Ponury żart ze studentów

Ponury żart ze studentów

Studentom najpierw zabrano ulgi na przejazdy, potem podniesiono ceny akademików. Teraz szykuje się odpłatność za studia

Rządowa koncepcja rozwoju edukacji na najbliższe lata, zawierająca pomysł wprowadzenia powszechnej odpłatności za studia na uczelniach publicznych, pokazuje, jak bardzo Ministerstwo Edukacji Narodowej i Sportu oddaliło się od rzeczywistych problemów studentów, gubiąc się wśród obwieszczających wielkie sukcesy, a naprawdę nic niemówiących statystyk.
Strategia proponowana przez wywodzący się z lewicy rząd Marka Belki i wiceminister Annę Radziwiłł razi krótkowzrocznością, a także brakiem jakichkolwiek konkretów, szczególnie w zakresie ewentualnych środków pomocowych. Wprowadzenie jej w życie może zaś doprowadzić do nieodwołalnego zamknięcia się

bram uczelni przed studentami z uboższych rodzin.

Pomysł wprowadzenia odpłatności za studia w sytuacji, gdy znacznym obciążeniem dla wielu studentów stało się zmniejszenie ulg komunikacyjnych, podniesienie opłat za akademiki oraz cen w stołówkach, zakrawa na ponury żart. Mimo zapewnień ministerstwa, że wprowadzenie opłat wiązałoby się ze zmianą systemów stypendialnych i kredytowych, dotychczasowe doświadczenia z tym związane każą się spodziewać najgorszego. W rządowej strategii brakuje jakichkolwiek sensownych wyliczeń, które przedstawiałyby konieczne nakłady i koszty związane z proponowanymi zmianami. Nie sposób zresztą nie odnieść wrażenia, że po raz wtóry niewłaściwa jest kolejność, w jakiej przedstawione są ministerialne pomysły. Jakąkolwiek próbę chociażby częściowego przeniesienia kosztów na studenta powinno bowiem poprzedzić przedstawienie projektu zmian w polskim systemie stypendialnym. A zmiany te w przypadku wprowadzenia powszechnej odpłatności powinny być wręcz rewolucyjne. Dopiero wówczas ewentualnie nabierze sensu szafowanie przykładami zaczerpniętymi z zachodnich uczelni. Obecna sytuacja jest jednak całkowicie nieporównywalna.
Z tego ostatniego powinni zdać sobie sprawę nie tylko zwolennicy płatnych studiów, lecz przede wszystkim zwolennicy rozwiązań neoliberalnych, na czele z Platformą Obywatelską, którzy po wyborach staną się znaczącą siłą polityczną. Będzie to krok ku deformacji tego, czym w swej istocie miało być kształcenie wyższe.
Jednym z celów demokratycznego państwa musi być zapewnienie obywatelom warunków podjęcia samodzielnej i racjonalnej decyzji dotyczącej przyszłości własnej, najbliższych, wreszcie kraju, w którym żyją. Kształcąc obywateli, państwo buduje własne zaplecze intelektualne.
Wykształcenie jest również istotnym czynnikiem likwidowania różnic społecznych i jednym z niewielu, które sprawiają, że młody człowiek pochodzący z biednej rodziny nie jest skazany na spędzenie całego życia w warunkach, w jakich przyszło mu dorastać. Jeśli celem demokratycznego państwa jest niwelowanie różnic społecznych, zwłaszcza pochodzenia ekonomicznego, trudno wskazać dziedzinę, która bardziej niż szkolnictwo powinna być dotowana przez państwo.
Autorzy rządowej strategii edukacyjnej na lata 2007-2013 zwracają uwagę na związek wykształcenia z przygotowaniem do funkcjonowania w społeczeństwie. Wskazują na niepokojące zjawiska spadku czytelnictwa i redukcji aktywności kulturalnej do środków masowego przekazu, co nie pozostaje bez negatywnego wpływu na sferę gospodarczą. Uwzględniając to wszystko, przedstawiony plan proponuje jednocześnie rozwiązanie, które owe niepokojące procesy jedynie ugruntuje i wzmocni.
Argumenty zwolenników powszechnej odpłatności za studia, jakoby miała ona wydźwignąć polskie uczelnie z marazmu i stanowić istotny zastrzyk finansowy w rozwoju polskiej nauki, wydają się tylko pobożnym życzeniem. Uczelnie państwowe – podobnie jak obecnie wiele prywatnych, oferujących często niższy poziom kształcenia, pozbawionych nierzadko niezbędnego zaplecza – staną się korporacjami, których głównym celem będzie zarabianie pieniędzy, a nie dbałość o jakość kształcenia. Obawy te wydaje się potwierdzać obecna sytuacja studentów uczelni publicznych, kształcących się w systemie zaocznym, a zatem pełnopłatnym. Studia zaoczne przynoszą bowiem uczelniom dodatkowy dochód, nie oferując często w zamian wykształcenia równego zdobytemu w systemie dziennym. Jednym z powodów takiej sytuacji jest, oczywiście, ograniczony wymiar godzin. Nie sposób nie zauważyć jednak, że mechanizm ten promuje bardziej studentów zamożnych, mniej zaś tych o najwyższym potencjale intelektualnym, a władze uczelni są bardziej zainteresowane atrakcyjnością oferty mającej przyciągnąć studentów niż rzeczywistym poziomem nauczania. Obecne na wielu uczelniach, również prywatnych, programy ulg dla najlepszych studentów niemal w ogóle nie rozwiązują problemu.
Poza tym uczelnie publiczne, których jedynym celem stanie się zaspokojenie potrzeb rynku będą się kierować jego bieżącym zapotrzebowaniem. Mogą zatem nie być zainteresowane kształceniem ludzi zajmujących się przedmiotami, których rynkowa przydatność jest mniej oczywista – matematyką, filozofią – lub przyszłych naukowców dziedzin humanistycznych, choć będą mieć na to środki z czesnego płaconego ze studenckiej kieszeni.
Z problemem edukacyjnym borykały się nie tak dawno Niemcy. Również tam, by odbudować i utrzymać legendarny poziom niemieckiego kształcenia, konieczne były reformy. Pojawiły się również pomysły wprowadzenia odpłatności za studia – postulat ten był jednym z kilku, które wywołały protesty studenckie – jednak szybko zdano sobie sprawę, iż rzeczywista naprawa systemu edukacji wymaga zmian głębokich i obejmujących całe środowisko akademickie, nie zaś ograniczających się do wsparcia doraźnego i krótkoterminowego, jakim byłoby przeniesienie opłat na studentów. Dokonane przez rząd niemiecki zmiany objęły próbę ograniczenia biurokracji na uczelniach, reformę kadrową na uniwersytetach (m.in. szeroko dyskutowaną likwidację od 2010 r. habilitacji oraz wprowadzenie profesury juniorskiej, co miało zwiększyć wpływ młodej kadry na uczelniach), a także zmiany w funduszach stypendialnych i w finansowaniu szkół publicznych. Żadna z nich nie skoncentrowała jednak większości ponoszonych kosztów na studentach.
Warto wziąć pod uwagę całość doświadczeń naszych sąsiadów i nie adaptować do polskich warunków propozycji, z których tam zrezygnowano lub które nie zakończyły się sukcesem. Należy pamiętać, że polskiego szkolnictwa nie stać na

próby reform wysokiego ryzyka.

Taką z pewnością jest idea powszechnej odpłatności za studia, zwłaszcza że nawet studia na państwowej uczelni wiążą się z ponoszeniem znacznych kosztów (materiały dydaktyczne etc.), które w przypadku najbiedniejszych studentów nawet w części nie są zaspokajane przez obecny system stypendialny.
Trwającemu podczas rozpoczęcia roku szkolnego protestowi młodzieżówek partyjnych (m.in. SLD, SdPl, UP) towarzyszyło hasło, że bezpłatna edukacja nie jest dla państwa finansowym ciężarem, lecz inwestycją we własną przyszłość. Oznacza to, że wśród młodych członków tych ugrupowań nie ma zgody na centrową zgoła ideowość i retorykę obecnego rządu. To proste hasło zawiera jednak niezwykle istotną treść. Nie można bowiem konstytucyjnego prawa do zdobywania wiedzy, kształcenia się bez względu na status materialny pogodzić z jednoczesnym przerzuceniem kosztów na tych, którzy mają nikłe możliwości ich spłaty. Inwestycja zaś oznacza, że jej efekty będą widoczne w przyszłości, a nie od razu. I będą, jeśli państwo właściwie pojmie rolę, jaką odgrywa w publicznym szkolnictwie wyższym i nauce, dbając najpierw o ich rzeczywisty rozwój, a dopiero później o przynoszone przez nie profity.

Autor jest studentem IV roku filozofii w Instytucie Filozofii Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu

Wydanie: 39/2005

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy