Filmowe potyczki w alpejskim kurorcie

Filmowe potyczki w alpejskim kurorcie

Korespondencja z Ebensee

Austriacy perfekcyjnie wykorzystują każdą okazję, by chwalić się chlubnymi epizodami ze swojej historii

Ebensee w Górnej Austrii, alpejskie ośmioipółtysięczne miasteczko niedaleko Bad Ischl, Linz i Salzburga, kilka tygodni temu stało się słynne w całej ojczyźnie Mozarta. Przyczyną były wybryki młodych neonazistów na terenie byłego obozu koncentracyjnego, w którym zginęło ok. 8 tys. więźniów. Marsze, okrzyki antyżydowskie i antyimigranckie z symboliką nawiązującą wprost do faszystowskiej, niszczenie elementów cmentarza tam, gdzie dawniej znajdowały się obozowe baraki, niemal natychmiast spowodowały antymarsze mieszkańców i reakcję władz. Wydarzenie oficjalnie potępiono, a liderów lokalnych neonazistów aresztowano. Problem dotarł na forum austriackiego parlamentu.
– Austriacy mają problem ze swoją najnowszą przeszłością, oficjalnie zaczęto się z nią rozprawiać około 20 lat temu, dużo później niż w Niemczech – mówi prof. Said Manafi, filozof i kulturoznawca z Wiednia. Ludwiga van Beethovena zaadoptowano jako Austriaka, Adolfa Hitlera zaś powszechnie uważa się tu za Niemca, zapominając, skąd pochodził i że to Linz właśnie miał się stać centrum świata i niezwyciężonego Reichu. Można poczuć, że to Austria stała się pierwszą ofiarą faszyzmu, choć obywatele tego kraju witali hitlerowców tłumnie, z prawą ręką w górze, w 1938 r., kiedy ci wmaszerowywali do Wiednia. Austriacy wciąż niespecjalnie kochają Niemców, ci zaś z jedyną możliwą satysfakcją podkreślają, że przybyli do ojczyzny Hitlera.
Niezależnie od historii, co roku, już 21. raz w Ebensee, a 38. raz w ogóle, odbywa się w Austrii jeden z najstarszych festiwali filmowych kina krótkometrażowego – Festival Der Nationen, Festiwal Narodów, organizowany przez miłośników i twórców kina z Linz pod wodzą Ericha Riessa. Przez osiem miesięcy z grupą wolontariuszy, specjalnie biorących urlopy i planujących wakacje, by znaleźć się w Ebensee, pracują nad festiwalem.
Mimo powszechnych i w Austrii kłopotów finansowych dotykających kulturę ten niezwykły festiwal się odbył, być może po raz ostatni. Niezwykły, bo nie dość, że prezentuje kilkaset filmów z kilku tysięcy nadsyłanych co roku, realizowanych w różnych technikach, to jeszcze jury ocenia je na forum publicznym. Po każdym kilkugodzinnym bloku projekcji jurorzy dyskutują z twórcami i publicznością, co poza twórczą atmosferą jest tu cenione najwyżej. Najważniejsi byli goście i twórcy – kilkaset osób z całego świata, które w większości na własny koszt przyjechały do Ebensee. – Gościliśmy filmowców z USA, Kanady i z krajów zachodnioeuropejskich, ale też z Rumunii, Rosji, Ukrainy i Słowenii. Przez siedem dni kilkaset osób oglądało filmy na projekcjach i dyskutowało na spotkaniach. Z niektórymi spotykamy się od 20 lat – mówi dyrektor festiwalu, twórca filmowy Erich Riess.

Plac zabaw przy obozie

Pozazdrościć można Austriakom dbałości o podkreślanie swoich, skromnych wszakże, udziałów w ruchach antyfaszystowskich, jak choćby w Ebensee, które przez kilkanaście wojennych miesięcy było miejscem morderczej pracy więźniów lagru w kamieniołomach i przy produkcji broni w fabrykach w alpejskich skałach. Na wielu budynkach, miejscach pamięci czy w lokalnym Heimatmuseum widać troskę o prezentację historii najnowszej, choć mieszkańcy raczej zapomnieliby chętnie o okresie nazizmu. Nieodległe, widoczne z daleka kamieniołomy przywołują pamięć sprzed prawie 70 lat. Skalne korytarze i fragmenty fabryk można zwiedzać, po drodze natykając się na resztki torów kolejowych, zarysy budynków wartowni, rampę i bramę wjazdową. Od listopada 1943 r. przez 16 miesięcy więźniowie wydrążyli w skałach 7,6 km korytarzy. Przygotowywano się do badań nad rakietami międzykontynentalnymi. Później jednak naziści zarządzili produkcję elementów do czołgów i broni, a tuż przed zakończeniem wojny – paliwa. Więźniowie wydobywali wapień i sól, produkowali cement.
Z poziomu sztolni widać barwne osiedle domków jednorodzinnych z zadbanymi ogródkami. Nic dziwnego, gdyby nie fakt, że wjeżdża się do osiedla przez dawną betonową bramę obozu, mijając tabliczki z informacjami o miejscu pamięci. Kilkanaście lat temu zaproponowano prywatnym inwestorom sprzedaż tej ziemi pod budowę domów. Plac zabaw, pełen radosnych głosików dzieci, jest tuż obok muru cmentarza. Dziecięcy bucik i kamyki pozostawione na ławce przy cmentarzu jako element happeningu, przypominają przeszłość. Zdarty napis informujący o parkingu na terenie dawnego KZ, zadbane mogiły, w tym polskie, żydowskie, czeskie, serbskie i rosyjskie… A życie obok toczy się dalej.
Ebensee to także miasto słynnej fabryki chemicznej Solvay, która już od 1913 r. oferowała swoim pracownikom płatne urlopy, a także ubezpieczenie chorobowe oraz dla sierot i wdów. Transport urobku wapienia odbywał się wagonikami kolejek linowych. Również niektórzy robotnicy jeździli do domów kolejką linową, po raz pierwszy równo 100 lat temu. Nietrudno o takie informacje, na ogrodzeniach i stojakach wiszą metalowe tablice z krótkimi historiami miejsc, urządzeń, nawet tych niespecjalnie dla turysty ciekawych, a jednak będących świadectwem dziejów okolicy. Podobnie jak płaskorzeźby na ścianach prywatnych domów, wskazujące, czym mieszkańcy się zajmowali: krawiectwem, szewstwem czy wyrabianiem garnków.
W centrum Ebensee na każdym budynku, który był zniszczony podczas wojny, widać metalową plakietę z informacją o tym fakcie i późniejszej odbudowie. Znalazłam ich kilka w mieście. Po drodze do kina mijam potężny plakat wiszący na ścianie szkoły – zdjęcie z lutego 1934 r. Napis obok wyjaśnia, że scena z grupą robotników pod ścianą i pilnującymi ich mundurowymi przedstawia pierwszy na świecie bunt socjaldemokratycznych działaczy i robotników przeciw ograniczaniu demokracji i praw politycznych związany z rosnącym faszyzmem. Miał miejsce również w Ebensee i dla 26 robotników zakończył się wyrokami więzienia, w innych częściach kraju nawet wyrokami śmierci. Uznawany jest przez Austriaków za pierwszy akt sprzeciwu w 11-letnim okresie faszyzmu i nacjonalizmu w Austrii.

Dziękuję po wielokroć

„Po stokroć dziękuję”, „dziękuję po wielokroć” – to najczęściej słyszane słowa w pensjonatach i restauracjach nie tylko w regionie Salzkammergut z 76 jeziorami, gdzie leży Ebensee. Region, do którego należy słynne Bad Ischl, ulubiony kurort cesarza Franciszka Józefa i jego małżonki Sissi, utrzymuje się głównie z turystów. Dobry turystyczny schooling i geny, które w państwie żyjącym z kuracjuszy, narciarzy i urlopowiczów wykształciły się przez pokolenia. Wyjątkowa grzeczność jest tu cechą naturalną. Do tego przywiązanie do trachtów, czyli kobiecych strojów wzorowanych na ludowych, noszonych z dumą nawet podczas Festiwalu Mozartowskiego w Salzburgu na najdroższych spektaklach operowych i koncertach. Lokalny koloryt tworzą też męskie skórzane spodnie za kolana z grubymi wełnianymi skarpetami i koszulami w kratkę, filcowe kapelusze i peleryny na chłód i deszcz. Najdroższe spodnie ze skóry jeleniej kosztują ponad 700 euro, z koziej – około 500. W secondhandzie można już się ubrać w skórzane portki zdobione guzikami z jelenich rogów i haftami z szarotką nawet za 50-70 euro. Palatschinken, slivovitz i pischinger przywołują galicyjskie nazwy potraw z okresu cesarsko-królewskiego, znane choćby z Krakowa. Schlagobers i verlangerte to synonimy austriackiego stylu picia kawy, podawanej z bitą śmietaną i szklanką wody. No i hierarchizacja kelnerów, od początkujących, przeważnie chłopców, niezmiennie w długich fartuchach, którzy wykonują polecenia starszych rangą i stażem kelnerów i panów ober. Żadne tam mini i długie nogi kelnerek, w tym zawodzie w dobrej restauracji obowiązuje długi fartuch, spięte włosy, czyste paznokcie i obowiązkowe pytanie „czy smakowało?”. I „dziękuję po wielekroć”.

Reportaż popijany almdudlerem

Na rozpoczęcie i zakończenie festiwalu w Ebensee burmistrz miasta wystąpił – jakżeby inaczej – w miejscowym stroju. Nie uchylił się od skomentowania niesławnych wydarzeń z neofaszystami w roli głównej, co było dobrym pomysłem. Podobnie jak międzynarodowy skład jury – dwoje Czechów, Polka, Niemiec, dwóch Austriaków. A filmy? Mocna czeska, francuska i ukraińska animacja. Świetne brytyjskie komedia i reportaż. Smakowite młode kino brazylijskie i rumuńskie. Islandzka i łotewska oszczędność, francuska przewrotność, amerykańska gangsterska klasyka w czerni i bieli. Zwycięzcą został bezapelacyjnie niemiecki „Interview” Fabiana Schmalenbacha. Nakręcony w znakomitym tempie i reporterskim stylu, świetnie zagrany film pokazuje żarłoczność i bezwzględność telewizyjnych reporterów. I potrzebę pojawienia się na ekranie za niemal każdą cenę. Ku refleksji. Ze Złotym Niedźwiadkiem za piękną i dowcipną animację w plastelinie pt. „Jak zostać animatorem” wyjechała też młodzież z Kijowa, ze studia animacji Krok.
Ciekawe były dwa inne nurty. Bohaterem pierwszego był stary człowiek i jego choroba, demencja, ale i dowcip, fantazja i dziecięca wrażliwość, widziane oczami młodych i starszych twórców z różnych kultur, m.in. Roberta Cambrinusa z Wielkiej Brytanii w filmie „Good Muslim” („Dobry Muzułmanin”). Drugi nurt dotyczy dzieci – osamotnionych, nieszczęśliwych, poddawanych tresurze szkoły i społeczeństwa, zarazem uczących się, jak kłamać, by przetrwać w świecie dorosłych. Twórcy tymi filmami wiele powiedzieli o społeczeństwie, traumie czasów szkoły i rzeczach ważnych, wartych zachowania, jak we francuskim „Il était une fois” („Pewnego razu”) Anaďs Vachez. Również o dorosłych, którzy uczą się – od dzieci. Były też znakomite reportaże z podróży, trzy świetne filmy o zwierzętach – o walkach byków, gęsiach i ślimakach, jakkolwiek dziwnie ten zestaw brzmi. Ale były i swoiste festiwalowe nieszczęścia: „pocztówki” z aspiracjami do reportażu z drogich wyjazdów i wycieczek autokarowych, intymne opowieści do rodzinnego oglądania i eksperymenty z cierpliwością widowni. Najmocniejszą stroną festiwalu były krótkie formy fabularne, zwłaszcza niemieckie, austriackie i francuskie, te były swoistą Schlagobers, bitą śmietanką na festiwalowym cieście.
Alpejskiemu Ebensee świat filmu i reportażu zawdzięcza jeszcze coś – niewielki śmigłowiec z zainstalowaną kamerą, którymi operator kamery i latającej konstrukcji steruje zdalnie za pomocą konsolety i dżojstików. Leo Hörak z Gmunden k. Ebensee, konstruktor, pilot i właściciel prywatnego studia filmowego wyprodukował już kilka takich maszyn, które kosztują ok. 17 tys. euro. – Odległość, na którą można wysyłać zdalnie sterowaną kamerę, może sięgać wielu dziesiątek kilometrów, w zależności od ukształtowania terenu. Śmigłowiec z kamerą może się unieść na wysokość ok. 2 tys. metrów, wyposażony jest w mechanizmy stabilizujące kamerę bez względu na położenie i tor lotu. Służył przy filmowaniu lawin, trudno dostępnych zboczy gór i miejsc czy wypadków drogowych i oczywiście do zdjęć reklamowych – wyjaśniał konstruktor podczas pokazu dla gości Festival der Nationen. Takich urządzeń w Austrii znajduje się kilkanaście, pracują często na zlecenia policji. W Holandii mikrośmigłowce z kamerami na pokładzie znajdują się już na wyposażeniu policji, która w ten sposób rejestruje korki na trasach czy inne zdarzenia.
Ebensee w czerwcu żyło jednak kinem z całego świata. Popijanym mostem, miejscowym kwaskowatym napojem gazowanym, i alpejskim ziołowym almdudlerem. Tydzień wystarczył, by je polubić.

Wydanie: 27/2009

Kategorie: Kultura
Tagi: Beata Dżon

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy