Antonowicz przez w

Antonowicz przez w

Litwa legalizuje polskie nazwiska

Choć obiektywnie dotyczy niewielkiej liczby osób, sprawa ta przez lata zatruwała stosunki między Warszawą a Wilnem. Ostatnia wizyta Lecha Kaczyńskiego na Litwie, dwa dni przed katastrofą smoleńską, została zepsuta głosowaniem Seimasu, który nie zgodził się na oryginalną pisownię nazwisk przedstawicieli mniejszości narodowych. 18 stycznia br. parlament Litwy, tym razem również zdominowany przez centroprawicę, przyjął prawo zezwalające na użycie trzech liter: w, x oraz q w pisowni nazwisk litewskich obywateli. Choć polska partia narzeka, że to „za mało”, należy mówić o przełomie. Chodzi zresztą nie tylko o mieszkających na Litwie Polaków, ale także o kobiety, które wyszły za mąż za cudzoziemców, i ich dzieci.

Kiedy Jan stawał się Iwanem

Zbigniew Balcewicz, jeden z trzech żyjących polskich sygnatariuszy Aktu Niepodległości Litwy z 1990 r., jeszcze nie wie, czy zmieni pisownię nazwiska (na razie w urzędzie zapisany jest jako Zbignev Balcevič). Przypomina, że problem nie zaczął się po odzyskaniu niepodległości przez Litwę, bo i wcześniej Polacy mieli zniekształcane nazwiska. – W czasach radzieckich obywatel ZSRR w wieku 16 lat otrzymywał paszport, w którym zapisy były w dwóch językach: po rosyjsku na dwóch pierwszych stronach, z fotografią, i po litewsku na dwóch dalszych. W dokumentach obywateli narodowości polskiej do nazwisk z końcówkami -ski lub -ska dodawano odpowiednie końcówki -ij lub -ja, a imiona nierzadko były tłumaczone – mówi były poseł na Sejm. W ten sposób Jan często stawał się Iwanem, a Zapolski był zapisywany jako Zapolskij.

– Siedem lat temu powiedziałem dość i uciąłem sobie w urzędzie j – mówi Artur Zapolski, młody pracownik dyplomacji. Jednak w gruncie rzeczy przez ostatnie lata zmiany pisowni imion i nazwisk były symboliczne. Można było odrzucić j, czasem Eduard stawał się Edvardem, jak w przypadku jednego z polskich ministrów, ale na użycie znaków niewystępujących w litewskim alfabecie państwo nie zezwalało. Aż do przyjęcia styczniowej ustawy.

Obowiązująca dotychczas regulacja pisowni imion i nazwisk w paszportach litewskich została wprowadzona uchwałą litewskiego Sejmu z 31 stycznia 1991 r. (Litwa ogłosiła już niepodległość, jednak nie była uznawana międzynarodowo). Postanowiono wówczas, że imiona i nazwiska mają być pisane w dokumentach tylko w języku litewskim. Nazwiska mniejszości narodowych również zapisywano znakami litewskimi, ale bez konieczności lituanizacji. W ten sposób litewski poeta i działacz kultury Romuald Mieczkowski stał się Romualdem Miečkovskim, choć w litewskiej Wikipedii wciąż widnieje jako Romualdas Miečkovskis. Władze Litewy mówiły Polakom, że i tak powinni się cieszyć, bo inaczej niż na Łotwie, gdzie obowiązuje całkowita lettonizacja nazwisk Polaków (przewodniczący Związku Polaków na Łotwie to nie Ryszard Stankiewicz, lecz Rišards Stankevičs, gdyby mieszkał na Litwie, mógłby dawno odciąć s), na Litwie nikt nikomu nie każe być Litwinem. Ale jak normalnie funkcjonować w życiu, jeśli z Grzegorza stajesz się Gžegožem (jak pewien radny Wilna), a z Katarzyny Katažiną (jak znana polska piosenkarka)?

W traktacie polsko-litewskim z 1994 r. przyznano mniejszościom po obu stronach granicy prawo do „używania swoich imion i nazwisk w brzmieniu języka mniejszości narodowej”, zaznaczając, że „szczegółowe regulacje dotyczące pisowni imion i nazwisk zostaną określone w odrębnej umowie” (art. 14). Zapis budził później kontrowersje, bo „brzmienie” niekoniecznie oznacza pisownię. Strona litewska w rozmowach z Warszawą powoływała się na to, że Polacy już mogą zapisywać swoje nazwiska „w brzmieniu”, zgodnie z regułami z 1991 r., o ewentualnej pisowni zaś zadecydować musi odrębna umowa. Warszawa uznawała, że jeśli sama zezwoliła mniejszości litewskiej na zmianę imion i nazwisk na litewskie (mój wykładowca dawno zmienił nazwisko z Bronisław Makowski na Bronius Makauskas), to Litwini powinni zrobić to samo. Wpłynęło to na zamrożenie stosunków polsko-litewskich, zwłaszcza w okresie ministrowania Radosława Sikorskiego.

Wydawało się, że przełom nastąpi w czasie rządów centroprawicowej koalicji pod przywództwem Andriusa Kubiliusa. 8 kwietnia 2010 r. Sejm Litwy miał przyjąć, zgodnie z propozycją rządową, ustawę regulującą prawo do oryginalnej pisowni nazwisk przedstawicieli mniejszości narodowych. Niestety, zabrakło głosów. Frakcja konserwatywna głosowała w większości przeciwko propozycji własnego gabinetu, zawiedli nawet opozycyjni socjaldemokraci, tradycyjnie pozbawieni uprzedzeń antypolskich. Jedynym klubem, który w całości poparł zmianę, był Ruch Liberałów. Głosowanie sejmowe nieszczęśliwie zbiegło się z ostatnią wizytą Lecha Kaczyńskiego na Litwie. Ówczesny prezydent, próbując włączyć Wilno do grupy państw prowadzących surową politykę wobec Rosji, szczególnie polegał na litewskich elitach politycznych. Do Gruzji w 2008 r. pojechał m.in. z ówczesnym prezydentem Litwy Valdasem Adamkusem. Głosowanie Sejmu z 8 kwietnia musiał odebrać jako policzek. Po katastrofie smoleńskiej Litwinom zrobiło się głupio, jednak klasa polityczna nie potrafiła przez dekadę rozwiązać tej, zdawałoby się, dość prostej kwestii. Także dlatego, że bardzo naciskała Warszawa, w czasach Sikorskiego próbująca nauczyć Litwę moresu. Małe państwo alergicznie zareagowało na pouczenia sąsiada. Swoje dorzuciła prezydentka Dalia Grybauskaitė, nieufna wobec Polaków.

Pokonać strach przed literką w

W międzyczasie składano różne propozycje. Najbardziej konserwatywni politycy mówili o możliwości zapisywania nazwisk w oryginalnej pisowni „na dalszej stronie dokumentu”, co nie rodziłoby skutków prawnych. Ku takiemu rozwiązaniu skłaniał się choćby obecny prezydent Gitanas Nausėda. Bardziej centrowi umywali ręce, nazywając to problemem zastępczym. Jedynie liberałowie konsekwentnie od lat opowiadali się za prawem mniejszości narodowych oraz Litwinek mających zagranicznych mężów do oryginalnej pisowni nazwiska.

Później dołączyła Litewska Partia Socjaldemokratyczna pod przywództwem młodego polityka Gintautasa Paluckasa. Jeszcze kilka lat temu nikt jednak nie spodziewałby się, że za nowym prawem podniesie rękę większość posłów konserwatywnego Związku Ojczyzny (tworzy on obecnie koalicję rządzącą z dwiema partiami liberalnymi). Zniechęcała zresztą sama polska partia AWPL-ZChR, której posłanka Wanda Krawczonok jeszcze w 2019 r. mówiła, że nazwiska to „problem pięciorzędny”. Ważniejsze są oświata i zwrot ziemi. Prawdopodobnie dlatego AWPL-ZChR, która w zeszłej kadencji zasiadała w koalicji rządzącej, nie udało się rozwiązać tego problemu. Skądinąd 18 stycznia jej były koalicjant, Związek Chłopów i Zielonych, zagłosował przeciwko.

Co się stało w Sejmie? Dlaczego przełom był możliwy wtedy, kiedy rządy przejęła centroprawica, której politycy nie stoją przecież w pierwszym szeregu walki o prawa mniejszości narodowych, a lidera polskiej partii, Waldemara Tomaszewskiego, nie cenią ani nie lubią?

– Sądzę, że zadecydowały trzy rzeczy, w tym wieloletni wysiłek litewskich autorytetów, takich jak Rimvydas Valatka czy Alvydas Nikžentaitis, udowadniających, że strach przed literką w jest irracjonalny. Ponadto od kilku lat sukcesywnie polepszają się relacje Polski z Litwą, pojawili się nowi polscy politycy spoza AWPL-ZChR, a także politycy litewscy, którzy chcieli ten problem rozwiązać – mówił w audycji „Santara” w litewskim radiu publicysta Aleksander Radczenko, wymieniając szczególnie zasługi przewodniczącej Sejmu Viktoriji Čmilytė-Nielsen oraz premierki Ingridy Šimonytė.

Wśród „nowych polskich polityków” jest minister sprawiedliwości Ewelina Dobrowolska, której jako liberalnej posłance udało się przekonać kolegów z koalicji, że litera w nie jest zagrożeniem dla Litwy. Przez lata Dobrowolska walczyła w sądach o prawo oryginalnego zapisu nazwisk mieszkańców Litwy. Teraz sprawę ma załatwić ustawa, która po podpisaniu przez prezydenta wejdzie w życie 1 maja.

Zmieniać czy nie zmieniać?

Sam Radczenko jeszcze niedawno nie zamierzał zmieniać nazwiska. Teraz poważnie się nad tym zastanawia. – Generalnie zamierzam zmienić – mówi z kolei wykładowca Uniwersytetu Wileńskiego i były prezes Polskiego Klubu Dyskusyjnego w Wilnie dr Mariusz Antonowicz. – Uważam styczniową ustawę za coś, co od dawna należało się polskiej społeczności – dodaje Romuald Mieczkowski, redaktor naczelny liberalnego kwartalnika „Znad Wilii”. – Oczywiście, że zmienię, jeszcze w czasach sowieckich walczyłem o prawidłowy zapis nazwiska – podkreśla Waldemar Tomaszewski, prezes AWPL-ZChR i Związku Polaków na Litwie.

Wymienione osoby mogą sobie na to pozwolić, bo w ich imionach i nazwiskach nie ma polskich znaków diakrytycznych. Na razie ustawa pozwala na użycie polskiego w, polskich dwuznaków typu cz, sz lub rz, a także podwójnego n w imionach takich jak Anna czy Joanna. Niby to już dużo, ale przedstawiciele AWPL-ZChR są niezadowoleni. W Sejmie składali poprawki, żeby zalegalizować wszystkie polskie literki. Propozycja przepadła. Być może dlatego, że posłowie polskiej partii zasiadają dziś w marginalnej frakcji sejmowej i nie potrafią się dogadać z obecną większością.

Fot. REPORTER

Wydanie: 6/2022

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy