrafi sobie poradzić z konfliktami etnicznymi we własnym kraju?”, pyta niemiecki dziennik „Frankfurter Allgemeine Zeitung”.

Konflikt z Erytreą

Z drugiej strony nagroda przyznawana – w tym roku po raz setny – przez Norweski Komitet Noblowski ma być dla laureatów także wsparciem na obranej drodze i zachętą do kontynuacji działań. Z tego punktu widzenia podjęto decyzję najrozsądniejszą z możliwych.

Wbrew wszelkim przeciwnościom poparcie Etiopczyków dla kursu zainicjowanego przez szefa rządu nadal jest wysokie, a przyznanie mu nagrody zwraca uwagę świata na targany konfliktami etnicznymi Półwysep Somalijski, wciąż pogrążający się w biedzie i potrzebujący od Zachodu bardziej pomocy niż medialnych laurów. Wymaga wsparcia, które uczyni dotychczasowe działania premiera nieodwracalnymi.

Większość Etiopczyków ma dość niszczącego ich ojczyznę konfliktu z Erytreą (nazywaną przez zachodnich komentatorów Koreą Północną Afryki), ochoczo podkręcanego także przez własne elity. Gdy w 1993 r. Erytrea ogłosiła niepodległość, Etiopia straciła dostęp do Morza Czerwonego. Pięć lat później wybuchła między tymi spokrewnionymi krajami tzw. wojna graniczna, która w ciągu zaledwie dwóch lat pochłonęła ponad 90 tys. ofiar śmiertelnych. Granica rozdzieliła wiele rodzin, dlatego mimo podsycanej przez oficjalną propagandę nienawiści duża część mieszkańców regionu trwała w przeświadczeniu o jedności Etiopii i Erytrei.

Odprężenie na linii Addis Abeba-Asmara jest rzeczywiście w dużej mierze zasługą nowego premiera, który odmienia oblicze swojego kraju w rekordowym tempie, nie tylko w kwestii stosunków z Erytreą. Zniósł trwający od lat stan wyjątkowy i doprowadził do uchwalenia ustawy o amnestii, otwierającej bramy kilkuset więzień, w których przetrzymywano tysiące dysydentów. Przeprosił ich też oficjalnie za krzywdy i za swoich poprzedników. Zapowiedział również m.in. stopniową prywatyzację koncernów państwowych i dalsze reformy, które mają zdemokratyzować Etiopię.

Nie dziwi więc, że uśmiechniętą twarz szefa rządu widać nie tylko na plakatach i transparentach, ale także na ścianach barów i bibliotek, a nawet w prywatnych domach. I nie jest to zarządzane odgórnie, Etiopczycy robią to z własnej woli. Nawet taksówkarze mają małe zdjęcia premiera w samochodach.

Abiy Ahmed Ali, syn muzułmanina i chrześcijanki, zdaniem rodaków ma umiejętności pozwalające mu pojednać kilkadziesiąt grup etnicznych żyjących w Etiopii. Z tym przekazem trafił zwłaszcza do młodych ludzi, a ci uwierzyli, że ich lider może zmodernizować kraj, który z ponad 203 mln mieszkańców jest drugim po Nigerii najludniejszym państwem w Afryce, a zarazem jednym z najuboższych.

Wykształcony parweniusz

Urodzony 15 sierpnia 1976 r. w etiopskim miasteczku Beshasha Abiy Ahmed jest jakby ucieleśnieniem plemiennego pojednania. Jego ojciec jest muzułmaninem z etiopskiej grupy etnicznej Oromo, matka zaś chrześcijanką, należącą do drugiej największej grupy w kraju – Amharów. Abiy – Etiopczycy zwracają się nawet do swoich elit po imieniu – studiował m.in. ekonomię i informatykę, także w USA. W pracy doktorskiej zatytułowanej „Rozwiązania w konfliktach religijnych” poruszył jednak zagadnienia socjologiczne.

Zalewające łamy etiopskich gazet porównania z Barackiem Obamą nie są zupełnie pozbawione trafności. Jak wiadomo, były prezydent USA prowadził wojny i to mu nie zaszkodziło. Także Abiy nie jest jedynie koncyliacyjnym pacyfistą. Etiopskie wojsko zna od podszewki. Był wzorowym żołnierzem, dosłużył się stopnia podpułkownika. Po ludobójstwie dokonanym w Ruandzie był w kontyngencie wojsk ONZ. W wojnie granicznej strzelał do erytrejskich żołnierzy. Odpowiadał wtedy za służby wywiadowcze, które kontrolowały media elektroniczne i zbierały informacje o odszczepieńcach. Należał do Etiopskiego Ludowego Frontu Rewolucyjno-Demokratycznego (EPRDF), który w 1991 r. obalił rządy Mengystu Hajle Marjama. Ruch ten miał na początku wyraźny profil lewicowy, jednak w trakcie rządów EPRDF porzucił marksistowskie poglądy i przeistoczył się w partię wyznawców kapitalizmu, zręcznie przyczyniających się do szybkiego wzrostu gospodarczego w Etiopii. Władze EPRDF były zdominowane przez wpływowych ludzi Tigrajskiego Ludowego Frontu Wyzwolenia, którzy po transformacji ustrojowej zaczęli ulegać dyktatorskim zapędom. Abiy był wtedy typowym politycznym parweniuszem, sprytnie i swobodnie poruszającym się w tym środowisku. Był wszędzie, a zarazem nikomu nie podpadał, niepostrzeżenie wspinając się po szczeblach kariery. Gdy jego nielubiany przez Etiopczyków poprzednik Hajle Marjam Desalegne podał się w lutym 2018 r. do dymisji, żaden bukmacher polityczny nie miał Abiyego na liście kandydatów. Mimo to wkrótce został on szefem rządu, głównie dzięki swojemu pochodzeniu oraz specjalizacji naukowej w dziedzinie rozwiązywania konfliktów etnicznych i wyznaniowych, co kwalifikowało go wtedy do roli mediatora pomiędzy Oromami i Amharami.

Pierwszy premier z Oromów

Znamienne, że najszybciej Abiy został zaakceptowany przez swoich braci plemiennych. Jest bowiem pierwszym premierem z marginalizowanej często w historii Etiopii grupy Oromo, co było zresztą niemałą sensacją w środowisku politycznym Addis Abeby. Dziś ma on za sobą przedstawicieli prawie wszystkich grup etnicznych w Etiopii, zwłaszcza młodych ludzi. Można wręcz odnieść wrażenie, że szef etiopskiego rządu tchnął w nich ducha obywatelskiego. Młodzież czyta dziś gazety, śledzi programy informacyjne tylko dlatego, by nie przegapić ani jednego newsa o nowym premierze, który przemawia jej głosem. Natomiast zachodnie media rozpisują się o Abiymanii na Półwyspie Somalijskim, która jednak w ostatnich miesiącach trochę osłabła. Przeciwnicy premiera podnoszą głowę, a niepokoje, podsycane przez etiopskich separatystów, przybierają na sile. Powodem sceptycyzmu są także więzi Abiyego z Chinami, które kłócą się z wysyłanymi w świat sygnałami o demokratyzacji i zmierzaniu etiopskiej gospodarki ku Zachodowi. Z drugiej strony to Pekin skierował do Rogu Afryki duży strumień pieniędzy, które zasiliły etiopską infrastrukturę oraz oświatę.

W czasach narastających konfliktów etnicznych Etiopczycy obawiają się, że wszystko może powrócić na dawne tory, a charyzma premiera w końcu zacznie się kruszyć, nie pozwalając mu przełamać wciąż powszechnego stereotypu polityka rządzącego twardą ręką. – Stare elity zostały odesłane do lamusa, ale stary system istnieje. Pałowanie opozycjonistów na ulicach wciąż jest na porządku dziennym – twierdzi Bethlehem Tilahun, przedsiębiorczyni z Addis Abeby. – Abiy zachowuje się jak reformator i pacyfista, ale jest też zdyscyplinowanym wojskowym. Dlatego zawczasu wyrzucił wszystkich generałów, którzy mogli się okazać niewygodni. Pucz przeciwko niemu jest więc mało prawdopodobny. Ale jeśli jego reformy zawiodą, szybko zostanie skonfrontowany z niechęcią narodu. Gdyby doszło do ludowego powstania, bez mrugnięcia okiem by interweniował, sięgając po wszystkie środki, jakie ma do dyspozycji. Przecież jest częścią tego systemu.

W istocie nie wszyscy polubili reformatora z plemienia Oromów. W czerwcu 2018 r. na jednym z wieców ktoś rzucił w jego kierunku granaty. Premier nie odniósł obrażeń, ale zginęły dwie inne osoby, a 156 zostało rannych. W lipcu 2018 r. zabito inżyniera, który na zlecenie rządu budował w kraju nowe zapory. Na południu i wschodzie nadal rywalizują rozmaite grupy etniczne. W sierpniu 2018 r. w regionie graniczącym z Somalią etiopski rząd udaremnił powstańcze zapędy Abdiego Mohamuda Omara, który nie akceptował rządu Abiyego.

Niektórzy etiopscy generałowie ubolewają, że nowy premier za szybko forsuje swoją rewolucję. We wrześniu 2018 r. żołnierze zaatakowali jego kancelarię. Abiy uspokoił buntowników, namawiając ich do… wspólnego robienia pompek. Natomiast zdaniem etiopskich ultranacjonalistów szef rządu jest zbyt umiarkowany i przeprowadza zmiany za wolno. On sam dochodzi zaś obecnie do wniosku, że niektóre gesty pojednawcze zaczynają mu się odbijać czkawką. W czerwcu br. doszło w regionie zamieszkanym przez Amharów do próby zamachu przeciwko jego rządowi. Przywódca puczystów, gen. Asaminew Tsige, był jednym z więźniów politycznych objętych amnestią z 2018 r.

Rozhuśtane emocje

Na razie Abiy Ahmed, ojciec trzech córek, skupia się na zarządzaniu rozhuśtanymi emocjami tej części Etiopczyków, która okazała się podatna na hasła o zmianach ekonomicznych. Ale kiedyś zostanie przez nich rozliczony. W każdym razie pierwsze kroki zostały poczynione. Na ulicach Addis Abeby praca wre, wszędzie widać dźwigi i słychać wiercenie. Szkoda by było, gdyby te projekty nie zostały zakończone. Ale również w tym kontekście Pokojowa Nagroda Nobla może rozbudzić nowe nadzieje i zachęcić Abiyego do kontynuacji dotychczasowego kursu, a także większego zaangażowania Zachodu. Pomoc bowiem – bez względu na to, w jakiej formie – na pewno jest potrzebna. 70% mieszkańców Etiopii nie ukończyło 30. roku życia. 40 mln młodych nie ma stałej pracy. Niektórym ekspertom od Afryki etiopska rewolucja przypomina w pewnym stopniu fenomen polskiej Solidarności lub upadek muru berlińskiego. Jednak w przeciwieństwie do Solidarności dotąd była na Zachodzie niemal niezauważana. A mamy do czynienia z przełomem, głośnym sygnałem dla pozostałych państw afrykańskich. Swoimi reformami Abiy pokazuje Europie i Ameryce, że Róg Afryki otworzył się na ich wsparcie.

Pomocy potrzebuje Etiopia także w konflikcie z Erytreą, który bynajmniej nie jest zakończony. Przeciwnie, zdaniem wielu Etiopczyków rozpalone w 2018 r. nadzieje się rozwiały. Po zawarciu historycznego porozumienia w ubiegłym roku nie dochodziło do częstych rozmów Abiyego Ahmeda z prezydentem Erytrei Isajasem Afewerkim. Euforia wywołana otwarciem granic i zjednoczeniem wielu rodzin opadła, gdy znów uszczelniono przejścia graniczne. I chociaż znane nam z przeszłości dramatyczne zdjęcia wygłodniałych etiopskich dzieci raczej już nie są aktualne, wiele rodzin wciąż nie wie, czy wieczorem będzie w stanie dać swoim pociechom kolację.

Z drugiej strony trudno nie zauważyć w Addis Abebie zmiany stylu polityki i retoryki używanej przez elity. Połowa rządu Abiyego to kobiety, co jeszcze kilka lat temu było niewyobrażalne. W każdym wystąpieniu premier mówi o miłości i pojednaniu, prawach człowieka i demokracji. Po przejęciu rządów zalegalizował także szereg zakazanych wcześniej partii. Ponadto starał się o poprawę stosunków nie tylko z Erytreą, lecz również z innymi sąsiednimi krajami pogrążonymi w kryzysach wewnętrznych: z Sudanem, Somalią, Sudanem Południowym i Kenią. Przyznanie mu Pokojowej Nagrody Nobla może przekonać władców państw Półwyspu Somalijskiego do przeprowadzenia podobnych demokratycznych zmian.

Będą one jednak niezwykle trudne, co widać zresztą w samej Etiopii, gdzie pojednawcze słowa Abiyego kolidują z brutalną rzeczywistością. Od wiosny 2018 r. wyraźnie nasiliła się przemoc w kraju, w którym istnieje ok. 80 grup etnicznych i przynajmniej tyle samo dialektów i języków. Na porządku dziennym są zabójstwa. Wskutek zatargów plemiennych milion Etiopczyków opuściło domy i stało się uchodźcami we własnej ojczyźnie. To, że owe konflikty rozładowują się akurat za rządów Abiyego, jest częściowo zrozumiałe. Przez dziesięciolecia rządzili w Etiopii przedstawiciele mniejszości Tigrajczyków, która utrzymywała posłuch za pomocą kontroli i totalitarnej przemocy.

W etiopskim kotle etnicznym zebrało się sporo nienawiści. Teraz, w ramach procesu demokratyzacji i wprowadzenia pewnych swobód, poniżane wcześniej plemiona dochodzą do głosu i sięgają po broń. Abiy Ahmed Ali, laureat tegorocznej Pokojowej Nagrody Nobla, jest dziś już znany i podziwiany w wielu miejscach świata. Ojczyzna jednak należne laury przyzna mu dopiero wtedy, gdy uda mu się zaprowadzić prawdziwy pokój i pogodzić zwaśnionych rodaków.

Fot. East News

Wydanie: 43/2019

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy