Elektryczna strzelba

Elektryczna strzelba

Tragedia na kanadyjskim lotnisku ogniskuje się wokół słowa taser. Tak popularnie nazywane są paralizatory, jakimi posługują się na całym świecie rozmaite formacje siłowe. Nazwa urządzenia upowszechniła się od nazwy firmy Taser International w Arizonie, która go produkuje. Taser nie jest jednak nazwą leksykalnie przypadkową. To pierwsze litery „Thomas A. Swift Electric Rifle”. Tom Swift był tworem literackim, chłopcem, który w latach 30. i 40. zawładnął wyobraźnią swoich rówieśników na całym świecie, podobnie jak dziś Harry Potter. Powołał go do życia amerykański dziennikarz, pisarz i wydawca Edward Statemeyer. Od 1910 do 1941 r. ukazało się 40 powieści o Tomku i jego niezwykłych przygodach, w których wielką rolę odgrywała technologia. Dziesiąta książka cyklu „Tom Swift and Electric Rifle” traktowała o elektrycznej strzelbie, jaką polował na słonie w Afryce, nie czyniąc im żadnej krzywdy, a wręcz pomagając. Wszystkie powieści ukazały się pod pseudonimem Victor Appleton. Część z nich napisał sam Statemeyer, a resztę inni autorzy (którym podrzucał temat) zobowiązujący się do zachowania na zawsze anonimowości w zamian za sowite honoraria.
Akronim TASER przyszedł do głowy arizońskiemu wynalazcy Jackowi Coverowi, wychowanemu na lekturze Toma Swifta, który od 1969 r. zaczął pracować nad elektrycznym pistoletem. Dopiero jednak poznanie przezeń braci Thomasa i Richarda Smithów, też owładniętych ideą „nieśmiertelnej broni rażącej na odległość”, po tym jak Rickowi zabito kumpli z akademika, popchnęło naprzód realizację pomysłu. Założyli firmę i w 1994 r. zademonstrowali pierwszego tasera, w międzyczasie staczając zwycięską walkę prawną o nieuznawanie go za broń palną. Miało to ogromne znaczenie ze względu na restrykcje dotyczące posiadania broni palnej i obrotu nią w wielu stanach.
Standardowy taser jest urządzeniem emitującym ładunek elektryczny do 50 tys. woltów na odległość 10 m, który pokonuje warstwę izolacyjną ubrania pięciocentymetrowej grubości. Efektem jest porażenie mięśniowe, powodujące unieruchomienie i oszołomienie człowieka. Porażony człowiek pada na ziemię i nie może się poruszać przez czas pozwalający na dalszą akcję bezpośrednią. W założeniu taser powinien być oczywiście bezpieczny dla mięśnia sercowego zdrowego człowieka.
Światowa ekspansja „elektrycznego pistoletu”, wiążąca się ze zmianą firmy na Taser International, rozpoczęła się w 1998 r. Dziś zaopatruje ona 11,2 tys. organizacji w 44 krajach całego świata. Głównie policję i wojsko, choć także rozmaite służby bezpieczeństwa, więziennictwo, a od 2001 r. także osoby indywidualne. Sama tylko policja amerykańska zakupiła w Arizonie 260 tys. taserów. W 2003 r. wszedł na rynek „szlagierowy” model tasera X26.
Firma finiszuje właśnie z realizacją zamówienia Pentagonu na 12-strzałowy shotgun taser pozwalający skutecznie razić przeciwnika na odległość 35 m (100 stóp). Będzie to ni mniej ni więcej, tylko „elektryczna strzelba” Toma Swifta.
Taser w ogniu krytycyzmu znalazł się od chwili, gdy zaczęły występować problemy zdrowotne lub przypadki zgonów kojarzone z jego użyciem. Celowo nie piszę, że przezeń spowodowane, w żadnym bowiem z dotychczasowych 30 procesów przeciwko Taser International nie udowodniono wyłącznej winy paralizatora w wyprawieniu kogoś na tamten świat. Potężny dziennik „USA Today” został z kolei pozwany przez producentów tasera o gigantyczne odszkodowanie, kiedy w 2005 r. opublikował swój raport o rzekomym śmiertelnym ryzyku, jakie niosą paralizatory. Sprawa jest w toku.
Stanowisko firmy, opierające się na badaniach przez nią zleconych, jest konsekwentne: taser nie może spowodować śmierci, jeżeli jest właściwie użytkowany. Dość oczywisty jest także argument samych użytkowników paralizatorów, że zapobiegają one śmierci kilkunastu tysięcy ludzi rocznie, do jakiej doszłoby, gdyby razić przestępców lub podejrzanych z broni palnej.
W instrukcji użytkowania taserów zabrania się rażenia z nich osób chorych kardiologicznie (w tym przede wszystkim posiadaczy rozruszników serca) oraz chorych psychicznie. Zaraz jednak rodzi się pytanie, czy stróż porządku zawsze wie, do kogo wysyła swoje 50 tys. woltów. Oczywiście – nie zawsze.
– Czy mając w zasięgu rażenia faceta z prawdziwą bronią, który mnie nie widzi, powinienem go zapytać, czy ma może rozrusznik, czy raczej naciskać spust? – pyta mnie retorycznie oficer nowojorskiej policji.
Głównymi przeciwnikami stosowania paralizatorów są Amnesty International i organizacje ekologiczne. Domagają się one zabronienia stosowania taserów, powołując się na 17 przypadków śmierci w Kanadzie i 280 w USA. Twierdzą, że brak jest w pełni niezależnych badań, które mogłyby potwierdzić (lub zaprzeczyć), że taser to broń śmiertelna. Te zlecone przez Taser International uważają za niewiarygodne. Same jednak analogicznych, jak dotąd, nie zamówiły.
Śmierć Polaka w Vancouver zelektryzowała przeciwników i zwolenników paralizatorów. Taser International w specjalnym oświadczeniu pisze, że nieprawdziwa jest sugestia, jakoby Robert Dziekański zmarł na atak serca wskutek użycia ich broni. Zapis filmowy pokazuje bowiem, że Polak walczy po szoku elektrycznym, a śmierć w wyniku zatrzymania akcji serca jest natychmiastowa. Po zapowiedzi władz kanadyjskich wszczęcia dochodzenia publicznego szef firmy Tom Smith zadeklarował gotowość w nim uczestniczenia. „Taserowałem sam siebie, taserowałem mego brata. Mogę to powtarzać publicznie…”, mówił wzburzony przed kamerami telewizji kanadyjskiej CTV.
Zapewne byłoby dla strony kanadyjskiej bardzo wygodne, gdyby dochodzenie wykazało winę tasera, a nie funkcjonariuszy Królewskiej Kanadyjskiej Policji Konnej, którzy „opanowywali” Dziekańskiego. Warto przywołać z pamięci podobny przypadek. 5 maja 2005 r. z oddziału psychiatrycznego Moncton Hospital w New Brunswick wyszedł sobie na ulicę pacjent Kevin Geldart, bo go personel nie dopilnował. Ważył 160 kg, był bardzo silny i policja, która go po paru godzinach zlokalizowała, nie mogła sobie poradzić z zatrzymaniem. Poskramiając go, wielokrotnie użyto tasera. Po skuciu kajdankami rąk i związaniu nóg okazało się, że zatrzymany nie daje znaków życia. W szpitalu stwierdzono zgon. W lutym br. odbyła się rozprawa sądowa mająca stwierdzić, co było przyczyną śmierci. Werdykt powiada, że akcja policji była spowodowana agresywnym zachowaniem Geldarta. Równocześnie sąd salomonowy wydał nakaz bardziej wszechstronnego przeszkolenia policji w używaniu paralizatorów.
W przypadku Polaka jest jednak zapis filmowy pokazujący, że „Konni” atakują go od razu, bez jakiejkolwiek próby nawiązania kontaktu. Dla takiego działania sąd już nie będzie pewnie tak pobłażliwy.
Waldemar Piasecki, Vancouver/Nowy Jork

Wydanie: 48/2007

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy