Ekshibicjonizm literacki i pożytki z niego

Ekshibicjonizm literacki i pożytki z niego

Literatura z cyklu „ja i moje życie” to gorący trend w polskim kociołku literackim

Kupiłem colę i popcorn, postawiłem je na stosie nieprzeczytanych książek, odpaliłem Fejsa i śledzę relację live z grillowania literackiego. Po co czytać, skoro można komentować?

Debiut Aleksandry Pakieły „Oto ciało moje” wywołał dosyć dużą „inbę” w kociołku literackim. A że dyskusja toczyła się głównie w sieci, na Facebooku i Instagramie przerzucano się komentarzami, recenzjami, na prawo i lewo rozdawano bany. Leciały epitety najgrubszego kalibru, takie jak grafomania czy wyrób książkopodobny, ale też opinie, że książka powinna być obowiązkową lekturą szkolną. Choć w większości mieliśmy do czynienia z gównoburzą i próbą obrony z góry przyjętych opinii, owo „wydarzenie literackie” miało ewidentne plusy. Burza ma to do siebie, że doskonale oczyszcza powietrze. Tak było i teraz. Przy okazji debaty pojawiło się kilka ożywczych refleksji, które także analogowi czytelnicy PRZEGLĄDU powinni poznać.

Nie będę jednak tylko kronikarzem literackich wojen, bitew i potyczek. Chciałbym na przykładzie debaty i samych tematów sporu, a są nimi nowe, głośne debiuty, pokazać trend, który rysował się od dawna, ale teraz nabrał koloru. Czasem jest to kolor buraczany, niekiedy tęczowy z brokatem, a czasem zwyczajna szarość.

Kto wsadza debiutantów na miny?

Trochę o tym trendzie napisał Marcin Bełza w dosyć ostrej i momentami bezlitosnej recenzji „Oto ciało moje”. Co do samej książki nie jestem aż tak krytyczny. Nie uważam jej za złą, raczej za niedopracowaną. Temat, z którym mierzy się autorka, jest ważny i świeży, ale również trudny do literackiego ogarnięcia. Pakieła wybrała formę hybrydy gatunkowej, łącząc elementy powieściowe z kronikarskimi, reportaż z dziennikiem intymnym. Takie połączenie to ogromne wyzwanie i wielu autorów sobie z nim nie radzi. Chociaż tworzywo, z którego tkała swoją książkę Pakieła, było solidne, a i sama autorka umie celnie opisywać świat wewnętrzny i zewnętrzny, to nazbyt swobodna forma sprawiła, że momentami jest pokracznie.

Dlaczego wydawca nie zasugerował bardziej konserwatywnej formy? Dlaczego nie ujęto tego w ramy reportażu (a ten gatunek autorka zna) albo „tradycyjnej powieści” z rozbudowaną fabułą i postaciami? To ostatnie rozwiązanie pozwoliłoby nie tylko okiełznać język, ale także zbudować bufor emocjonalny dla autorki. Mam wrażenie, że Pakieła została wsadzona na minę – gdyby lepiej popracować nad tym tekstem, mielibyśmy naprawdę mocną książkę, a tak mamy coś na kształt brudnopisu i falę komentarzy, często niepotrzebnych.

Kobiety nie boją się mówić o sobie

Literatura z „bebechami na wierzchu” to gorący trend ostatnich lat, zwłaszcza wśród debiutantek (grono kobiet wybierających taką formę jest dużo większe niż panów). Książki takie trudno się ocenia – z jednej strony ma się świadomość, że recenzuje się życie wewnętrzne autorów, z drugiej przecież własne doświadczenia to tworzywo jak każde inne. Wydaje się jednak, że nie tworzywo tutaj jest wyzwaniem („zaburzenia odżywiania”, „ojciec alkoholik”, „śmierć matki”), ale narzędzie twórcy.

„Nic złego w tych tematach, przecież źródłem dobrej literatury może być wszystko – lęk przed zaśnięciem, kropla na tylnej szybie brudnego saaba, śmierć ledwo poznanej kochanki, a nawet miłość do centrów handlowych”, zauważył cytowany wyżej Bełza.

Temat „ja i moje życie” nie jest żadną nowością, jest stary jak świat. Za nową można uznać formę komunikacji, która z mediów społecznościowych przeszła do takich opowieści. Nowością jest też to, jak chętnie wydawcy sięgają po ten sposób opowiadania świata.

Strzały i niewypały

Jedną z pierwszych opowieści tego rodzaju było „Życie Adelki” Adelajdy Truścińskiej. Już w nocie wydawniczej mogliśmy przeczytać, że mamy do czynienia z kultową twórczynią polskiego Facebooka. Jak zapewniał wydawca, Krytyka Polityczna, „jej zabawne, pełne uroku i absurdu opowieści dają niezwykły wgląd w losy pokolenia milenialsów, które łudziło się, że może być tylko lepiej, ale nie miało racji”. Dla Wojtka Szota, wówczas recenzenckiego partnera w Kurzojadach, była to bomba, dla mnie niewypał. Dobrze, że książka wyszła jeszcze w czasie, gdy ceny papieru nie były tak astronomiczne.

Ostro w autoprezentację poleciała w swojej drugiej książce Dorota Kotas. Na fali sukcesu oryginalnych i zaskakujących „Pustostanów” opisała własne garwolińskie życie. Bohaterka „Cukrów” to cała Kotas. Jest autorką po sukcesie, mieszka w Warszawie, jest osobą wysoce wrażliwą i bolą ją złe recenzje w internecie. Są w „Cukrach” wszystkie możliwe modne wątki. Mamy więc niedostosowanie do świata, trudy bycia kobietą, osobą nieheteronormatywną, depresję i cały Weltschmerz tej ziemi. Kotas pisze sprawnie, choć już nie tak zaskakująco jak za pierwszym razem, jednak ma się wrażenie, że przed wzięciem pióra do ręki podliczyła sobie w Excelu, jakie bóle najlepiej się sprzedają. Ten nadmiar jest nieznośny.

W ostatnim czasie do grona twórczyń literatury z „bebechami na wierzchu” dołączyła Ola Zbroja z konfesyjną opowieścią o ojcu alkoholiku. „Mireczek”, intymne świadectwo Zbroi, to książka mocna, ale znów – jak w przypadku Pakieły, a wcześniej Małgorzaty Halber („Najgorszy człowiek na świecie”) – kuleje językowo i narracyjnie, momentami jest chaotyczna.

Niestety, to samo można powiedzieć o „Wilczej rzece” Wioletty Grzegorzewskiej. Ten osobisty zapis tułaczki, portret umęczonej matki i kochanki epoki pandemii, choć literacko piękny, cierpi na narracyjny chaos. Sama autorka przyznawała, że to wydawca zachęcił ją, żeby prowadzone na bieżąco zapiski na Facebooku ubrała w literacką formę. Obok zachęcania było też popędzanie.

Można odnieść wrażenie, że wspomniane autorki popełniły jeden błąd: pisały dla siebie (albo dla wydawcy), niekoniecznie dla czytelnika.

Pewnym wyjątkiem, o którym trzeba wspomnieć, był „Bezmatek” Miry Marcinów. Zbudowana na zasadzie krótkich rozdziałów, wyimków z życia czy wręcz pojedynczych zdań próba oswojenia się ze stratą przyniosła Marcinów Paszport „Polityki”, a także uznanie krytyków oraz czytelników. Dlaczego jej się udało?

Forma, którą wybrała autorka, była ryzykowna, ale odpowiadała tematowi, temu, jak opowiadamy i myślimy o śmierci bliskich. W toku narracji Marcinów pojawiają się fragmenty utworów muzycznych, surrealistyczne dialogi matek, a cytaty z prac popularnonaukowych mieszają się z powiedzonkami zasłyszanymi od poprzednich pokoleń. Z pozoru chaotyczne zapiski mają jednak refren: to kolejne wcielenia matki, matki pijącej, matki malującej się, matki śpiewającej. Łatwo tutaj popaść w ckliwość i banał, ale Marcinów skutecznie ucieka w czarny humor i bawi się językiem. Umie utrzymać napięcie i balansuje pomiędzy nastrojami. Sama autorka przyznała, że inspirowała się Marcinem Wichą („Rzeczy, których nie wyrzuciłem”), Markiem Bieńczykiem („Kontener) i Rolandem Barthesem („Dziennik żałobny). Chociaż „Bezmatek” uznawany jest za literacki debiut Marcinów, to już w jej popularnonaukowej „Historii polskiego szaleństwa” mogliśmy się przekonać, że sprawnie włada piórem.

Przy okazji dyskusji wokół książki Pakieły i, szerzej, o nurcie autoprezentacji wyłonił się jeden ważny wątek. Chodzi o demokratyzację literatury. Dzięki internetowi i krytyce na Instagramie literatura stała się wolna. Już nie wielcy krytycy namaszczają dzieła, ale tłum. Pokazuje to przykład książki „Oto ciało moje”. Chociaż większość krytyków nie zostawia suchej nitki na debiucie Pakieły, wśród bookstagramowej społeczności książka zbiera pochwalne recenzje.

Odejście w stronę literatury konfesyjnej, pęd do autoprezentacji, diarystyki to przejaw demokratyzacji literatury. Kres reżimu literackiego sprawił, że literatura zaangażowana w siebie, często rodem z mediów społecznościowych, wypłynęła na szerokie wody. Ten nowy nurt nieprzypadkowo nęci autorów i wydawców. Jest to dosyć prosty i szybki pomysł na książkę. Pasujący do treści, które znamy z mediów społecznościowych, w których jesteśmy zanurzeni. Po taką książkę sięgną bowiem nie tylko miłośnicy literatury sensu stricto, ale też wszyscy zaintrygowani mocnym tematem, „brutalnie szczerymi opisami” i „szczerą do bólu prawdą”. Być może i tacy, którzy odważne tematy znali z paradokumentów w stylu „Dlaczego ja?”.

O furach i cyckach rozmawiać nie będziemy

Tradycyjna powieść oczywiście nie umiera, ale widać, że coraz częściej robi miejsce powieściopodobnym tworom, które są niczym innym jak znakiem czasu. Ani to źle, ani dobrze. Głupotą byłoby oczekiwać, że w drugiej dekadzie XXI w. będziemy pisać z klapkami na oczach. Świat się zmienił, zmieniła się także konsumpcja kultury.

Wracając jednak do bardziej tradycyjnych form, z etycznego obowiązku warto dodać, że w ostatnim czasie, również wśród debiutantów, pojawiło się kilka zacnych pozycji. To chociażby „Kości, które nosisz w kieszeni” Łukasza Barysa czy dwa debiuty z ostatnich tygodni, czyli „Zaklinanie węży w gorące wieczory” Małgorzaty Żarów oraz „Przechodząc przez próg, zagwiżdżę” Wiktorii Bieżuńskiej. Łączą te powieści oryginalny język, przemyślana konstrukcja i bogata wyobraźnia autorów. Powieściowe trio pokazuje, że tworzenie światów (zamiast bebechów na wierzchu) wciąż może być metodą na literaturę najwyższej próby. W polskiej prozie współczesnej mamy naprawdę dobry czas, a to, że debatujemy nad formą i językiem, dowodzi, że wciąż nie do końca ulegliśmy tabloidyzacji. Wciąż w głównym nurcie potrafimy się pokłócić o warsztat i wciąż czytelników bardziej interesuje styl niż biust obiecującej pisarki lub auto uznanego powieściopisarza.

Fot. KFP/REPORTER

Wydanie: 31/2022

Kategorie: Kultura

Komentarze

  1. B
    B 30 lipca, 2022, 13:25

    Kotas ma autyzm, wysoka wrażliwość (kontrowersyjna zresztą diagnoza, bo mało poparcia sensownego) to jednak co innego 🙂

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy