Ekstrak(l)asa kontra Boniek

Ekstrak(l)asa kontra Boniek

„Maciej Wandzel bawi się zapałkami. Nawet jeśli nikt nie spłonie, to wszyscy zatrują się dymem – napisał w „Przeglądzie Sportowym” Krzysztof Stanowski. – Aż do października zapasy w kisielu: czy Maciej Wandzel obali Zbigniewa Bońka, czy może »Zibi« podtopi adwersarza? Korzyści z tej publicznej taplaniny nie będzie żadnej, natomiast szkody wymierne. Znam i cenię Macieja Wandzela. (…) Gdybym miał go określić jednym słowem, napisałbym: gracz. (…). Ten nasz piłkarski »naczelnik« (bo nie premier i nie prezydent) jest współwłaścicielem Legii, tym najcichszym, szefem Rady Nadzorczej Ekstraklasy SA, a prezesem Ekstraklasy SA zrobił swojego człowieka, Dariusza Marca. (…) Jeśli czytaliście ostatnio, że podczas zjazdu PZPN chciano uchwalić ważne poprawki do statutu – oszukano was. Nie, poprawki, które przez rokosz Wandzela przepadły, były zupełnie nieistotne, żadni poważni ludzie nie tracą energii na tupanie nogami w tak trzeciorzędnych sprawach. Chodziło wyłącznie o to, by przeprowadzić demonstrację siły, napiąć mięśnie”.

Jest zadyma, jest fajnie

W połowie 2013 r. (!) jeden ze znanych działaczy ironizował: „Spółce Ekstraklasa przydałaby się pompa napełniająca kasę, a nie kurek, którym wyciekają środki finansowe. Szczególnie teraz, gdy tak wiele klubów w zapisach licencyjnych ma na swoich stronach dopisek »niestabilna sytuacja finansowa«”. Drugi dodawał: „Jeżeli prawdą jest, że prezes zarządu spółki Ekstraklasa (do lipca 2015 r. – przyp. red.) Bogusław Biszof zarabia 80 tys. zł miesięcznie, to pośpiech przy wdrażaniu reformy Ekstraklasy można tłumaczyć chęcią wykazania się jakimkolwiek działaniem”.

Pod koniec tego samego roku sygnalizowaliśmy w PRZEGLĄDZIE (nr 48), że działanie osób kierujących polskimi klubami jest przerażające. Dysponują całkiem sporym majątkiem, ale jak nim zarządzają, to zupełnie inna sprawa. Rzeczywiście do klubów Ekstraklasy napływają coraz większe pieniądze. Jest to efekt kierowania naszą piłką przez ludzi – w większości – związanych ze sferą finansową, ale nierozumiejących sportu. A przy braku niezbędnej równowagi między znajomością finansów i sportu nawet w sferze ekonomicznej poruszają się oni jak dzieci we mgle. Dlatego pieniądze są fatalnie wydawane. Kluby to łakomy kąsek, lecz niejeden się nim udławił. Kiedyś Piotr Żelazny użył bardzo eleganckiego sformułowania: „W dalszym ciągu ani związek, ani spółka Ekstraklasa SA nie zapewniły sobie możliwości kontrolowania nowych właścicieli klubów”. Zapytałem więc, czy nie jest to przejaw skrajnej nieudolności albo, co gorsza, świadome udawanie, że nie ma takiej potrzeby? Mieliby bowiem ci panowie kontrolować samych siebie? Ich działalność zasługuje na oddzielną analizę i opisanie. Wystarczy spojrzeć na skład osobowy Zarządu i Rady Nadzorczej Ekstraklasy SA. To raczej towarzystwo wzajemnej adoracji, dobrzy znajomi (chociażby Maciej Wandzel i Bogusław Leśnodorski) na płaszczyźnie biznesowej i na stopie towarzyskiej. Sobie na pewno nie dadzą zrobić krzywdy, a co ma z tego piłka, widać gołym okiem.

Strony: 1 2 3

Wydanie: 11/2016

Kategorie: Sport

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy