Gdy myślę Andrzej…

Gdy myślę Andrzej…

Lech Falandysz dla „Przeglądu”

O Andrzeju już powiedziano tyle dobrych rzeczy i zrobiło to tylu wielkich ludzi od prawicy do lewicy, nawet dwaj niezbyt pogodzeni ze sobą prezydenci Rzeczpospolitej wystąpili. Ja wolałbym raczej prywatnie, jako kolega, a raczej przyjaciel Andrzeja.

Mam taką refleksję, że Andrzej był ze mną zawsze w tak bardzo dobrych fragmentach mojego życia, bo pamiętam go jeszcze z czasów wesołej, studenckiej młodości. Już wtedy był autorytetem dla nas, nawet przy kielichu czy szklance wina. W latach 70. był w czynnej opozycji, a ja i mnie podobni wcale nie. I znów się wszyscy zeszliśmy przy pierwszej ”Solidarności”. Ta dawna kompania już się trochę postarzała, ale znowu byliśmy wszyscy razem. Andrzej już wtedy znał prezydenta Wałęsę, ja zaś byłem jednym z 10 milionów ówczesnych ludzi spod znaku „S”.

Następny fragment życia to nasza służba u prezydenta Wałęsy, do której trafiłem dzięki Andrzejowi. Co ciekawe, nam się tam dobrze jakoś pracowało, choć każdy miał co innego do roboty. Andrzej zajmował się piękniejszą stroną Urzędu Prezydenta, ja może mniej piękną. No i wyszło na to, że on przy tej pięknej stronie pozostał, bo w końcu objął stanowisko ministra kultury i dziedzictwa narodowego, do którego wyjątkowo dobrze pasował z racji wykształcenia, erudycji, wielkiego wyczucia problemów kultury i fantastycznych znajomości w środowisku. Aż trudno było pojąć, kiedy tych naszych najwybitniejszych poznał i przeszedł z nimi na „ty”. Pod tym względem był absolutnie” niedościgniony. Widać, czasami tak bywa, że tacy ludzie rozpędzeni, więksi od innych, będący jakby krok przed nami, wcześniej kończą swoją służbę. Za wcześnie, bo mógł przecież jeszcze 10-15 lat poczekać. Niestety, trudno mieć do niego o to pretensje, ale pozostaje wielki żal.

 

 

Wydanie: 7/2000

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy