Ekologia i Przegląd

Na ratunek Wielkim Jeziorom

Ich brzegi to ”pola niczyje”, a w wodzie pływają śmieci 

Z Krainy Wielkich Jezior Mazurskich rozlega się rozpaczliwe wołanie o pomoc. Dzisiejsze Mazury są terenem coraz częstszej spekulacji gruntami, które za jakiś czas nabiorą znacznie większej wartości. Wiele jezior nie może w naturalny sposób oczyścić swoich wód i nie potrafi obronić się przed ściekami. Ich brzegi są „polem niczyim”, bowiem

nie sięga tam władza

administracyjna, policja, inspektor sanitarny ani ratownik w sezonie. Nie ma mowy, by w zarośla dojechał kontener na odpady czy w porcie żeglarskim można było oddawać fekalia z jachtu.
Szlachetne zamiary ma i sporo dobrego zrobiła utworzona 8 maja 1991 r. Fundacja Ochrony Wielkich Jezior Mazurskich. Ale nie sposób powstrzymać się od dodania: „Nec Hercules contra plures” (Jeden nie da rady tłumowi). Pełna dobrych chęci i sensownych programów fundacja może utonąć w „jeziorach trudności”. Są one tak wielkie, jak te na mapie Mazur: niedostatek woli działania władz – kompetentnego, zgodnego i kompleksowego, niedostatek środków na niezbędne inwestycje ochronne, nieskuteczność w dziedzinach istotnych dla stałych i sezonowych mieszkańców.
Fundację założyło zacne gremium: wojewodowie suwalski i olsztyński, cztery gminy-miasta mazurskie: Giżycko, Kętrzyn, Mrągowo i Ruciane-Nida oraz sporo osób prywatnych. Do 2000 r. do Rady Fundacji weszli przedstawiciele 11 z 21 gmin tego regionu, m.in. Kruklanki, Miłki, Wydminy, Stare Juchy i Mikołajki. Od końca 1995 r. funkcję prezesa pełni Jan Maścianica, co sprzyja ciągłości nie tylko władzy, ale też wypełniania wielu statutowych zobowiązań. Obejmują one działania odpłatne zapewniające środki na poczynania niekomercyjne, jak edukacja ekologiczna mieszkańców regionu i gości, doradztwo inwestycyjne oraz funkcjonowanie straży ochrony przyrody. Jak przystało na organizację pozarządową (nazwanie jej obywatelską miałoby korzystniejszą wymowę), fundacja działa zgodnie z zasadą

„Myśl globalnie – działaj lokalnie”

i dlatego czerpie dochody m.in. z odpłatnego usuwania odpadów i osadów ściekowych, przyjmowania zastępstwa inwestycyjnego, prowadzenia Centrum Informacji Turystycznej i świadczenia usług przez zespół informacji geograficznej.
W 2000 r. dochody przyniosły: udział w spółce Mazurska Agencja Rozwoju i Promocji Turystyki, prowadzenie ośrodka szkoleniowo-doradczego oraz Mazurska Straż Ochrony Przyrody. Ogółem osiągnięto zyski z produkcji i usług ok. 20 zarejestrowanych podmiotów gospodarczych (11 usług). Fundacja ma własny Zakład Usuwania Odpadów Stałych i Odwadniania Osadów wyposażony w trzy śmieciarki (każda o pojemności 2,2 m sześc.) oraz wirówkę do odwadniania osadów ściekowych. Śmieciarkę o przebiegu 800 tys. km trzeba było sprzedać na złom.
Żeby skutecznie chronić region, fundacja zawierała umowy na wywóz odpadów z gminami Orzysz i Miłki, osiedlem Agencji Własności Rolnej Skarbu Państwa w Bystrym, spółdzielniami mieszkaniowymi w Rudzie i Wydminach i Zespołem Szkół Rolniczych w Giżycku. O ogromie pracy świadczą liczby: w 2000 r. wywieziono na gminne składowiska

ponad 14,1 tys. m sześc.

odpadów komunalnych, opróżniając miesięcznie średnio 280 pojemników dzierżawionych klientom. Sezonowo podobne usługi świadczono gminie miejskiej Giżycko, ośrodkom wczasowym, sportowym i turystycznym w Rynie, Giżycku i Wilkasach, a także Nadleśnictwu Giżycko. Ale 110 m sześc. odpadów wywieziono nieodpłatnie, promując akcję „Sprzątanie Świata”. Żeby te odpady trafiły na składowiska, fundacja musiała wyremontować na własny koszt trzy zdezelowane śmieciarki, ich mechanizmy zgniatające oraz 30 pojemników na odpady. Remont pojemnika kosztuje 350 zł. Na kupienie nowego za 1,5 tys. zł fundacji nie stać.
Fundacja zarabia – ale prezes Jan Maścianica nie ujawnia szczegółów – na zastępstwach inwestycyjnych. W tej dziedzinie gama poczynań jest ogromna: w imieniu gminy Biała Piska nadzorowano budowę gimnazjum z salą gimnastyczną, sieci wodociągowej w Gajewie, wodociągu w Pierkunowie, przepompowni wody w Sulimach, sieci wodociągowej siedmiu ulic w Kętrzynie oraz w gminie Kętrzyn, sieci kanalizacyjnej w Czernikach, Gawłunach-Mrszewie, Smokowie-Biedaszkach-Trzech Lipach, Nowej Wsi-Brzeźnicy. W Rucianem-Nidzie fundacja podjęła się roli inwestora zastępczego i przygotowała wnioski o dofinansowanie budowy oczyszczalni ścieków oraz kanalizacji dla całej gminy. Trudno oprzeć się wrażeniu, że

fundacja zastępuje

w wielu sprawach administrację i samorządy lokalne, a właściwie dostarcza im swoje pomysły i specjalistów, aby doprowadzić do skutku inwestycje chroniące przyrodę, krajobraz, jeziora i powietrze. Inaczej inwestycje „fizycznie chroniące Mazury” nie mogłyby pokonać biurokratycznych barier.
W skali krajowej i międzynarodowej Kraina WJM uważana jest ciągle za jeden z najcenniejszych zasobów przyrodniczych i krajobrazowych. Ponad 300 km kw. jezior to majątek nie tylko narodowy. W latach 1993-2000 – dzięki środkom PHARE, EkoFunduszu i Narodowego FOŚiGW – fundacja pilotowała kluczowe inwestycje, zapisane w „Masterplanie dla Wielkich Jezior Mazurskich”

o łącznej wartości 101 mln écu:

10 oczyszczalni ścieków dla miast (zrealizowano dziewięć), 10 oczyszczalni dla wsi (wszystkie zrealizowano). Inwestycje kanalizacyjne wykonano w 60%, dla likwidacji odpadów – 10%, dla ochrony powietrza – 30%. Mazurskie samorządy w obronie przed lawiną odpadów (w powiecie Giżycko jest 12 przepełnionych wysypisk!) wysłały delegację do Żywca (woj. śląskie), żeby dowiedzieć się, jak tam radzą sobie z odpadami. Zarobienie na tym jest możliwe nie tylko przy pomocy Fundacji Ochrony Wielkich Jezior Mazurskich, we własnym dobrze pojętym interesie.
Grzegorz T. Tylmaniak


Zatrute bieliki

Był odwodniony, miał biegunkę. Dostał kroplówkę 

W ostatnim czasie w rejonie Gór Świętokrzyskich natrafiono na martwego orła bielika, drugiego prawie cudem udało się uratować. Oba ptaki zatruły się środkiem na gryzonie.

Ptak pod kroplówką
Mieszkańcy jednej z miejscowości koło Nowej Słupi znaleźli na polu niedaleko zabudowań ogromnego ptaka. Nie dawał oznak życia, mimo to powiadomili pracowników Świętokrzyskiego Parku Narodowego, którzy natychmiast przewieźli ptaka do swojej siedziby w Bodzentynie. Zaraz pojawił się weterynarz z Kielc. Po wstępnych oględzinach nie dawał bielikowi większych szans na przeżycie. Po raz pierwszy zdarzyło mu się ratować takiego ptaka – zrobił wszystko, co mógł. Jak się później okazało, zastosowana terapia uratowała orłu życie.
Bielik był w agonii, odwodniony, miał biegunkę i wyziębione ciało. Dostał kroplówkę, antybiotyk. Przez całą noc czuwał przy nim ornitolog ŚPN, Paweł Szczepaniak. Przykrył ptaka ręcznikiem. Dopiero nad ranem bielik odzyskał przytomność, ruszył nogą i dziobem. Przez kilka dni dochodził do siebie i nabierał sił. Wodę otrzymywał przez sondę, jego pierwszym posiłkiem była połowa karpia, z apetytem zjadł też gołębia.
Gdy poczuł się silniejszy, zaczął być agresywny wobec osób chcących do niego podejść. Straszył i próbował atakować. Tolerował jednie swojego opiekuna. Poznawał go już z daleka. Pracownicy ŚPN bardzo polubili niecodziennego gościa. Nie często zdarza się im ratować takie zwierzę, zwłaszcza że na terenie ŚPN nie ma gniazda orła bielika.
Po tygodniowym pobycie w budynku dyrekcji ŚPN orzeł pod eskortą opiekuna odbył podróż do Krakowa. Tam w Ośrodku Rehabilitacji przy Akademii Rolniczej zajął się nim dr Zbigniew Bonczar. Genek, bo tak nazwano bielika, otrzymał obszerny wolier na powietrzu. Nie ma styczności z ludźmi, by za bardzo się od nich nie uzależnił. Obfitość dostarczanego pokarmu i łatwość jego zdobywania w niewoli powodują, że ptaki tracą instynkt łowiecki.
Przez kilka tygodni bielik będzie otrzymywał zróżnicowany pokarm – ptaki, ryby, ssaki. Musi zgromadzić tyle energii, by wystarczyło jej na pierwszy okres na wolności. Genek wzbije się w niebo nad świętokrzyskim lasami. Dokładnego miejsca przyrodnicy jednak nie zdradzą, podobnie jak miejsc gniazdowania innych orłów bielików. Chcą w ten sposób ustrzec ptaki przed ciekawskimi turystami, którzy mogliby zakłócić ich spokój, a także przed kłusownikami, chcącymi wzbogacić się na spreparowanych orłach albo ich jajach.

Przypadek czy celowe działanie?
Uratowany bielik to dwuletni ptak. Nie ma jeszcze wybarwionych piór. Dopiero około czwartego, piątego roku życia jego pióra na ogonie staną się śnieżnobiałe. Charakterystyczną cechą są sterówki, które zwężają się na ogonie, tworząc trójkąt. Żółty, potężny dziób widoczny jest nawet podczas lotu. Jednak to nie dziób jest najsilniejszy, ale szpony zatrzaskowe, którymi mógłby przebić rękę. Bielik należy do padlinożerców, dlatego odporny jest na większość zatruć. Przyrodnicy od razu więc zainteresowali się substancją chemiczną.
Ekspertyzy laboratoryjne potwierdziły te przypuszczenia. Wykryto obecność związków kumarynowych, które znajdują się w dostępnych na rynku trutkach na gryzonie, powodujących pękanie naczyń krwionośnych i wylewy wewnętrzne. Właśnie krwotok wewnętrzny był zapewne przyczyną śmierci orła znalezionego pod Sędziszowem. Ptak został już wypreparowany i trafił do Muzeum Narodowego w Kielcach, co zaaprobował wojewódzki konserwator przyrody.
– Ptaki musiały zjeść zatrute, padnięte zwierzęta – wyjaśnia Jarosław Sułek, prezes Świętokrzyskiego Klubu Ornitologicznego.
– Nie można też wykluczyć, że zostały specjalnie podrzucone jako przynęta na orły.
Bieliki, jak twierdzi prezes, potrafią przystosować się do zmian wywoływanych w przyrodzie przez człowieka. Nauczyły się żyć w coraz bliższym jego sąsiedztwie. Zakładają gniazda w mniejszych lasach, w pobliżu stawów, gdyż 80% ich pożywienia stanowią ryby. Nie zawsze to sąsiedztwo jest dla ptaków korzystne.
Obecnie w Polsce żyje około 400 par orłów bielików (15 lat temu było ich 200) – najwięcej w północno-zachodniej części kraju, gdzie są wysokie drzewostany i akweny wodne. Na ziemi świętokrzyskiej odnotowano trzy pary.
Andrzej Arczewski


Czy wraki zatopionych statków i okrętów są zagrożeniem dla środowiska?

Por. Bartosz Zajda,
Biuro Prasowe Marynarki Wojennej
Wraki zatopionych okrętów mogą być także zagrożeniem dla żeglugi, dlatego uwzględnia się je i odpowiednio znakuje w publikacjach nawigacyjnych oraz na mapach. Aby zminimalizować to zagrożenie, marynarka wojenna od lat regularnie podejmuje prace podwodne, tym bardziej że we wrakach okrętów, a także na dnie i w strefie brzegowej znajduje się jeszcze sporo amunicji: torped, min, pocisków. Wydobywamy tony niewypałów i niewybuchów. Większość prac wykonujemy w sezonie wiosenno-letnim, gdy płetwonurkom łatwiej zejść pod wodę. Trzeba też wspomnieć, że jednym z celów naszych działań w ramach ćwiczeń NATO i „Partnerstwa dla pokoju” o nazwie „Open Spirit”, w których co roku uczestniczymy, jest oczyszczenie torów podejściowych do portów bałtyckich z niewypałów i obrona przeciwminowa.

Leonard Gajewski,
Zakład Oceanografii Operacyjnej, Instytut Morski w Gdańsku
Wszystko zależy od tego, co zwierają wraki, jakie ładunki woziły itd. Stąd pojawiają się zagrożenia, zwłaszcza jeśli zbiorniki na tankowcach albo paliwowe wypełnione mazutem lub olejem napędowym uległy rozszczelnieniu z powodu korozji. Do rozszczelnienia mogło też dojść w wyniku wybuchu podczas operacji usuwania wraków z torów wodnych czy podczas działań wojennych. Wówczas skażenie środowiska dotyczy znacznych przestrzeni dna morskiego. Generalnie wraki nie mają złego wpływu na środowisko, wręcz przeciwnie. Stanowią – jak wszystko wystające ponad płaszczyznę dna – niszę ekologiczną i oazę życia. Panują tam bardzo dobre warunki biologiczne do zasiedlenia przez wiele gatunków fauny i flory. Instytut Morski od trzech lat dokonuje regularnie przeglądu bałtyckich wraków. Te przez nas sprawdzone są całkowicie bezpieczne dla środowiska. Wyjątków zanieczyszczających dno wyciekającym paliwem jest niewiele. Wraki są jedynie zagrożeniem dla sieci rybackich.

Dariusz Styrytulski,
prezes Centrum Turystyki Podwodnej NAUTICA
Mogą być niebezpiecznie, jeśli zawierają substancje szkodliwe, których woda nie zneutralizuje, np. radioaktywne, ropopochodne, materiały wybuchowe itp. Wszystkie wraki odwiedzane przez nurków-turystów są przygotowane pod kątem bezpieczeństwa ludzi i środowiska. Były już dokładnie zbadane przez nurków wojskowych, a niebezpieczne substancje zostały z nich wydobyte.

Janusz Solarz,
Komisja Działalności Podwodnej PTTK
Generalnie wraki można podzielić na trzy grupy ze względu na zagrożenie dla środowiska. Większość z nich jest bezpieczna. To dawno zatopione jednostki korodujące w wodzie, co dla środowiska nie ma większego znaczenia. Do drugiej grupy zaliczyć można wraki, których zbiorniki paliwowe nie były puste i przestały być szczelne. Np. stary niemiecki U-Boot, który po ponad 60 latach od zatopienia w pobliżu Helu wypuszcza na powierzchnię „bańki” ropy. Największe zagrożenie stanowią jednak rozbite tankowce lub chemikaliowce. Są niebezpieczne dla środowiska całego morza, jego fauny.

Jarema Dubiel,
ekolog
Wraki najczęściej tylko rwą rybackie sieci, bardziej groźne są niebezpieczne substancje zatopione nie tylko w czasie wojny. Niemcy podczas wojen topili w Bałtyku np. beczki z substancjami toksycznymi, gazami bojowymi, nie mówiąc o amunicji. Także Rosjanie niejedno wrzucili do wody. Nikt nie mówi, co się stanie, kiedy np. beczki czy pojemniki przerdzewieją. Jeśli chodzi o zatopione okręty z napędem atomowym, ekolodzy od dawna opowiadali się za wyeliminowaniem napędu jądrowego z jednostek pływających, przynajmniej w obecnej, niedoskonałej postaci.
Not. BT


eko-informacje

– 11 młodych orłów przednich opuściło w drugiej połowie lipca gniazda w Karpatach. W br. wychowało się ich w tym regionie prawie dwukrotnie więcej niż rok wcześniej, kiedy gniazda opuściło sześć ptaków. W Polsce żyje ok. 35 par orłów przednich. Najwięcej – ponad 30 par – w Karpatach, głównie w Beskidzie Niskim i Bieszczadach. Poza tym można je spotkać np. na Mazurach. Długość ciała orła przedniego przekracza 80 cm, a rozpiętość skrzydeł dwa metry. Drapieżnik żywi się m.in. zającami i kurakami leśnymi. Gniazduje w miejscach niedostępnych: na wierzchołkach bardzo wysokich drzew bądź na skałach.

– Starania o zachowanie zasobów leśnych na świecie będą skuteczniejsze, jeżeli zostaną ograniczone do 15 krajów, na terenach których rosną najcenniejsze lasy – stwierdza raport Programu ONZ Ochrony Środowiska (UNEP). Wg raportu, 80% wartościowych ekologicznie, zdrowych lasów, tzw. lasów zamkniętych, znajduje się w Rosji, Kanadzie, Brazylii, Stanach Zjednoczonych, Demokratycznej Republice Konga, Chinach, Indonezji, Meksyku, Peru, Kolumbii, Boliwii, Wenezueli, Indiach, Australii i Papui-Nowej Gwinei.
Lasy w krajach północy, jak Rosja albo Kanada, są tak samo wartościowe ekologicznie jak tropikalne lasy Brazylii albo Indonezji. Wszystkie charakteryzują się dużą różnorodnością gatunków. Jednak różni się stopień ich ochrony – Wenezuela chroni 63% swoich lasów, Rosja tylko 2%.

– Na terenie nadleśnictwa Bielsk Podlaski (woj. podlaskie) ekolodzy kopią oczka wodne, by stworzyć żabom dogodne warunki bytowania. Chodzi o ochronę zmniejszającej się populacji płazów, ale także o zapewnienie pożywienia rzadkim gatunkom ptaków. „Do końca roku chcemy wykopać ponad 50 takich zbiorników, na terenie nadleśnictw Bielsk Podlaski, Browsk i Białowieża”, poinformował Roman Kalski z Północnopodlaskiego Towarzystwa Ochrony Ptaków.

– Po kilkudziesięciu latach melioracji gruntów w naszym kraju zanikają naturalne, niewielkie zbiorniki wodne, które były ostoją płazów i bezkręgowców związanych ze środowiskiem wodnym. Projekt finansuje w całości Ekofundusz. Zbiorniki mają średnio 500 m2 powierzchni. Zbiornik dla płazów ma łagodne skarpy i wiele płycizn. Najlepiej jest, gdy może okresowo wysychać. Wtedy nie ma w nim ryb, będących zagrożeniem np. dla larw i kijanek.

– Co trzeci mieszkaniec Ziemi może przed 2025 r. ucierpieć wskutek niedoborów wody, która stanie się przyczyną wojen, jak ropa naftowa – usłyszeli uczestnicy konferencji w Sztokholmie. Według analiz przedstawionych na Trzecim Światowym Forum Wodnym, już dziś dotkliwy niedobór wody odczuwa ok. 450 mln osób w 29 krajach. W nadchodzących latach stanie się to poważnym problemem w Chinach, Indiach, Pakistanie i krajach Bliskiego Wschodu.


Ekologów wojna z Bushem

Aktywistom ruchu Greenpeace w USA grożą wysokie kary więzienia

Prezydent George W. Bush szybko zyskał sobie wśród obrońców środowiska opinię „truciciela świata”. Ekolodzy z różnych krajów organizują więc protesty przeciw polityce Białego Domu. Wielu nie spodziewało się, że za takie akcje grożą w Stanach Zjednoczonych drakońskie kary.
Grupa nurków-aktywistów organizacji Greenpeace skrzyknęła się przez Internet. Celem operacji miało być opóźnienie testu rakietowego, prowadzonego przez amerykańskich wojskowych w ramach programu obrony strategicznej „Gwiezdne Wojny”. Chodzi o stworzenie, także w kosmosie, systemu obrony przed pociskami balistycznymi. Działacze Greenpeace’u, np. nowy dyrektor wykonawczy tej organizacji, Gerd Leipold, podkreślają, że program „Gwiezdnych Wojen”

zagraża bezpieczeństwu planety.

14 lipca br. 17 ekologów (w tym dwóch reporterów) z siedmiu krajów spuściło swe pontony typu „Zodiac” na wody Pacyfiku. Gumowe łodzie popłynęły w stronę bazy lotniczej Vandenberg. Stąd o godzinie 19 miała w ramach testów wystartować rakieta. Plan przewidywał, że pocisk przemknie 6 tys. km nad oceanem i wtedy zostanie zniszczony przez rakietę przechwytującą. Nad pontonami Greenpeace’u krążyły śmigłowce. Ekolodzy wiedzieli, że muszą zawrócić. Mimo to wtargnęli do wojskowej strefy zamkniętej, zbliżając się na 200 m do brzegu. Następnie płetwonurkowie wskoczyli do wody – 13 przeczekało godzinę na dnie, zaś dwóch śmiałków wylądowało na plaży. Natychmiast „zaopiekowali” się nimi policjanci. Kiedy ich koledzy wrócili na pontony, zostali oślepieni reflektorami: „Wychodzić z łodzi pojedynczo z rękami do góry”, rozległ się głos funkcjonariusza straży przybrzeżnej. Ekologów aresztowano, ręce i nogi skuto im kajdankami. Aktywiści organizacji Zielony Pokój nie spodziewali się, że ich akcja będzie miała

tak poważne konsekwencje.

Kiedy nurkowali w porcie Cherbourga aby zaprotestować przeciwko zawinięciu statku z japońskimi odpadami atomowymi pod pokładem, francuska policja tylko spisała ich personalia. Także obrońcy środowiska usiłujący w Niemczech zatrzymać nuklearny pociąg do Gorleben nie dostali właściwie żadnych kar. Władze amerykańskie traktują podobne akcje – zwłaszcza na terenie wojskowym – jako zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego i nie patyczkują się ze „sprawcami”.
W kajdanach i w pomarańczowych strojach więziennych „przestępcy” zostali przewiezieni do sądu. Pierwsze przesłuchania w Los Angeles odbyły się 14 sierpnia. Prokurator oskarżył 17 ekologów o antyrządowy spisek (udało im się opóźnić wystrzelenie rakiety o 40 minut), nielegalne wtargnięcie na teren wojskowy i lekceważenie poleceń straży przybrzeżnej. Paradoksalnie prokurator rozważa również wniesienie oskarżenia o bezprawne wkroczenie na teren rezerwatu przyrody. Oznacza to

po sześć lat więzienia

i ćwierć miliona dolarów grzywny dla każdego. Proces rozpocznie się 25 września.
Działacze Greenpeace’u zapowiadają, że w obliczu wyzwania, jakim jest polityka Waszyngtonu, organizacja zmieni swą taktykę. Przez 10 ostatnich lat Zielony Pokój urządzał akcje głównie przeciwko żądnym zysku firmom zatruwającym morza i lasy. Teraz jednak nastąpi powrót do akcji o charakterze politycznym, jakie prowadzono w latach 80. przeciwko broni nuklearnej.

Krzysztof Kęciek


Zwierzęta bez granic

– Na naszych drogach robi się coraz tłoczniej. I to nie tylko ze względu na większą liczbę samochodów. Coraz częściej zdarza się, że leśne i polne zwierzęta wybiegają na jezdnię. „Łowiec Polski” (nr 8/2001 r.) alarmuje, iż katastrofalny stan nawierzchni i brak jakichkolwiek zabezpieczeń przed wybiegającą na jezdnię zwierzyną stwarza poważny problem. Marzeniem kierowców byłoby odgrodzenie jezdni siatkami, ale takie rozwiązanie, jak na razie, jest mało realne. Musimy pamiętać, by głównie w porach wieczornych i nocnych na terenach leśnych zdjąć nogę z gazu. Kierowcy – więcej wyobraźni i świadomości, że dzikie zwierzęta nie uznają granic!
– Polesie – rozległa, dzika i niedostępna kraina, gdzie króluje natura. Nieprzebyte, podmokłe knieje, moczary i jeziora stanowią jej bogactwo. Na naturalnych fragmentach torfowisk w 1990 roku został utworzony park narodowy. Tym samym stworzono podstawy do ochrony najcenniejszych fragmentów przyrody. Właśnie jej pięknu, różnorodności i osobliwości poświęcony jest wspaniały album „Poleski Park Narodowy”.
– Jedną z dawnych metod leczenia ischiasu i reumatyzmu są kąpiele w sianie. „Wiadomości Zielarskie” (nr 7-8) informują, iż obecnie praktykuje się terapię sienną według metody Haslauera. Stosowane w niej siano musi być wolne od środków chemicznych i odpowiadać wymogom pod względem wilgotności, koloru i zapachu, aby przechowywane przez kilka miesięcy zachowało swą aktywność biologiczną i zdolności fermentacyjne, konieczne do wytworzenia ciepła.

ELŻ


Wkładka ”Ekologia i Przegląd” powstaje dzięki finansowemu wsparciu Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej 

Wydanie: 36/2001

Kategorie: Ekologia
Tagi: Nr 18 (37)

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy