Tag "Kresy"
Nasza wspólna historia
Nie było państwa polskiego, ale był polski Lwów
Prof. Stanisław Sławomir Nicieja – historyk biografista, autor monumentalnego, dotychczas 23-tomowego cyklu „Kresowa Atlantyda”
Nie ma Kresów bez Lwowa, ale też bez Ukrainy i Ukraińców. A przecież jeszcze przed wojną mówiono o nich Rusini, wyróżniała ich przede wszystkim religia.
– Współczesna Ukraina ma bardzo krótką historię. Jako osobna społeczność Ukraińcy wyraziście ujawnili się dopiero po 1848 r., czyli po Wiośnie Ludów. Markijan Szaszkewycz, Iwan Wahyłewycz oraz Jakiw Hołowacki to była ta trójca, która zaczęła udowadniać, że jest absolutnie osobny naród ukraiński i naród ten ma swój własny język. Takiego stanowiska nie akceptowali ani Rosjanie, którzy uważali, że ten język to zepsuta ruszczyzna, ani Polacy, uważający, że to zepsuta polszczyzna. Ale trzej wymienieni intelektualiści – nazwani Ruską Trójcą – nie ulegli i podjęli intensywną działalność, aby wykazać, że racja jest po ich stronie.
Ruska Trójca, działająca głównie we Lwowie, postanowiła społeczność posługującą się językiem, który Rosjanie i Polacy uważali za jakieś gwarowe wynaturzenie, nazwać Ukraińcami, a państwo Ukrainą, co etymologicznie oznacza ziemię rodzimą. To państwo miało być zamknięte granicami od Charkowa na wschodzie po Przemyśl na zachodzie.
Wielka idea.
– Ruska Trójca i kontynuatorzy jej myśli, tacy jak Wołodymyr Barwinsky, Kost Łewycki, Julian Romanczuk czy Iwan Franko, jeden z największych pisarzy i publicystów ukraińskich, nadali tej idei wielką dynamikę. Po 1864 r. proces przyśpieszył – Ukraińcy tworzą we Lwowie swój teatr, a Anatol Wachnianin ukraińskojęzyczne stowarzyszenie społeczno-oświatowe Proswita; powstają ukraińskie gazety, szkoły, podręczniki itp. Z Kijowa do Lwowa, gdzie były nieporównywalnie większe swobody obywatelskie, przyjechał Mychajło Hruszewski, wybitny historyk, nazywany przez Polaków ukraińskim Lelewelem; napisał on dziesięciotomową historię Ukrainy-Rusi, od Jarosława Mądrego i książąt halickich.
I ten naród, żyjący między Moskalami a Polakami, pomieszany, zaczął mieć swoją świadomość.
– Wtedy też pojawiła się ideologia, którą Hruszewski i jego następcy wzięli na sztandary. Ukraińcy wzięli przykład z Polaków.
W jaki sposób?
– Miejmy świadomość, bo to absolutny unikat, że w czasie zaborów nie tylko utrzymaliśmy polskość we Lwowie, ale, mimo niewoli i braku swojego państwa, Polacy wręcz zdominowali to miasto językiem i kulturą. Miasto, w którym przecież żyło kilkanaście innych nacji. Po 1772 r. austriacka administracja zaborcza wysłała do Lwowa całe zastępy urzędników germanizatorów. Miasto miało się nazywać Lemberg, a wszystkie instytucje, z ratuszem na czele, miały szyldy w języku niemieckim. Jak opisywałem Cmentarz Łyczakowski, założony cesarskim dekretem w 1783 r., to wykazałem w swojej monografii, że przez pierwsze 40 lat nagrobki w większości miały inskrypcje w języku niemieckim. Dopiero po roku 1830 polskość zaczęła wracać falą i z roku na rok zyskiwać dominację. W mieście, w którym obok siebie żyło tych kilkanaście nacji, w tym tak dynamicznych jak Żydzi, Ormianie, Austriacy, Czesi, Węgrzy, no i rozbudzeni narodowo Rusini, przyjmujący nazwę „Ukraińcy”, Polacy wybijają się na plan pierwszy. Liczne rodziny żydowskie się polszczą, zasilając polską kulturę twórcami – jak Marian Hemar, Józef Wittlin, Stanisław Jerzy Lec, Ostap Ortwin czy Stanisław Lem – głęboko w nią wrośniętymi, głoszącymi, jak Hemar, że „polszczyzna to ich ojczyzna”.
To zaskakujące?
– Na przykład Żydzi wileńscy nie ulegli procesowi polonizacji, tam objawił się główny ośrodek języka jidysz, a prócz jidysz używali języka rosyjskiego. We Lwowie, stolicy austriackiej Galicji, Polacy byli namiestnikami, prezydentami miasta, rektorami uniwersytetu i politechniki, dyrektorami poczty czy dworca kolejowego. Nie było państwa polskiego, ale były dwa polskie teatry, polska filharmonia, kilkanaście polskich gimnazjów, wielkie biblioteki – Ossolińskich i Baworowskich, polskie muzea – w tym etnograficzne Dzieduszyckich, galerie obrazów, wielka Panorama Racławicka, pokazująca triumf oręża polskiego nad Moskalami. Stawiano pomniki polskim twórcom, np. Fredrze, Ujejskiemu, Mickiewiczowi.
A urzędnicy cesarscy, kupcy?
– Ci Niemcy i Austriacy, którzy przyjechali germanizować miejscową ludność, żenili się z Polkami i przez nie – co też jest swoistym fenomenem – byli skutecznie przerabiani na Polaków. Jak się weźmie przedwojenną książkę telefoniczną miasta Lwów, to tam co drugie nazwisko jest niemieckie
Robert Walenciak
r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
Jerzy Domański
j.domanski@tygodnikprzeglad.pl
Paweł Dybicz
p.dybicz@tygodnikprzeglad.pl
Kustosz kresowej pamięci
Napisałem 23 tomy sagi kresowej. Piszę dalej…
Prof. Stanisław Sławomir Nicieja – historyk biografista, autor monumentalnego, dotychczas 23-tomowego cyklu „Kresowa Atlantyda”.
Pisze pan kolejne tomy „Kresowej Atlantydy”?
– Tak, piszę rytmicznie. Przez ostatnie dwa letnie miesiące napisałem prawie połowę 24. tomu. Miastem wiodącym będzie Nowogródek i w tym rozdziale mierzę się z największym mitem i legendą polskiej literatury, a nawet historii Polski – fenomenem Adama Mickiewicza. To nie było proste. O Mickiewiczu napisano tysiące artykułów, jest sto różnych biografii. Jak powiedzieć coś oryginalnego na dziesięciu stronach? Sądzę, że znalazłem klucz! I piszę dalej. Póki oczy dają radę.
Dlaczego oczy?
– Bo przy tym, co robię, trzeba dużo czytać. Trzeba ściągać rzadkie rzeczy. To jest główna siła moich książek, że wyciągam opowieści z rodzinnych archiwów oraz rodzinnych samizdatów i wprowadzam je do kolejnych tomów. W swoim domu na wsi, gdzie głównie pracuję, mam w zbiorach, w bibliotece, ok. 7 tys. książek, które wydały rodziny. Czasem książka została wydana w 12 egzemplarzach, czasem w 50. Lekarz, adwokat, notariusz, inżynier na emeryturze czy rolnik pisze historię swojej rodziny, chce ją zostawić wnukom. Czasem jest tak perfekcyjny jak porządny historyk. Zawodowi historycy częstokroć lekceważą takie rodzinne wydawnictwa i archiwa. U zawodowych historyków przeważa kult archiwum państwowego oraz solidnej biblioteki naukowej. Bo można dać przypis: Archiwum Akt Nowych czy Zbiór Rękopisów z wrocławskiego Ossolineum – to ma być dowód, na jak solidnym warsztacie naukowym oparta jest monografia. A częstokroć w tych zasobach archiwalnych jest jakiś marny donos, uzłośliwiony list, plotka, faktograficzny bełt. Jest swoista sakralizacja zasobów archiwów państwowych. Ja mam do tego dystans. Często słyszę od kolegów z mojej profesji, że książki rodzinne to bajkopisarstwo.
Czasami mają rację.
– Owszem, są bajkopisarze, którzy tworzą biografie swojej rodziny, ale są też ludzie bardzo rzetelni, którzy mają kult faktu. Docieram do takich, zyskałem ich zaufanie, oni mi wysyłają swoje prace, ja to później wykorzystuję. Podam przykład: miejscowość Baranowicze pod Nowogródkiem. Przed wojną była tam słynna radiostacja, która toczyła walkę propagandową z radziecką stacją w Mińsku białoruskim. W ochronie polskiej radiostacji pracował Szymon Środa – polski Białorusin. Jego siostrzeniec Antoni Godycki-Ćwirko, prowadzący na Dolnym Śląsku duże ogrodnictwo, napisał na 140 stronach opartą na dokumentach historię swojego rodu, żyjącego w Baranowiczach od czasów Chodkiewicza. Wykorzystałem to, zrobiłem z tego pięć stron esencji do czytania, wykorzystałem z niej kilka zdjęć, które cudem przetrwały wojnę.
Nie wziął pan wszystkiego.
– Wtedy może nikt nie wziąłby mojej książki do ręki, poza rodziną. To też jest kwestia pewnych modułów, które stosuję. Bo wiem, że dziś ludzie czytają inaczej, zwłaszcza młodzież. Staram się więc do nich dotrzeć. Uznałem, że czytelnik nie musi książki czytać od deski do deski. Może ją otworzyć na 154. stronie, znajdzie tam trzy-, czterostronicowy moduł, który go zainteresuje. Znajdzie dobrze opisane zdjęcie. Z anegdotą. Jak go to zainteresuje, cofnie się albo pójdzie dalej i tam znajdzie inny moduł czy zdjęcie, które również go zaciekawi.
Opowieść szkatułkowa.
– Tak, dotyka pan istoty sprawy i wzorca, po który sięgnąłem – słynnej szkatułkowej powieści Jana Potockiego „Rękopis znaleziony w Saragossie”, będącej moją ulubioną powieścią, i genialnego filmu Wojciecha Hasa o tym samym tytule. Ja stosuję moduły i muszę tu wyjaśnić, co rozumiem przez moduł. Jest to krótka opowieść o człowieku, grupie ludzi czy jakimś wydarzeniu, która sama w sobie stanowi swoistą całość. Norman Davies używa w książkach określenia kapsułka – w sposób encyklopedyczny próbuje zdefiniować jakieś zjawisko czy spuentować biografię.
Ma pan swoją metodę.
– I ja tą swoją metodą, myślę, zdobyłem publiczność, bo jednak jestem czytany. Oczywiście nie jestem Remigiuszem Mrozem, ale „Kresowa Atlantyda” wyszła już w nakładzie ok. 250 tys. egzemplarzy, a historia Cmentarza Łyczakowskiego we Lwowie w ponad 300 tys. (sześć wydań). Każdy tom
Robert Walenciak
r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
Jerzy Domański
j.domanski@tygodnikprzeglad.pl
Paweł Dybicz
p.dybicz@tygodnikprzeglad.pl
Za tydzień ostatnia część rozmowy z prof. Stanisławem Sławomirem Nicieją:
- Dlaczego we Lwowie czczą Szuchewycza, a nie pamiętają o tych, którzy współpracowali z Polakami?
- Dlaczego lwowscy profesorowie nie mają swojej tablicy?
- Jak Zełenski zapisze się w historii?
Kustosz Kresowej Atlantydy
Piszę o miastach, w których Polacy żyli przez całe wieki
Prof. Stanisław Sławomir Nicieja – historyk biografista, autor ponad 40 książek i współautor z Jerzym Janickim kilkudziesięciu filmów telewizyjnych o Kresach, jeden z najpoczytniejszych polskich historyków; senator RP V kadencji, długoletni (cztery kadencje) rektor i budowniczy Uniwersytetu Opolskiego, renowator zabytków. Autor monumentalnego, dotychczas 23-tomowego cyklu „Kresowa Atlantyda”.
Zapowiadał pan, że skoro na Kresach było 200 miast i miasteczek, opisze je pan wszystkie w „Kresowej Atlantydzie”.
Ile będzie ostatecznie tomów?
– Niełatwa sprawa… Kiedy zaczynałem, myślałem, że zamknę to w jakichś pięciu tomach. I zrobiłem fatalny błąd, bo w pierwszym tomie zamieściłem pięć miast, duże aglomeracje, w tym trzy stolice województw: Lwów, Tarnopol i Stanisławów, a także Borysław i Brzeżany. O Lwowie, który czuję, którym przez lata się zajmowałem, napisałem 40 stron! A później o takich małych miasteczkach jak Gródek Jagielloński, Brody czy Żółkiew – po ok. 100 stron. W tym ostatnim, 23. już tomie, który skończyłem, o Chyrowie, liczącym ledwie 3 tys. mieszkańców, jest ponad 150 stron. Bo zagłębiając się w historię Kresów, natrafiłem na tak fascynującą enklawę faktów i niebanalnych życiorysów, że poniosło to szeroką falą moją opowieść. Nie potrafię więc powiedzieć, ile tomów jeszcze będzie.
Pan chciałby, aby zachowano pamięć o tamtej Rzeczypospolitej.
– Tak! Ale najpierw wyjaśnię, dlaczego ta „Atlantyda”. Miałem ponad 1,2 tys. spotkań autorskich, od 40 lat jeżdżę. Jedno ze spotkań, w esencjonalny sposób ukazujące problematykę, którą się zajmuję, odbyło się w Stanisławowie, czyli w Iwano-Frankiwsku. Zorganizował je lwowski konsulat. Na sali 400 osób, połowa Ukraińcy, połowa Polacy. Wśród zebranych był jeden z przywódców Prawego Sektora – partii, która narzuca dziś Ukrainie „prawdę”, że Bandera to przecież taki ich Piłsudski itd. Był przygotowany do spotkania ze mną, wszystko wiedział, jak dobry lustrator z IPN. Wiedział, gdzie się urodziłem, co w życiu napisałem, co robię. Wstał i ostro zapytał…
Po ukraińsku?
– Po ukraińsku. To język podobny do polskiego. Zapytał: Panie profesorze, dlaczego z uporem maniaka, i tak chcę powiedzieć ostro – maniaka, od 35 lat zajmuje się pan naszymi ukraińskimi miastami? Zaczął pan od Łyczakowa, to była książka roku, ciągle jest dodrukowywana, rozszerzana i szeroko kolportowana. A później pan się zajął Stanisławowem, Tarnopolem, Brzeżanami, Borysławiem, Drohobyczem i innymi miastami. Czy pan nie ma o czym pisać w Polsce? Nie może pan pisać o Strzegomiu, gdzie pan się urodził? Albo o Świdnicy, gdzie pan skończył liceum? Albo o Opolu, gdzie pan pracuje? A pan tu jeździ, z Jerzym Janickim zrobiliście kilkadziesiąt filmów, i dalej pan tłucze książkę za książką o naszych miastach. Pytam pana: naprawdę nie ma pan o czym pisać, tylko nam tu pisze swoją historię? Od części widowni dostał brawa, że pouczył jakiegoś Polaka, który tu się plącze i pisze.
I co pan na to?
– Popatrzyłem mu w oczy i powiedziałem: Proszę pana, ja nie piszę historii waszych miast. Jestem historykiem polskim i piszę historię swojego narodu. A muszę panu uświadomić, jeżeli pan jest niezorientowany, że Polska jako duże państwo europejskie, które ma tysiącletnią tradycję, nie leżała przez całe swoje istnienie w tym samym miejscu, jak leżą Francja czy Hiszpania. Polska miała pulsujące granice: inny kształt miała w czasach Piastów, inny w czasach Jagiellonów, inny w czasach Wazów. Później źle rządzona przepadła. Warszawa stała się miastem rosyjskim, Kraków austriackim, Poznań niemieckim. Przez 120 lat Polacy nie umieli odzyskać niepodległości. Wzniecali powstania, które kończyły się fiaskiem i lawiną nieszczęść. Aż wykorzystali koniunkturę polityczną i odzyskali niepodległość. Ale granice tej nowej, odrodzonej Polski były na Zbruczu, Dniestrze, Styrze, Horyniu, Niemnie…
Takie było wyobrażenie o Polsce.
– Gdyby wtedy ktoś powiedział, że Polska będzie nad Nysą Łużycką, uznaliby, że zwariował. Ale minęło ćwierć wieku i nie jesteśmy nad Horyniem i Niemnem, tylko nad Nysą Łużycką i Odrą. Jeżeli więc pan wymaga ode mnie – mówiłem do tego Ukraińca – żebym pisał tylko o miastach, o państwie, w którym żyję, to pan wymaga, żebym wyciął sobie trzy czwarte mózgu. Bo gdzie urodzili się Moniuszko, Kościuszko, Słowacki, Zapolska, Grottger, Hemar, Herbert? Mogę do rana wymieniać wielkie nazwiska tych wszystkich Piłsudskich, Paderewskich, Chodkiewiczów czy Żółkiewskich. Ja nie piszę o waszych miastach. Piszę o miastach, w których Polacy żyli przez wieki i zostawili tam wyraziste ślady swojej obecności, m.in. w postaci świątyń, szkół, uczelni, pałaców, twierdz, cmentarzy itp. Odtwarzam
Robert Walenciak
r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl,
Jerzy Domański
j.domanski@tygodnikprzeglad.pl,
Paweł Dybicz
p.dybicz@tygodnikprzeglad.pl
Za tydzień druga część rozmowy z prof. Stanisławem Sławomirem Nicieją:
- Fenomen Lwowa – dlaczego wygrał z Krakowem?
- Uniwersytet Jana Kazimierza – zazdrościł nam go cały świat!
- Chyrów, Złoczew, Tłumacz, Kołomyja… Tajemnice Galicji – dlaczego ludzie piszą historie swoich rodzin?
- Ci nieopisani skazani są na zapomnienie. Czyli historia ludzi ważniejsza jest niż historia systemów.
Humus chwalicie, łupci nie znacie
Weganizm w Polsce ma długie i bogate tradycje Paweł Ochman – popularyzator kuchni wegańskiej, odkrywca potraw regionalnych, twórca nowych przepisów. Autor bloga weganon.pl i książek kucharskich, m.in. „Roślinnej kuchni kresowej”. Hasło „tradycyjne polskie potrawy” u mało kogo wywołuje skojarzenia z kuchnią wegańską. Pański blog i książki stanowią dowód, że dania bez mięsa, mleka i jego przetworów oraz jajek przez wieki były powszechne w jadłospisach naszych rodaków, zwłaszcza niezamożnych. – Na ponad 120 przepisów, które zebrałem
Reporter nie może bać się człowieka
Reportaż w swym duchu zawsze był lewicowy, stał po stronie ludzi często trudnych do sformatowania Mariusz Szczygieł Ostatnio debaty w literaturze to głównie spory o formę. Nudzi się nam czy naprawdę już nie ma o czym gadać? – Debata o formie to haust świeżego powietrza, a nawet haust normalnego powietrza. W jednym z dawnych reportaży Hanny Krall, a były to lata 60., wypowiadała się kwiaciarka z Wrocławia, która przyjechała jako przesiedlona z Kresów. Powiedziała, że kwiaty po wojnie nie sprzedawały się w ogóle, bo ludzie
Od ściany do ściany – „dekomunizacja” Świerczewskiego
Mało jest państw, w których historia służy jako pałka do walki politycznej i zohydzania przeciwnika W biografii księdza kapucyna Remigiusza Kranca (1910-1977) – kapelana 19. Pułku Ułanów Wołyńskich i Korpusu Ochrony Pogranicza w Ostrogu – pojawia się mało znany epizod związany z postacią gen. Karola Świerczewskiego, zabitego przez banderowców w Bieszczadach w marcu 1947 r. Śmierć – podobnie jak całe życie Świerczewskiego – była przez ponad pół wieku w Polsce mitologizowana. Napisano o nim dziesiątki
Zerwane łańcuchy
Niełatwy powrót Polski na Górny Śląsk w 1922 r. Oddziały polskiego wojska wkraczające 20 czerwca 1922 r. do Katowic rozpoczęły formalny proces przejmowania tej części Górnego Śląska, która została przyznana Polsce decyzją aliantów zachodnich. Sprawa przynależności państwowej Górnego Śląska rozstrzygnęła się w latach 1919-1921. Przedmiotem polsko-niemieckiego sporu była większość obszaru rejencji opolskiej pruskiej prowincji śląskiej, obejmująca część Opolszczyzny i teren przemysłowy z Katowicami na czele. Do przyłączenia tych ziem – mieszanych narodowościowo,
Bajanie o Kresach
Przypadek? A może wspólnota poglądów? Z jakiegoś powodu „Tygodnik Solidarność” (3/2022) przypomniał książkę Kazimierza Frąckiewicza „Polskość Kresów Wschodnich”. Istotą myśli Frąckiewicza jest „konieczność powrotu ziem wschodnich sprzed 1772 r. do Polski”. Ludzie różne książki piszą i mają do tego prawo. Gorzej, gdy ich odloty traktowane są z powagą. A nawet z poparciem. Autor tekstu w „Tysolu” Piotr Łopuszański ma z tym tylko jeden problem. „Nawet jeśli możemy się zgodzić z główną tezą, że Kresy Wschodnie nam się
Polska źle zarządza migracją
Trzymajmy się modelu praw człowieka Dr Michał Wanke – socjolog, pracownik Katedry Nauk o Kulturze i Religii Uniwersytetu Opolskiego Przed nami wyzwanie długoterminowe: nauczyć się żyć z rzeszą ukraińskich uchodźców wojennych. – My już żyjemy z bardzo dużą liczbą Ukraińców, którzy są trochę widoczni, a trochę niewidoczni dla społeczeństwa. Na Opolszczyźnie nie ma czegoś takiego jak społeczeństwo „obecne od dawna”, to bardziej skomplikowane. „Od dawna” to może powiedzieć mniejszość niemiecka, mniejszość polska, ale żadna większość nie jest tu od dawna.








