Reporter nie może bać się człowieka

Reporter nie może bać się człowieka

Reportaż w swym duchu zawsze był lewicowy, stał po stronie ludzi często trudnych do sformatowania


Mariusz Szczygieł


Ostatnio debaty w literaturze to głównie spory o formę. Nudzi się nam czy naprawdę już nie ma o czym gadać?
– Debata o formie to haust świeżego powietrza, a nawet haust normalnego powietrza. W jednym z dawnych reportaży Hanny Krall, a były to lata 60., wypowiadała się kwiaciarka z Wrocławia, która przyjechała jako przesiedlona z Kresów. Powiedziała, że kwiaty po wojnie nie sprzedawały się w ogóle, bo ludzie mieli ważniejsze rzeczy na głowie i zupełnie niedawno zaczęli kupować kwiaty dla przyjemności. A wcześniej to tylko z okazji chrzcin, ślubów, imienin czy pogrzebów. Teraz kupują kwiaty po prostu dla samych siebie. Ja uważam, mówi kwiaciarka, że od tego momentu zaczęła się normalność, której nie było po wojnie. Jeśli sobie dyskutujemy o formie w literaturze, o literaturze, reportażu, czy reportaż jest fikcją, czy faktem, to znaczy, że trwa normalność, taką analogię bym zrobił.

W książce cytujesz Hannę Krall, że „rzeczy bez formy są bezwstydne”. Dodajesz od siebie, że „forma jest jedną z głównych bohaterek reportażu”. Czy można tworzyć reportaż, w którym forma jest ważniejsza od bohatera, forma jest bohaterem?
– Forma nie może być nigdy ważniejsza od bohatera, ma mu pomóc, żeby zaistniał w taki sposób, aby czytelnik go zapamiętał, przeżył jego historię. Forma musi być służebna. Jeśli forma jest ważniejsza od bohatera, wtedy jest to puste, wtedy chodzi tylko o to, żeby reporter lub reporterka się popisał/a swoim talentem. Natomiast forma może być i jest bohaterką takiej książki quasi-eseistycznej jak moja o reportażu, czyli „Fakty muszą zatańczyć”.

Niekiedy jednak forma wybija się na pierwszy plan, jak w twoim opowiadaniu faktu „Rzeka” z tomu „Nie ma”. Nie ma chyba dwóch trzecich słów, które mogłyby paść.
– Słowa, których tam nie ma, mimo ich braku coś mówią. One mają służyć temu, żeby czytelnicy przeżyli tę historię mocniej, niż gdyby były tam wszystkie słowa. Jeżeli napisałbym wszystko, o tym, że tata współżył z córką licealistką każdego ranka, to byłaby kolejna historia o molestowaniu. Coś mi podpowiedziało, żeby nie użyć wszystkich słów, których użyła bohaterka. Chciałem pokazać: o, tu macie momenty, kiedy urwałem te zdania, tu macie dziury w tej historii, musicie sami sobie dopowiedzieć, taki rodzaj ćwiczenia dla czytelników, i niektórzy nie wczytywali się, tylko przekartkowali, ale są i tacy, którzy czytali ten tekst dwa-trzy razy, bo za każdym razem coś innego wstawiali w miejsce nieistniejących słów. Tutaj forma ma być służebna, może się wydać dominująca, ale w mojej intencji ma służyć głębszemu przeżyciu tej historii, a właściwie przeżyciu po swojemu, zastanowieniu się: co ja bym dodał, a może ja też mam coś do powiedzenia?

W „Fakty muszą zatańczyć” piszesz, że reportaż jest funkcją czasu, miejsca, sytuacji, w której znajduje się reporter, zawsze jest przetworzony przez niego, czyli ta książka była jednak głosem w dyskusji?
– Głównie chciałem troszkę pokazać czytelnikom, którzy interesują się reportażem, że fakty zawsze podlegają interpretacji, a np. dialogi w reportażu, które przytaczamy, nie są dialogami jeden do jednego, są zgęszczone, my robimy syrop, eliksir opowieści.

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 39/2022, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

Fot. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 39/2022

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy