Expo 2000 i ekologia

Kto pojechał do Hanoweru, by pytać o losy ochrony środowiska, musiał wrócić rozczarowany

W świecie przyszłości samochody zbudowane z czegoś przypominającego błonkę ściągniętą z jajka na twardo będą jeździły po czystych ulicach, wymijając ostrożnie rzesze rowerzystów w ekologicznych ubrankach. Zamiast pchać się do pracy autobusem, będzie można wysłuchać reprymendy szefa przez Internet. Te i inne udogodnienia na miarę XXI wieku zaprezentowano na hanowerskiej wystawie EXPO 2000, którą zamknięto w ostatnim dniu października.
Pomysł z półprzezroczystym samochodem pochodzi z Japonii. Nikogo to nie powinno dziwić – Japończycy zawsze lubili papierowe ściany, przez które wszystko widać. Dlatego w ich pawilonie z makulatury stał samochód przyszłości zbudowany z czegoś biało-żółtego, co przypominało zarówno błonkę zdjętą z jajka, jak i pusty kokon jedwabnika podświetlony żaróweczką od środka. Samochodzik miał być w pełni ekologiczny, a wykonano go z plastikowych odpadów. Zwiedzający zwracali uwagę jednak i na jego wady. Po pierwsze, wykorzystując energię słoneczną, taki pojazd może stanąć gdzieś w czasie zachmurzenia, a po drugie jest prawie przezroczysty!!!
O prawa do prezentowania w swoim pawilonie ochrony środowiska przez upowszechnianie pracy w domu z wykorzystaniem Internetu walczyło kilka państw, w wyniku czego ich pawilony były podobne. W ogóle większość ekspozycji opierała się na schemacie

jak z filmów z Jamesem Bondem

– mamy piękną przyrodę, którą staramy się chronić (tu kilka sielskich zdjęć). Mamy problem w postaci spalin, dużych miast i różnego rodzaju trucicieli (tu kilka tragicznych w wymowie sekwencji filmu), ale mamy sposoby, żeby sobie z nimi radzić. Jednak tym nie będziemy państwa nudzić. Dziękujemy za wizytę i następni proszę.
Być może winny był temu temat wystawy. Sformułowanie “Człowiek, przyroda, technika – powstaje nowy świat” przypominało nieco rozprawkę maturalną. Większość wystawców zdecydowała się na szybką przebieżkę po wszystkich tematach, które wiążą się z tytułem, dlatego w najciekawszym momencie trzeba było przechodzić do następnego pomieszczenia, a prezentacja się urywała. Miło było się dowiedzieć, że np. Norwegowie mają swój niezawodny sposób na ochronę środowiska, ale bliższych informacji nie dało się z zimnego ekranu wydobyć.
Inaczej swoich gości potraktowali Chińczycy. W przestronnej sali udostępnili zwiedzającym komputery, z których można było się dowiedzieć niemal wszystkiego o państwowych planach ochrony chińskiego środowiska. Mocno rozczarował się jednak ten, kto liczył na spotkanie z żywym przedstawicielem najliczniejszego narodu świata. Nawet

wirtualne chińskie pandy,

odżywiające się wirtualnymi pędami bambusa nie były w stanie pocieszyć zawiedzionych.
Kto czuł się niespełniony, mógł wrócić do pawilonu japońskiego i uratować Ziemię przed zagładą. Naciskając zapalające się klawisze, trzeba było wykazać się refleksem i umiejętnością pracy w zespole. Na zakończenie w nagrodę można było usłyszeć: “Właśnie uratowaliście naszą planetę” (gorzej, jeżeli się nie udało – gość usłyszawszy: “Szczerze się staraliście; niestety – nie udało się wam uratować Ziemi przed katastrofą”, wychodził markotny i od razu kierował się do pawilonu, w którym przy piwie świętowano Oktoberfest, aby złagodzić smak porażki…). Zdania dotyczące pawilonu polskiego były podzielone. Jedni się nim zachwycali, inni twierdzili, że niczym się nie wyróżniał. Puszcza Białowieska w centrum Hanoweru była swoistego rodzaju atrakcją, ale organizatorom chyba nie do końca udało się wytłumaczyć zwiedzającym, co to za wielkie, włochate zwierzę prezentowane jest na ekranie zawieszonym w samym środku pierwotnej puszczy. Zdziwione okrzyki niemieckich dzieci widzących po raz pierwszy biegające żubry (“Mamo! To fruwa!!!”) zdawały się to potwierdzać. Kopalnia soli w Wieliczce z papier-maché miała mniejsze powodzenie od siedzącego w pudle fortepianu bociana z czerwonymi nogami, a i tak największą atrakcją naszego pawilonu okazała się być

polska kiełbasa.

Poza pawilonami firmowanymi przez poszczególne państwa na Expo można było zwiedzać pawilony tematyczne. W kolejce do nich stało się “tylko” pół godziny (czyli średnio kwadrans krócej niż do pawilonów “narodowych”), dlatego przewijało się przez nie wielu gości. Pawilony dotyczące środowiska czy problemów światowego wyżywienia poza przedstawieniem sytuacji obecnej i katastroficznej wizji przyszłości nie dawały odpowiedzi na żadne pytania. Jedynym ciekawym elementem w tych nie firmowanych przez nikogo pawilonach była ciemna sala z niewielką ilością niebieskawego światła, po której snuły się powoli roboty przypominające monstrualne połówki jajka na twardo (znowu te jajka?), na których wyświetlone było oko.
Międzynarodowe organizacje ekologiczne również miały swoje pawilony, m.in. coraz popularniejszy w Polsce Światowy Fundusz na rzecz Przyrody WWF. Pracownicy WWF sprzedawali drzewa metodą adopcji na odległość – “tylko” za 200 marek (!) można było kupić sobie drzewo (fundacja gwarantowała, że uratuje je to od śmierci poprzez ścięcie), z czego był potrójny pożytek – satysfakcja z ocalenia życia “skazańcowi”, poczucie zadowolenia płynące ze świadomości, że wsparło się konto fundacji i jedna ze 135 tys. części olbrzymich, ceramicznych puzzli z wypisanym imieniem i nazwiskiem darczyńcy. Podczas trwania wystawy puzzle zajmowały ścianę okalającą pawilon WWF, a po zakończeniu ekspozycji miały być rozesłane do przybranych “drzewnych” rodziców w dowód adopcji.
Po powrocie z wystawy wysłuchałam różnych argumentów “za” i “przeciw” innych zwiedzających. Obok wielu różnic łączyło nas jedno – jeżeli ktoś lubi oddychać “europejską atmosferą”, czuć się “obywatelem świata”, czy chciał zobaczyć coś na miarę nowoczesnych szamponów, czyli cały świat w jednym miejscu – dobrze zrobił, że pojechał do Hanoweru. Jednak jeżeli pojechał tam szukać odpowiedzi na pytanie o losy ochrony środowiska, czy przyjrzeć się rozwiązaniom innych narodów – wrócił rozczarowany.

 

Wydanie: 45/2000

Kategorie: Ekologia

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy