Ekonomista, polityk, poeta

Ekonomista, polityk, poeta

W ciągu kilkunastu dni Grzegorz Kołodko stał się najważniejszą postacią w rządzie Leszka Millera

Grzegorz Kołodko jest jak dwa w jednym. Po pierwsze, jest uznanym ekonomistą, który z sukcesami kierował polską gospodarką w latach 1994-1997. Jego wielkiej ekonomicznej wiedzy nie kwestionują nawet wrogowie. Po drugie, jest politycznym showmanem, jakich w Polsce mało. Snującym wizje przyszłości, mówiącym ludziom: „Dacie radę” i nieodpuszczającym polemik. Tak było podczas piątkowego wystąpienia w Sejmie, gdy Zyta Gilowska, w polemicznym zapale, nazwała jego mowę homilią. – Jeszcze niejedną homilię pani ode mnie usłyszy – ripostował wicepremier. – I będę tak długo mówił, aż się pani nawróci.
Po trzecie, Grzegorz Kołodko trafił w swój czas. Buksująca gospodarka oczekuje nowych pomysłów, nowych impulsów. Polacy czekają na człowieka, który im powie, że będzie lepiej, przekona ich, że tak będzie, i porwie za sobą. Nowej dynamiki w pracy rządu oczekiwał też premier Miller.
Tę dynamikę zobaczyliśmy w piątek w Sejmie, kiedy wicepremier prezentował trzy projekty ustaw wchodzących w skład pakietu, który nazwał ratunkowym.
Pierwsza ustawa otwiera furtkę dla umorzenia zakładom nieściągalnych długów w zamian za restrukturyzację. „Nie po to, żeby utrwalać dzisiejszą strukturę gospodarczą, ale żeby ją unowocześniać”. Druga przewiduje, że banki będą mogły wpisywać sobie nieściągalne długi w koszty działalności, ale pod warunkiem kredytowania restrukturyzowanych przedsiębiorstw. Trzecia, w zamian za utworzenie miejsca pracy dla 50 pracowników, zapewnia rozłożenie należności podatkowych za drugi rok działalności na następne lata.
– To początek – mówił Kołodko. I zapowiadał, że zaraz po przerwie wakacyjnej skieruje do Sejmu kolejne ustawy.
Cel tych wszystkich działań jest prosty. Stosując rozmaite narzędzia, wicepremier chce zmusić polską gospodarkę do wykonania ruchu do przodu, chce wyrwać ją ze stagnacji, „żeby nie utrzymywać stanu ni to życia, ni to śmierci”. – Dzisiaj najważniejszym problemem, który stoi przed polskim społeczeństwem, jest plaga bezrobocia. My to bezrobocie pokonamy – zapewniał posłów. – My to zrobimy, bo wiemy, jak to zrobić. I mamy determinację, by tego dokonać.
Czy wiedza i determinacja wystarczą, by osiągnąć sukces?
Pierwsze sukcesy Kołodko już osiągnął. Po piątkowym wystąpieniu w Sejmie poparły go nie tylko kluby koalicji, ale również Samoobrona, a nawet, z pewnymi zastrzeżeniami, Prawo i Sprawiedliwość. Leszek Miller, który początkowo z marsową miną słuchał jego wystąpienia, pod koniec bił brawo. Miał ku temu powody – Kołodko, postać najbardziej wyrazista w jego rządzie, w ciągu paru dni przemeblował scenę polityczną. Po pierwsze, dzięki jego pomysłom rząd odzyskał inicjatywę. I dziś to opozycja musi ustosunkowywać się do idei płynących z Alej Ujazdowskich, a nie odwrotnie. Rząd nie opowiada już, że jest ciężko, tylko zarzuca posłów i opinię publiczną kolejnymi projektami. Energia i optymizm Kołodki zaczęły być zaraźliwe – i w rządzie, i w szeregach SLD.
Po drugie, wicepremier podzielił polityczną scenę na tych, którzy są z nim, i tych, którzy są przeciwko. Ci drudzy to Zyta Gilowska, Platforma Obywatelska, ci, co schładzając gospodarkę, wpędzili ją w stagnację. Reszta – to ci, którzy wierzą, że uda się odzyskać zagubione tempo. Bo – jak zapewnia – przyspieszenie z 0,5% do 5% jest możliwe.
– Polska to piękny kraj, tu wszystko jest możliwe, nawet zmiany na lepsze – cytował Kołodko Słonimskiego na zakończenie swego wystąpienia w Sejmie. Dostał za to brawa. Zasłużenie. Bo na razie jest górą.


Czy wicepremier i minister finansów Grzegorz Kołodko zmieni wizerunek rządu?

Jerzy Głuszyński,
Pentor

Myślę, że zmiana jest możliwa. To przecież ten minister i ta problematyka, które są dla wszystkich najważniejsze. Uważam, że Kołodko już teraz jest lokomotywą rządu. Pozostali ministrowie – zarówno ci „starzy”, jak i ci „nowi” – nie mają takiego oddziaływania. Nawet gdyby przedstawili jakiś spektakularny program, nie byliby zdolni przyciągnąć takiej uwagi.
Za możliwościami oddziaływania wicepremiera przemawia kilka elementów. Na przykład jego wieloznaczna legenda. Dla wielu osób jego nazwisko to sygnał, że kiedy był ministrem finansów (1994-1997), w kraju było lepiej. Innym kojarzyć się może ze sprawą budowy domu w Sękocinie, jeszcze innym nasuwają się jedynie pejoratywne określenia. Wielokierunkowość tych ocen jest ogromna. Kołodko przyciąga też uwagę grą kontrastami. Raz widzimy go z długimi włosami, raz z krótkimi, raz jest gadułą, raz milczkiem.
Zapowiedzi programu Kołodki są też przyjmowane inaczej niż programy pozostałych ministrów. Na przykład program min. Łapińskiego jest postrzegany jako kontrowersyjny i niedopracowany, program gospodarczy (dotyczący Stoczni Szczecińskiej) – jako wymagający korekt. Z punktu widzenia obywatela to jakaś krzątanina, chaos. Program Kołodki został natomiast przyjęty zupełnie odmiennie, jako przyjazne oczekiwanie.
Zresztą wizerunek Kołodki zmienia się. Teraz coraz częściej mówi się, że jest to wybitny ekonomista, że potrafi utemperować swój niełatwy charakter. Doszukuje się w nim pozytywnych cech. Pytanie tylko, co dalej.

Marcin Palade,
Ośrodek Badań Wyborczych

Nastroje społeczne są tak złe, a nastawienie do rządu tak negatywne, że nie ma znaczenia, czy resort finansów objął wyrazisty Grzegorz Kołodko, czy ministrem nadal byłby Marek Belka. Wprawdzie w społeczeństwie polskim naturalne jest poszukiwanie autorytetów, indywidualności, ale teraz najistotniejszym elementem wpływającym na nastroje stała się sytuacja makroekonomiczna. Dlatego osobowość ministra finansów nie odgrywa większej roli. Kołodko jest postacią barwną, co nie znaczy, że będzie to dobrze odbierane w społeczeństwie. Wiele do życzenia pozostawia chociażby sposób prezentacji programu ministra. Myślę, że musiałoby się dużo zmienić, aby notowania rządu i ministra finansów były wysokie. Ale na to jest jeszcze za wcześnie.

Wydanie: 30/2002

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy