Dziki nie chcą być dzikie

Chętnie buszują po osiedlowych śmietnikach

Schyłek ostatniego sezonu wczasowego w wielu miejscowościach kąpieliskowych nad Bałtykiem upłynął pod znakiem dzika. Dziki atakują, są bezczelne – nic podobnego, są bardzo sympatyczne. Wcale nie są dzikie. Nie stanowią już osobliwości przyrodniczej lasów. Dla jednych atrakcja, dla drugich wynaturzenie przyrody i powód do obaw. Zwłaszcza jeśli wędrują gromadami po deptakach i szukają smakołyków na miejskich skwerach. Wczasowicze chętnie dokarmiają je w dzień, a one jeszcze chętniej buszują po osiedlowych śmietnikach. Szczególnie o zmroku i o świcie. Potrafią zryć pielęgnowane trawniki, aby dostać się do smakowitych korzeni roślin ozdobnych. Wójtowie, radni i strażnicy miejscy mieli tego dosyć. Wezwali na pomoc weterynarzy i leśników. Coś trzeba było z dzikami zrobić.
I zrobiono. W Trójmieście leśników oraz strzelców z uprawnieniami do usypiania dzikich zwierząt coraz częściej wzywano do pomocy w chwytaniu wędrujących swobodnie po ulicach… dzików. Uśpione zwierzęta odwożono do specjalnie zorganizowanej przechowalni. Podobnie dzieje się od kilku lat w znanej miejscowości letniskowej Hel. Tam dziki – jako miejscowa atrakcja – w sezonie konkurują z fokami z basenu przy Stacji Morskiej Uniwersytetu Gdańskiego. Podobnie dzieje się w Świnoujściu. W parkach i na skwerach rośnie wiele dębów, a żołędzie są przysmakiem dzików, które chętnie tam żerują. Próby wypłoszenia zwierząt z nadmorskich kąpielisk, z centrum i osiedli na przedmieściach dużych miast portowych od dawna nie przynoszą efektów.
Nie każdego dnia dziki pojawiają się w tym samym miejscu. Wędrują tam, gdzie może być coś smaczniejszego niż odpadki. Leśnicy twierdzą, że wszystkiemu winni są mieszkańcy i wczasowicze, którzy dla rozrywki (chcą się np. fotografować z dzikiem) wabią i dokarmiają półdzikie zwierzęta ciasteczkami, chlebem i owocami. W Helu mieszkańcy wspominają, że pierwsze dziki pojawiały się na urokliwych uliczkach kilka lat temu – przyszły od strony terenów wojskowych. Po zdjęciu ogrodzeń, likwidacji wartowni i otwarciu bram zaczęły uprawiać „dziczą turystykę”. Miejscowi twierdzą, że dawniej na półwyspie nie było tych zwierząt; podobno któryś z dowódców sprowadził do lasów swego garnizonu dziki – dla wygody i zaspokojenia apetytu na „safari”.
Z czasem ubyło łowców, a przybyło dokarmiających dziki wczasowiczów, liczba zwierząt wzrosła. I bardzo szybko przestały być dzikie, nie boją się ludzi. Podobnie rzecz się ma z dzikami na Mierzei, w znanych kąpieliskach między Zalewem Wiślanym a Zatoką Gdańską, w Piaskach i Krynicy Morskiej. Nikt już dziś nie dziwi się widokowi dzików w sezonie wczasowym w Międzyzdrojach. Kąpielisko leży w pobliżu sosnowych i bukowych lasów Wolińskiego Parku Narodowego. Dzikom nie wystarczają bukowe szyszki czy żołędzie z leśnych żerowisk. Początkowo stada tych zwierząt budziły zdziwienie w Świnoujściu. Miasto otaczają lasy, mokradła i łąki nad Zalewem Szczecińskim i Zatoką Pomorską, jednak dziki potrafią przepływać rozlewiska i kanały przy ujściu Świny. Co jakiś czas organizuje się obławy albo przepędza natrętne zwierzęta. Ale wracają, i to gromadnie.
Lochy – matki małych dzików, wyróżniających się pręgowanym ubarwieniem – nic sobie nie robią ze straszenia. Tylko mało kto zdaje sobie sprawę, że dzicza matka potrafi zaciekle bronić potomstwa i jest bardzo agresywna w okresie karmienia. W Trójmieście od wielu miesięcy leśnicy z Nadleśnictwa w Gdańsku mają te same kłopoty, co ich koledzy z innych miejscowości nadmorskich. Nie można powiedzieć słowami wierszyka: „Dzik jest dziki, dzik jest zły, dzik ma bardzo ostre kły. Kto zobaczy w lesie dzika, ten na drzewo szybko zmyka” – coraz częściej dzik nie kryje się w głębi lasu, ale chętnie przebywa w okolicach sklepów, na plażach, podwórkach i przy osiedlowych śmietnikach.
Na przedmieściach Gdańska, Sopotu, Gdyni, Orłowa, Redy, w kąpieliskach Helu, na Mierzei Wiślanej czy nad Zalewem Szczecińskim i Zatoką Pomorską nie brak „przyjaciół zwierząt”. Spragnieni kontaktu z „prawdziwą naturą” dożywiają coraz bardziej złakomione zwierzęta. Dlatego – jak poinformował Leszek Lewandowski, specjalista ds. łowieckich z Nadleśnictwa w Gdańsku – leśnicy razem z władzami samorządowymi, strażą miejską i policją chcą zapobiegać zagrożeniu, jakie stwarzają coraz bardziej natarczywe i mimo wszystko dzikie zwierzęta. W Brzeźnie i Jelitkowie za niemałe pieniądze mają być urządzone tzw. odłownie, dokąd zwożone będą dziki uśpione lub chwytane w specjalne sieci. Następnie mają być wypuszczane w większej odległości od osiedli Trójmiasta. Planuje się „eksportowanie” dzików do Leśnego Kompleksu Promocyjnego Lasy Oliwsko-Darżlubskie, do lasów Parku Narodowego Bory Tucholskie, w okolice Kościerzyny lub Kartuz. Tam powinny znowu zdziczeć. Podobne zabiegi posłużą do rozwiązania „dziczego problemu” w Międzyzdrojach i Świnoujściu.
Tymczasem leśnicy ostrzegają, upominają, proszą i apelują – niestety, najczęściej bezskutecznie – aby nie dokarmiać dzików. O tym, że są to zwierzęta groźne, mało kto chce pamiętać. Zwłaszcza gdy dojdzie do spotkania na ulicy czy wieczorem, gdy wynosimy śmieci do osiedlowych pojemników. Dzik waży w granicach 200 kg, ma około metra wysokości. Natarczywe i niebezpieczne mogą być lochy z młodymi. Spłoszone i zestresowane są nieobliczalne. Bardzo groźne są masywne, ostre, dolne kły wystające z pyska – tzw. szable, nazywane tak nie bez racji, bo to broń nie tylko do walk godowych.

 

 

Wydanie: 44/2001

Kategorie: Ekologia

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy