Polska źle zarządza migracją

Polska źle zarządza migracją

Trzymajmy się modelu praw człowieka


Dr Michał Wanke – socjolog, pracownik Katedry Nauk o Kulturze i Religii Uniwersytetu Opolskiego


Przed nami wyzwanie długoterminowe: nauczyć się żyć z rzeszą ukraińskich uchodźców wojennych.
– My już żyjemy z bardzo dużą liczbą Ukraińców, którzy są trochę widoczni, a trochę niewidoczni dla społeczeństwa. Na Opolszczyźnie nie ma czegoś takiego jak społeczeństwo „obecne od dawna”, to bardziej skomplikowane. „Od dawna” to może powiedzieć mniejszość niemiecka, mniejszość polska, ale żadna większość nie jest tu od dawna. Jako Polacy występujemy w roli społeczeństwa goszczącego. Przyjmujemy cudzoziemców, w większości Ukraińców, ale niespecjalnie to planujemy ani niespecjalnie tym zarządzamy. Mówi się o różnych modelach przyjmowania cudzoziemców. Większość wychodzi z założenia, że jest jakiś naród, społeczeństwo, samo się stanowi, rządzi terenem, ustala warunki i najlepiej, żeby nikt nie przyjeżdżał i nie burzył tego porządku. Ale migracje są nieuniknione, przekonujemy się o tym także teraz, w tych bolesnych okolicznościach. Ludzie będą się przemieszczać, by uciekać przed wojnami, szukać lepszego życia, spełniać aspiracje itd.

Jak sobie radzą z tym inni?
– Są kraje, które zarządzają migracjami na zasadzie: jaki możemy mieć w tym interes, jacy ludzie do nas przyjadą, jaką lukę nam wypełnią. Wielka Brytania, Australia czy Kanada modelowo zarządzają swoją imigracją. Polska z kolei powoli dostosowuje przepisy, prawo pracy, by Ukraińcy mogli wspomóc naszą ekonomię, choć o tym powszechnie się nie mówi. Przedsiębiorcy proszą o liberalizację przepisów, rząd na to się zgadza. Dominuje jednak narracja wzmocniona w 2015 r., po tzw. kryzysie uchodźczym, który, jeśli chodzi o liczby, był o wiele mniejszy niż teraz, kiedy po jednym tygodniu wojny mamy pół miliona uchodźców. Po tamtych wydarzeniach zamknęliśmy się w sensie odczuć i postaw. My tych cudzoziemców nie bardzo chcemy. To kazus granicy z Białorusią i tych strasznych rzeczy, które tam się dzieją, to kazus Afgańczyków, których przyjęliśmy jako Polska trochę pod publiczkę. Zarządzamy migracją w nieodpowiedni sposób.

Rzuca się w oczy rasizm w przyjmowaniu i akceptowaniu uchodźców, dzielenie na lepszych i gorszych.
– To bardzo trudny temat. Ukraińcy również byli do niedawna obcy. Teraz przez wspólnego wroga zaimponowali Polakom walecznością, odwagą, niezależnością. To już nie są inni, to są nasi, którym chętnie pomożemy. Jest także rewers tej dynamiki – pozostają „inni”, którzy dotąd też byli „inni”, kolorowi młodzi mężczyźni z innych krajów, do których mamy podejście oparte na stereotypach różnic kulturowych. Te obrazki grup z Przemyśla, które będą chronić „nasze kobiety” przed studentami medycyny, Hindusami uciekającymi z Kijowa, są niepokojące, ale nie dziwią, jeśli zna się wyniki badań.

Wracamy do tego, że nie zarządzaliśmy migracją do Polski, a w ostatnich dziesięciu latach przyjechali nie tylko Ukraińcy, ale i Turcy, Syryjczycy, Hindusi, Gruzini, Kurdowie. Nie słyszałem o wielkich programach edukacyjnych czy integracyjnych. Tymczasem wszystkie grupy muszą wykonać pracę, bo nie można bagatelizować różnic kulturowych. Nie ma co się dziwić, że jako homogeniczne społeczeństwo tak reagujemy, widzę to w różnych środowiskach, m.in. akademickich.

Mamy tradycje wielonarodowej Rzeczypospolitej, Kresów zamieszkanych przez mniejszości narodowe, umiemy żyć z „innymi”.
– Do II Rzeczypospolitej bym nie sięgał, to było jednak narodowe państwo z mniejszościami. Za czasów PRL wszelkie objawy różnorodności, takie jak język niemiecki, śląski czy kaszubski, były tępione, głównie w szkołach. Nie mamy żadnych podstaw, by mieć kompetencje międzykulturowe, brakuje nawet prostego wyczucia. Opiekuję się naszymi studentami obcokrajowcami. Skala incydentów, z którymi się spotykają, jest ogromna, nie spodziewałem się, że w XXI w. w Opolu ktoś będzie się podkradał w autobusie do studentki z Zimbabwe i dotykał znienacka jej kręconych włosów. Ludzie komentują, oglądają się za studentami z Afryki i Azji, jest im trudniej wynająć mieszkanie, tym z Ukrainy zresztą też.

Co możemy i powinniśmy robić?
– Powinniśmy przestać przechodzić nad tym do porządku dziennego, myśleć: przyjadą Ukraińcy i będzie OK. To różne wartości, normy, sposoby działania, podejście do życia i spędzania czasu wolnego. Słyszę w swojej tzw. dobrej dzielnicy, że Ukraińcy nie umieją się zachować, bo się spotykają, śpiewają, biesiadują. Wszystko jest do przepracowania. To, kim jesteśmy, podstawa naszej tożsamości, jest zbudowana na tym, kim nie jesteśmy. Istnieje taka symboliczna granica: my i oni, nasi i nie nasi. Taka tendencja do organizowania świata przynależy do naszego gatunku i wymaga pracy nad zrozumieniem, porozumieniem. Tego brakuje.

Zapewne zacznie się pojawiać nacjonalistyczny ton wobec Ukraińców, pamięć o Wołyniu, rzeziach. Czy nastroje te odżyją po uniesieniach związanych z pomaganiem?
– One na pewno wyjdą, chwilowo śpią, są też pożywką do trollowania, do tego „dzielenia i rządzenia”. Widziałem raporty z kont społecznościowych, które sączyły propagandę antyszczepionkową, antycovidową i bardzo szybko przebranżowiły się na podgrzewanie konfliktów narodowościowych. Na świeżo przeważy narracja, że to bohaterscy Ukraińcy, ale słychać już komentarze: a co z Wołyniem, a banderowcy? Tak to jest, kiedy nie słucha się socjologów, humanistów; te tematy już dawno powinny być przepracowane. Są instytucje kultury, które mogłyby w tym pomóc. Mamy bardzo ważne Centralne Muzeum Jeńców Wojennych w Łambinowicach, które wykonuje tego rodzaju pracę, ale nie odbywa się ona w szkołach, na bazie edukacji. Tymczasem potrzebujemy dialogu, i to na temat trudnych spraw. A nie ma szybkiego rozwiązania. Na pewno zaczną się dyskusje, bo to pomaganie uchodźcom nas zmęczy, będzie kosztowało, a komuś będzie się opłacało podsycać ten jad. Te rzeczy załatwia się w bardzo długim procesie. Trzeba spojrzeć, jak Niemcy przepracowali II wojnę światową, mówimy o pokoleniach.

Czy perspektywa wieloetnicznej Opolszczyzny, ze Ślązakami, Polakami, mniejszością niemiecką, z doświadczeniami odmienności, może pomóc w budowaniu nowej rzeczywistości z migrantami?
– To ma znaczenie ogromne, ale niewykorzystane. To nie tylko wieloetniczność, to doświadczenia migracyjne, bo region ma tradycje emigracyjne, ludzie stąd wyjeżdżali, tu zostali również przesiedleni. Jest kapitał, tylko coś z nim trzeba zrobić. Ale etniczność to niejedyny wymiar, jest jeszcze religia czy światopogląd. Potencjał tkwi w instytucjach, organizacjach mniejszości, w liderach myślących bardziej w kategoriach praw człowieka. Wszystko zaś wymaga komunikacji, kampanii, a najgorsze będzie pozostawienie realiów samym sobie. Trzeba myśleć o dialogu, uwrażliwianiu. Zawsze będzie jakaś różnica, jakaś przeszłość, która może wybuchnąć.

Niezbyt powszechna w kontekście migrantów jest perspektywa praw człowieka.
– Mamy do czynienia z ludźmi, którzy mają swoje powody, żeby się przemieszczać, i zajmijmy się nimi jako ludźmi. Skoro chcą tu osiąść, dostosujmy szkolnictwo i kwestie socjalne do ich potrzeb, tak samo jak dla ludzi, którzy tu żyją. Mam nadzieję, że kryzys ukraiński będzie impulsem do przemyślenia tych spraw. Nie tylko siłą zrywu społecznego, który jest bardzo cenny, ale także jako system społeczny, w którym zaczniemy traktować migrantów jak ludzi. Upraszczać przepisy, pomagać im, a nie tylko zastanawiać się, jaki mamy interes w ich obecności. Migracja jest nieunikniona.

To brzmi jak myślenie utopijne.
– Wiem, ale szukam w tym szansy. Ta sytuacja pokazuje, żeby na migrację nie patrzeć z perspektywy czubka własnego nosa, narodu. Są inne wojny, nie tak bliskie, ale tak samo koszmarne – w Jemenie, Afganistanie itd. Nie możemy migracji rozpatrywać tylko pod kątem zarządzania ekonomicznego: nakarmimy, rozparcelujemy, może wypełnią luki na rynku pracy i będzie OK. Pozostaje model praw człowieka. Ta lekcja pokazuje nam to w makroskali, w reakcji NATO, UE. Solidarność, człowieczeństwo, prawo do samostanowienia, do różnorodności, z poszanowaniem innego, to kapitalne wartości, na których trzeba budować w skali mikro, w regionie i w państwie. To, co robią i mówią niektórzy politycy o wstawaniu z kolan, o porzucaniu Unii Europejskiej, nie prowadzi do niczego dobrego. W ekstremalnych warunkach zaprowadzi nas do Putina.

Fot. archiwum prywatne

Wydanie: 11/2022

Kategorie: Wojna w Ukrainie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy