Franciszek kontra biskupi

Franciszek kontra biskupi

Czego możemy się spodziewać po Franciszku

Komisja kardynałów pracuje nad reformą kurii rzymskiej. W niedługim czasie przedstawi wnioski. Już teraz jednak ciekawość skłania nas do prognozowania tego, co będzie. Jak daleko sięgną zmiany i czy w ogóle są możliwe?
Na początku zapytajmy z emfazą, czy nie na tym polega urok tej najstarszej instytucji Zachodu, trwającej nieprzerwanie od połowy pierwszego tysiąclecia, że nie podlega ona dowolnym reformom, z nieodpartą siłą bowiem niesie w sobie logikę własnego systemu, polegającą na kumulowaniu władzy, jej centralizacji, poszerzaniu wpływów, aż do postulowanego stanu idealnego, którym ma być pełne zwierzchnictwo Wikariusza Chrystusa nad całą ludzkością. Żeby Chrystus był „wszystkim we wszystkich”, wyniesiony ponad ziemię jako Król i Pan. Wizja polityczna stapia się tu idealnie z religijną.
„Dłużej klasztora niż przeora” – to kościelne powiedzenie naświetla wymownie problem reformatora Franciszka. Dotychczas udawało się jedynie tym, którzy dążyli do wzmocnienia władzy, jeśli więc dziś spodziewamy się ruchu w przeciwną stronę, możemy sobie wyobrazić, z jaką siłą przyjdzie śmiałkowi się zmierzyć. Trzeźwy osąd każe być sceptycznym. Oligarchiczna grupa rzymskiej kurii traci przywileje, zmiany budzą więc opór. Ten zaś nie musi być jawny, skuteczna obstrukcja polegać może na pełnym poparciu dla wniosków, uznaniu słuszności kierunku, wsparciu i… robieniu swojego. Wychowani w autorytarnej mentalności biskupi nie potrafią funkcjonować poza silnie zhierarchizowanym, poddanym pełnej kontroli układem społecznym. Swoboda wypowiedzi i działania przeżywana jest przez nich jako chaos i anarchia. Dobrze pamiętamy retorykę lat 80. w naszym kraju, gdzie ówczesne władze systematycznie przed owym chaosem i anarchią przestrzegały.

Papież mało strachliwy

Rozliczne wypowiedzi papieża Franciszka zaskakują, wymagają więc jakiejś szerszej interpretacji. Na nią jednak jest za wcześnie. Znajdujemy się w ogniu wydarzeń, w momencie wypowiedzenia wojny i rozpoczęcia pierwszych potyczek. Papież przemawia do swoich gwardzistów, by nie ulegali plotkom, a więc by sami nie plotkowali, nie knuli i mieli oko na tych, którzy knują, szemrają po kątach, tworząc front opozycji. Papież dymisjonuje podejrzanych o pedofilię, zamyka zagraniczne konta banku watykańskiego (dziś wysoce prawdopodobna jest jego likwidacja – idea franciszkańska za tym przemawia). Codziennie dostajemy nową porcję takich informacji.
Wydaje się, że Franciszek rozumie mechanizmy rządzące kurią, mechanizmy władzy. Niewątpliwie jest więc postrzegany przez kurialne frakcje jako śmiertelne zagrożenie. Tym bardziej że starszy pan, wesoły, bezpośredni, sympatyczny, „niepompiasty” (przepraszam za ten neologizm), jest w dodatku mało strachliwy. Stosuje broń paraliżującą wszelkie struktury dyskretne, mafijne czy paramafijne. Jawność. Codziennie relacjonuje mediom postępy na „polu walki”. W takiej sytuacji „spiskowcy” (zwolennicy status quo) mają związane ręce. Bezradni we wzbierającej wściek­łości, miotać się będą przygnieceni logiką wydarzeń, na które nie mają wpływu. Światło zabija podziemne zwierzęta, paraliżuje głębinowe ryby.
Franciszek krytykuje bez ogródek wady kleru. To przez niego pytamy dziś biskupów, dlaczego jeżdżą tak drogimi samochodami, dlaczego pobierają pieniądze za usługi religijne. Pytamy „podpuszczeni” przez papieża, sprowokowani „niefrasobliwością” Jego Świątobliwości.
Owszem, ogólne wypowiedzi o ubóstwie, naśladowaniu Chrystusa przez kapłanów, które co roku pojawiają się w listach na Wielki Czwartek – to jest naturalne. Ale żeby bezpośrednio czepiać się publicznie podwładnych, uderzać w miejsca wrażliwe, odsłonięte, których nie sposób ochronić?
Franciszek łamie niepisaną zasadę lojalności korporacyjnej, ową zmowę milczenia zżerającą niejedną grupę zawodową, choćby lekarzy, którzy nic nie powiedzą w sądzie o błędach kolegów. Reakcją kleru musi być frustracja i poirytowanie. Co ciekawe, powinno być także osłabienie hamulców lojalnościowych. Nie należałoby więc nadmiernie się dziwić, gdyby niektórym naszym hierarchom wymknęło się publicznie krytyczne słowo wobec Franciszka.

Będą reformy

Czy papieżowi uda się reforma? Są argumenty przeciw, ale są też za. Badania Yves’a Congara, wybitnego teologa katolickiego drugiej połowy XX w., wskazują, że struktura władzy Kościoła katolickiego była z reguły emanacją (imitacją) struktury władzy społeczeństwa danej epoki. W średniowieczu Kościół był feudalny, w nowożytności stał się monarchią absolutną podobnie jak inne państwa w Europie. Dzisiaj więc, w epoce demokracji, Kościół nolens volens także upodobni się do otoczenia. W warunkach wolności autorytarne struktury na zasadzie dekompresji są rozsadzane od wewnątrz. Zabraknie kadr wychowanych w autorytarnych i patriarchalnych relacjach. Reakcjoniści buntujący się przeciw zmianom sprowokowanym przez ostatni sobór nie mają w dłuższej perspektywie szans.
Wszystko to oczywiście przy założeniu liberalnej tezy istnienia stałego postępu społecznego, nieodpartej siły potrzeby wol­ności w człowieku, która stopniowo będzie przezwyciężać potrzebę autorytarną, familiarno-zaborczą. Nie zapominajmy: to założenie jest tylko wyrazem nadziei, nie istnieje dziejowa konieczność.
Na razie jednak zmienia się wyraźnie mentalność ludzi wychowywanych w duchu wolnościowym. Coraz gorzej odnajdują się oni w autorytarnym świecie, w klimacie braku szacunku dla odrębności i prawa indywidualnego wyboru sposobu życia. A tradycyjne kuźnie autorytaryzmu, organizacje typu Opus Dei czy rekrutacja do seminariów młodzieży z ubogich środowisk (zwłaszcza z Trzeciego Świata, lecz także z Polski), dla której jest to awans i nauka życia od podstaw, mogą nie wystarczyć.
Papież Franciszek zapowiada reformy. I najwyraźniej jest zdeterminowany. Nie do końca znamy ich kierunek, możemy się jedynie domyślać. Klarowna w jego przesłaniu była dotychczas kwestia ubóstwa i powiązanego z tym, niech raz jeszcze użyję nieistniejącego w języku polskim, brzydkiego jak noc słowa „odarystokratyzowania” duchownych. A więc zmiany stylu bycia.
Tu jednak nasuwa się istotne pytanie. Czy rzeczywiście są tak wielkimi wartościami ubóstwo i owa niearystokratyczność, a więc pokora, uniżenie itp.? Czy bogactwo i wyższość w hierarchii społecznej są czymś z gruntu złym? Te kwestie nie pojawiają się w dyskursie publicznym, a powinny. Ryzyko resentymentu jest bowiem przeogromne – nienawidzimy bogatych, bo sami nie potrafimy nimi być, czy to z powodu lenistwa, czy nieudolności. Nie mogąc ścierpieć bogatych, mówimy, że to złodzieje, ludzie z gruntu źli itd. Choć sam Franciszek kieruje się raczej osobistym doświadczeniem nędzy Trzeciego Świata aniżeli jakimś poglądem na temat „obiektywnej” wartości ubóstwa czy bogactwa.
Jest jeszcze tani sentymentalizm i pięknoduchostwo recepcji słów papieża. Odbiorcy jego przesłania mogą wcielać je w życie za pomocą prostego naśladownictwa. A więc stare buty, stary samochód, bezpośredniość kontaktów telefonicznych itp., odgrywanie zaplanowanej roli, wzmożenie pozerstwa, stylizowania się na ubogiego czy pobożnego – rzecz nieznośna w chrześcijańskiej kulturze od wieków. Zachowujemy się tak, by spełnić oczekiwania otoczenia.
Tymczasem bez zmiany społeczno-ekonomicznych uwarunkowań, popychających duchownych do owego pompiastego stylu życia, reformy Franciszka mogą pozostać jedynie pobożnym życzeniem. Jakie zmiany są potrzebne? Na dłuższą metę najskuteczniejsza jest zależność ekonomiczna (przepraszam za pesymizm w ocenie ludzkiej natury – bohaterowie, herosi to jednak przede wszystkim postacie z budujących opowieści). Parafianie wypłacają pensję proboszczowi – i wymagają. Proboszcz zatrudniony przez parafię na kilkuletnią kadencję będzie miły i sympatyczny, a wynoszenie się nad pracodawcę nie będzie mu w głowie, bo można go odwołać jeszcze przed końcem kadencji. Taka to dziwna jest ludzka natura i nie zmieni się jej nawet największym zaklinaniem duchów.
To tylko jedno z możliwych rozwiązań – najprostsze, pewnie jest ich więcej. Czy łatwo będzie wprowadzić podobne reformy? Z pewnością nie. Właśnie tutaj może się potknąć reforma Franciszka. Psychika autorytarnego duchownego nie zniesie takich rewolucji, raczej go rozbije, doprowadzi do stresu, depresji, utraty woli życia. Postęp dokonuje się przez wymianę pokoleń.

Bez celibatu

Reforma dotychczasowego sposobu funkcjonowania Kościoła wymaga rozhermetyzowania kasty zawodowej duchownych, którzy lojalność korporacyjną przedkładają nad zobowiązania moralne i religijne. Zapewne papież Franciszek jest tego świadom. Od czasu Soboru Watykańskiego II istnieją podstawy teologiczne do pełnoprawnego uczestnictwa świeckich w zarządzaniu diecezją i parafią. Z punku widzenia teologii katolickiej możliwe są wybory proboszczów, biskupów, choć faktycznie potrzeba by zmiany prawa. Mówi się, że świecka kobieta ma zostać kardynałem (bycie kardynałem to funkcja, a nie stopień święceń). Wszystko to byłoby czynnikami osłabiającymi hermetyczność kasty duchownych.
Formułę organizacji życia społecznego, w której proporcjonalnie wszyscy członkowie społeczności mają wpływ na jej zarządzanie, nazywa się demokracją. Słowo to jednak nie jest lubiane w środowiskach kościelnych, brzmi niebezpiecznie, budzi obawy przed anarchią, zdobyciem wpływów przez ludzi niepożądanych. To przesadne lęki. Problemem są mentalność i przyzwyczajenia.
Warunkiem sine qua non rozhermetyzowania środowiska duchownych jest zniesienie celibatu. Bez tego żadna reforma nie może się udać. Duchowni bez rodzin, zwłaszcza ci nastawieni na karierę w organach kościelnej władzy, żyją głównie problemami swojej korporacji, nie mają życia osobistego, są pozbawieni intymności i prywatności, co wzmacnia niepomiernie mechanizmy zamknięcia, knucia, plotkarstwa. Jeśli papież jest świadom złożonego mechanizmu instytucji kościelnych, a wiele wskazuje na to, że rozumie je lepiej, niżby mogło się wydawać, niewątpliwie zniesie celibat.

Księża milczą

Kolejny krok to sprzyjanie otwartej dyskusji. Promocja dialogu wewnątrzkościelnego, miejsc debaty, gdzie każde pytanie może zostać postawione, a każda teza podana w wątpliwość. W społeczności, w której nikt nie może powiedzieć spontanicznie i bezpośrednio tego, co myśli, bo ryzykuje utratę stanowiska albo ostracyzm środowiskowy, patologia opisywana barwnie przez Franciszka rozkwita bez przeszkód.
Kościół katolicki cierpi na brak instytucjonalnej i efektywnej możliwości wymiany myśli, zobowiązującej do wyciągania wniosków, wprowadzania zmian poprzez głosowania proporcjonalne do stopnia zaangażowania w życie kościelne. Chodzi o prawo do krytyki, która nie jest ryzykowna dla zabierających głos (zwłaszcza duchownych), nie jest tłumiona – przeciwnie, jest formalnie wspierana.
W Polsce mamy ponad 20 tys. księży. Nie wszystkich cechuje mentalność stronników ks. Rydzyka. Ich głosu jednak nie usłyszymy. Obowiązuje rodzaj zmowy milczenia (ryzyko jest zbyt wysokie), nie porusza się kwestii kłopotliwych, nie wypowiada własnego sądu. Nikt zresztą o to nie pyta przeciętnego wikarego bądź świeckiego. Sytuacja taka, jeśli trwa odpowiednio długo, jest czynnikiem demoralizującym. Zmienia osobowość człowieka, pozbawiając go samodzielności myślenia, a także owej cnoty męstwa, bez której żadna z cnót nie potrafi zakwitnąć. Za tradycyjnym katechizmem powiedzielibyśmy, że to grzech cudzy – milczenie wobec zła.
Dziś jedyną możliwością oddziaływania na to, co się dzieje w Kościele, pozostaje odwoływanie się do mediów. Nie ma innego publicznego forum, na którym świeccy czy duchowni mogą zabierać głos, tak by ich usłyszano. Dlatego odważni duchowni, np. ks. Lemański, ks. Isakowicz-Zaleski czy także ks. Mądel, odwołują się do opinii pub­licznej. Jeśli jednak – z braku innych możliwości – wewnętrzne problemy staną się przedmiotem ciągłej telewizyjnej debaty, będzie to patologizujące dla środowisk kościelnych – wywoła nadmierne skonfliktowanie, narastającą nieufność, aż do nienawiści, oskarżenia o zdradę itd. Media powinny raczej relacjonować wewnątrzkościelną debatę, a nie ją organizować.

Odwaga staniała, wolno więcej

Oburzenie opinii publicznej wobec zakazów wypowiedzi nakładanych na niektórych duchownych to nowość w naszym kraju. Tymczasem problem wolności wypowiedzi jest dolegliwością Kościoła katolickiego od wieków. Nakazywano milczenie wybitnym teologom XX w., twórcom tekstów soborowych. Kiedy niemiecki teolog Hans Küng apelował o refleksję nad ośmieszającym Kościół dogmatem o nieomylności papieża, został usunięty z katedry teologii. Nie było wtedy w naszym kraju obrońców wolności słowa.
Dziś jest inaczej. Odwaga staniała. Coś nie do pomyślenia w przestrzeni publicznej jeszcze kilka lat temu, przynajmniej do śmierci Jana Pawła II, mianowicie otwarta krytyka Kościoła w głównych mediach, staje się chlebem powszednim. Granica wyraźnie się przesuwa. Wolno więcej. Dziennikarze robią się rezolutni, bo już można, a tematy antyklerykalne okazują się chwytliwe. To, co było kiedyś myślą wywrotową, staje się mainstreamem.
Nawet katoliccy publicyści, choć nie wszyscy, złapali wiatr w żagle. Pisze Jarosław Makowski w kontekście zakazów nałożonych na ks. Mądela: „Skoro Bóg nie nałożył człowiekowi granic w myśleniu, to tym bardziej jest dziwne, że kaganiec na wolność myślenia zakłada Kościół”.
Czy jednak rzeczywiście dziwne jest, że Kościół nakłada kaganiec? Przecież robi to od dawna. W Kościele katolickim brak wolności myślenia i wypowiedzi jest normą (być może teraz to się zmieni, choć pewności nie ma). Wolności słowa sprzeciwiał się Pius IX w słynnym Syllabusie, ścigał ją Pius X przy pomocy Sapiniery. Każdy z następnych papieży, z wyjątkiem może Jana XXIII, miał swój wkład w tłumienie wolności myślenia i mówienia w Kościele. Długi pontyfikat Jana Pawła II doprowadził praktycznie do zaniku wolnej myśli teologicznej, wychował natomiast całe pokolenie usłużnych karierowiczów (karierowicz to człowiek, który nie mówi, co myśli, lecz mówi to, co przełożony chce usłyszeć).
Znającego historię teologa nie powinno więc dziwić, że „kaganiec na wolność myślenia zakłada Kościół”. To elementarne reguły kościelnej dyscypliny obowiązujące do dziś. Nie da się uciec od tego problemu deklaracją o Bogu wolnomyślicielu. Trzeba by śmielszej perspektywy – pytania o charakter związku Boga z Kościołem, czy przypadkiem nie są już po rozwodzie.
Trzeba głębiej się zastanowić nad sensem kościelnego ducha. Ma on swoje wewnętrzne autorytarne racje. Posłuszeństwo Bogu przez posłuszeństwo przełożonym, dyscyplina, samowyrzeczenie – to serce katolickiej duchowości. Przypomniał o tym trafnie bp Hoser w kontekście niesubordynacji ks. Lemańskiego. Kościół nie jest z ducha wolności (ks. Lemański jakby nie do końca się orientował, w jakiej organizacji funkcjonuje), a słowa o wolności w dyskursie religijnym (np. „Prawda was wyzwoli”) mogą być mylące. To tzw. wolność wewnętrzna, kwitnąca, jak uczy Kościół, tym bardziej, im bardziej ktoś poddaje się zewnętrznej opresji autorytarnej struktury (a więc poleceniom przełożonych, najlepiej niewygodnych, nieprzyjemnych itp.).
Tak jednak być nie musi. I to może się zmienić.

Rewolucja w mentalności

Przemiany dokonujące się w polskim społeczeństwie pokazują coraz wyraźniej, że „demilitaryzacja” kościelnych struktur jest warunkiem koniecznym do zachowania wiarygodności katolicyzmu. W naszym kraju trwa pełzająca rewolucja mentalnościowa. Dzięki swobodzie wypowiedzi pojawiają się w przestrzeni publicznej alternatywne wizje świata. Każdy mówi, co uważa, a niekiedy także to, co mu ślina na język przyniesie.
Niechybnie więc coraz większa część opinii publicznej uznawać będzie za groteskowy Kościół tłumiący swobodę wypowiedzi. Dawne czasy minęły bezpowrotnie. Nie sposób dłużej kontrolować stanu umysłów Polaków, jak miało to miejsce jeszcze w epoce pontyfikatu papieża Polaka, kiedy to polska dusza trwała w harmonii religijnej jedności – pospołu wierzący i niewierzący, praktykujący i niepraktykujący, z głębokim zrozumieniem wartości najwyższych.

Potrzeba zatem nowego otwarcia. Papież Franciszek jest dla wielu wierzących nadzieją na zmiany. Ich możliwość czy niemożliwość to pytanie, na które tekst ten miał odpowiedzieć, lecz odpowiedzieć nie potrafił – pogubiony w argumentach za i przeciw. Przyszłość pozostaje jednak wciąż czymś niepokojąco nieprzewidywalnym.

Autor jest filozofem, profesorem Akademii Humanistycznej im. Aleksandra Gieysztora w Pułtusku


Czy problemy Kościoła są większe niż możliwości papieża? Czy papież Franciszek odmieni Kościół?
Prof. Maria Libiszowska-Żółtkowska,
socjologia religii, UW
Także w stosunku do organizacji autorytarnej o hierarchicznej strukturze władzy, jaką jest Kościół katolicki, ma zastosowanie maksyma nec Hercules contra plures. Kościół jest instytucją o światowym zasięgu, jednoczącą hierarchicznie zorganizowany kler i rozproszony laikat. Jednoosobowa odpowiedzialność za pojawiające się w tej masie ludzi patologie, dewiacje czy jedynie „lapsusy językowe” jest myśleniem życzeniowym i trudnym do realizacji. Czym innym jest bowiem prymat oraz nieomylność w sprawach nauczania wiary i moralności, a czym innym wzięcie personalnej odpowiedzialności za zachowania i wybory poszczególnych osób. Wielość problemów, z którymi boryka się Kościół, domaga się sprawnych i sprawiedliwych rozwiązań. Ale to wymaga czasu. Papieżowi winni jesteśmy cierpliwość, zaufanie i wiarę, że jego charyzma i determinacja przełożą się nie tylko na zdyscyplinowanie kurii rzymskiej, lecz także na podniesienie morale całego Kościoła.

Prof. Zbigniew Stachowski, filozofia, religioznawstwo, Uniwersytet Rzeszowski
Historia Kościoła liczy prawie 2 tys. lat, nieraz potrafił on przetrwać w sytuacjach krytycznych. Ma strategie i techniki postępowania. Nowy papież, choć sympatyczny, ma swoje lata, a z tym wiążą się ograniczenia. Ograniczają go również tradycja i obyczaj. Obecne stanowisko Kościoła w sprawie wykroczeń księży o podłożu seksualnym to następstwo stanowiska wyrażonego w 1922 r. w tajnej instrukcji Kongregacji Świętego Oficjum (obecnie Kongregacji Nauki Wiary), którą wydano ponownie jako Crimen sollicitationis w 1962 r., za pontyfikatu Jana XXIII. W dokumencie tym na wszystkie osoby uczestniczące w wyjaśnianiu wykroczenia (przestępstwa) seksualnego nałożono pod przysięgą zobowiązanie do bezwyjątkowego zachowania najściślejszej tajemnicy do końca życia. W 1974 r. sprawy te objęto dodatkowo „sekretem papieskim”, który wyłożono w instrukcji Secreta continere, pragnąc bardziej uszczelnić tajemniczość tych wykroczeń. Wyjątkowa staranność Kościoła w zachowaniu pełnej tajemnicy w przebiegu spraw związanych z przestępstwami seksualnymi duchownych, w tym pedofilią, jest odpowiedzią na pytanie, dlaczego hierarchia kościelna marginalizuje problem. Otóż hierarchowie nadal są zobowiązani do milczenia i zatajania przestępstw przed opinią publiczną i nie są skorzy do ujawnienia tego, co na ich temat wiedzą. Skala tego rodzaju przestępstw w Kościele katolickim na świecie jest ogromna. Odpowiedzialność za jej tuszowanie w ostatnich dziesięcioleciach ponoszą Jan Paweł II i Benedykt XVI, którzy o wszystkich takich przypadkach byli informowani. Nie sądzę, by Franciszkowi było łatwo przezwyciężyć to, co niesie tradycja.

Dr hab. Małgorzata Winiarczyk-Kossakowska,
prawo, politologia, Uniwersytet Jana Kochanowskiego w Kielcach
Dla Kościoła katolickiego na świecie ten czas nie jest dobry. Papież próbuje uporządkować sprawy kurii rzymskiej, a jednocześnie stara się skłonić duchowieństwo do „powrotu do źródeł”. Ubogi Kościół papieża Franciszka, pochylający się nad losem każdego człowieka, bez względu na to, kim jest, Kościół miłosierdzia i wiary w boską i ludzką dobroć – czy hierarchii, choćby polskiego Kościoła, nawykłego do luksusu i zabiegającego o władzę i wpływy, także polityczne, łatwo przyjąć takie przesłanie? Myślę, że nie. Z drugiej strony, ufając zresztą w dobre intencje papieża, uważam, że wiara w to, że jego osobiste starania szybko doprowadzą do zmiany stanowiska wobec biedy, nietolerancji, odradzających się nacjonalizmów, nierówności społecznych oraz dyskryminacji kobiet, jest nadmiernym optymizmem. Bo papież musi się liczyć z nastawieniem głęboko konserwatywnych i postrzegających świat skrajnie odmiennie w stosunku do jego myślenia Kościołów lokalnych, zwłaszcza ich hierarchów. Chociażby polskiego Episkopatu. Ostatnie problemy z najprostszym powiedzeniem „przepraszamy” za przestępstwa pedofilii popełnione przez polskich księży pokazały, co tak naprawdę myślą biskupi. Abp Michalik przerzucający winę za molestowanie na dzieci, ofiary księży, nie jest w polskim Kościele wyjątkiem. Niestety! Optymizmem napawa za to strach kolejnych biskupów zmuszonych do odwoływania i przepraszania, ale tacy księża jak ks. Oko, znacząca postać polskiego Kościoła, są większością. Wierzę, że władze Polski „pomogą” księżom w zrozumieniu, że nie stoją oni poza i ponad prawem.

Prof. Michał Pietrzak, prawo wyznaniowe,
Wyższa Szkoła Zarządzania i Prawa im. Heleny Chodkowskiej
Wszystko zależy od dyscypliny w Kościele. Reakcja Kościołów krajowych może być inna. Niektóre bardziej od religii interesują się sprawami majątkowymi i nie wiem, czy będą słuchać papieża. Problemy widać, gdy trzeba zapłacić odszkodowanie. Dlatego skrywa się przypadki naganne. Już przeszło miliard euro Kościoły krajowe wypłaciły od połowy minionego wieku w formie odszkodowań dla pokrzywdzonych. Zwykle to kwoty kilkudziesięciu tysięcy euro, płacone z tego, co zarobiono na działaniach charytatywnych i innych. U nas taka sugestia wywołuje oburzenie. Zobaczymy, jak papież postąpi, choć wiadomo, że Kościół nie chciałby tracić majątków. Kiedy Edward Gierek chciał oddać Kościołowi w formie rekompensaty po 15 ha, na Ziemiach Odzyskanych zaś po 50 ha, wywiązała się dyskusja, a prymas Wyszyński oświadczył, że zadaniem Kościoła nie jest uprawa ziemi, i nie przyjął oferty. W tym Wyszyński był podobny do Franciszka, a władza nie mogła go „ugryźć” z żadnej strony. Nieruchomości zaczęto jednak przekazywać w 1991 r.

Not. BT

Wydanie: 42/2013

Kategorie: Kościół

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy