Gdzie jesteś, córeczko?

Gdzie jesteś, córeczko?

Dla matki zaginionego dziecka reszta życia jest tylko czekaniem Co wieczór grałyśmy w chińczyka. Córka bardzo często zostawiała mi listy w różnych, zaskakujących miejscach. Pisała kulfoniastymi, dziecinnymi literkami: “Kocham cię, nie potrafię cię po prostu nie kochać”. Mam zwyczaj zachowywać dziecinne gryzmoły. Teraz często je oglądam – płacze pani Ewa, pokazując mi plik zarysowanych i zapisanych karteczek, pieczołowicie zapakowanych w dużą, szarą kopertę. Sylwia Iszczyłowicz zniknęła w Zabrzu 26 listopada ubiegłego roku. Miała wtedy 9 lat. Do dziś nie natrafiono na żaden wiarygodny ślad dziewczynki. Poszła do kościoła na spotkanie oazowe. Matka zaczęła jej szukać kwadrans po spodziewanej godzinie powrotu. Okazało się, że na oazę dziewczynka nie dotarła. Ostatnia widziała ją bibliotekarka kilkaset metrów od domu. Jakieś 200 metrów dalej wujek Sylwii pracuje w salonie Nissana jako portier. On już jej nie spotkał. Dziecko zgubiło się na odcinku 200-300 metrów. Zgłoszenie o zaginięciu dziecka Ewa Iszczyłowicz złożyła ok. godz. 22. Policjanci rozpoczęli od wypytywania, czy dziewczynka miała kłopoty w szkole. Nie, nie miała, w dzienniczku same piątki i szóstki. A może była niezadowolona z czegoś w domu? Też nie. Mama Sylwii nie pracuje, zajmuje się dziećmi – młodsi bracia Sylwii to Sebastian i Szymon. Rodzina żyje z alimentów i zasiłku oraz paru groszy ZUS-owskiego rodzinnego. Sylwia była z matką bardzo związana. Tęskniła za ojcem aż do swojej Pierwszej Komunii. Nie przyszedł na nią, nawet nie przysłał kartki. Przestała o nim mówić. Nie widziała go od dwóch lat. Na cudzym nieszczęściu Przez całą pierwszą noc i kilkanaście następnych trwały bezustanne poszukiwania. Szukał, kto mógł. Rodzina, znajomi, wolontariusze i, oczywiście, policja. Bracia pani Ewy chodzili nawet po kanałach ciepłowniczych. Ich mieszkańcy, bezdomni, sami rozpoczęli akcję poszukiwawczą, bo mieli dość ciągłych gości naruszających ich spokój. Nie natrafiono na żaden ślad. Potem do pracy wzięli się jasnowidze. Jedna z nich, Zosia z Wałbrzycha, zobaczyła zwłoki dziewczynki, “gdy odwróci się tyłem do klatki schodowej, pójdzie prosto, potem pod górkę i w prawo”. Znaleziono tam czarną, bawełnianą rękawiczkę, jakie nosi tysiące osób. Mogła należeć do Sylwii, ale nie musiała. – W Boże Narodzenie jeden z jasnowidzów kazał nam szukać Sylwii w szambie – opowiada matka. – Pewnego dnia przeczytałam w lokalnej gazecie wielki tytuł “Sylwia nie żyje”. Nie od razu zrozumiałam, że jest to opinia jakiegoś jasnowidza. Pomoc zaoferował też najbardziej znany detektyw w Polsce, Krzysztof Rutkowski. – Sądzę – żali się pani Ewa – że zrobił sobie trochę reklamy naszym kosztem. Nic nie znalazł. Określił sprawę Sylwii jako szklaną ścianę, że niby nie ma się czego złapać. To on pierwszy zasugerował Ewie, że być może córka została wywieziona za granicę na tzw. “części zamienne”. – To mnie przeraziło – głos kobiety załamuje się – już wcześniej słyszałam o porywaniu dzieci po to, aby zapewnić komuś przeszczep organów. Ponoć czasami wracają okaleczone i całkowicie zmienione. Intensywne poszukiwania Sylwii – czterokrotnie spenetrowano rzekę Bytomkę – rodzina i przyjaciele prowadzili do 5 stycznia. Teraz czekają na informacje i sprawdzają wszystkie. Niektóre są bolesnym żartem kogoś, kto robi sobie zabawę z nieszczęścia. – Pewnego dnia, akurat przyjechała do nas ekipa TVN – wspomina Ewa Iszczyłowicz – zadzwonił telefon. Jakieś dziecko przeraźliwym głosem wrzeszczało do słuchawki. O mało nie dostałam zawału. Potem okazało się, że to uczniowie jednej ze szkół zrobili sobie kawał. Był też telefon o okup. Ojciec Sylwii wstrzymał wypłatę alimentów na córkę. – To tak, jakby ją uśmiercił – mówi Ewa. Wstrząsnęła nią także decyzja ZUS-u. Od lutego zaprzestano wypłacać zasiłek rodzinny na dziewczynkę, a pieniądze, które wpłynęły od dnia zaginięcia, kazano zwrócić. Każdy jest podejrzany Do tej pory w czwórkę gnieździli się w jednym pokoju z kuchnią. Niedawno rodzina Sylwii przeprowadziła się do nowego mieszkania. Obecna dzielnica Zabrza wydaje się spokojna. Ale dla Ewy Iszczyłowicz nigdzie nie jest spokojnie. – Bardzo za nią tęsknię – mówi, ocierając łzy. – Minęło Boże Narodzenie, Wielkanoc,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2000, 23/2000

Kategorie: Kraj