Gdzie mieszka kołtun? – rozmowa z prof. Marianem Szamatowiczem

Overview

Prawdziwy prowincjonalizm zależy od głowy, a nie od adresu. Można być Europejczykiem, mieszkając pod Białymstokiem

Z prof. Marianem Szamatowiczem, twórcą polskiej metody in vitro, kandydatem do Parlamentu Europejskiego* rozmawia Zbigniew Krzywicki

– Panie profesorze, za panem kilkadziesiąt lat pracy wypełnionych wysiłkiem naukowym. Ma pan w dorobku to, co Polakom może sprawiać wielką satysfakcję – skuteczne, praktyczne zastosowanie metody leczenia niepłodności in vitro i narodziny pierwszego w Polsce dziecka dzięki zastosowaniu tej metody. To już 22 lata…
– Prawie, był to, pamiętam, 12 listopada 1987 r. Potem też setki rodziców przeżywało wielkie szczęście.

– I oto teraz decyduje się pan na wejście w politykę i kandydowanie do Parlamentu Europejskiego z okręgu obejmującego woj. podlaskie i warmińsko-mazurskie. Dlaczego?
– Po pierwsze, dostałem taką propozycję. Po namyśle, po analizie tych osób, które skupiają się w tym ugrupowaniu, a są to m.in. Magdalena Środa, Dariusz Rosati, Józef Pinior, uznałem, że to jest grono, z którym można przeżyć satysfakcjonującą przygodę w życiu publicznym. W minionych latach również otrzymywałem szereg podobnych propozycji z różnych ugrupowań, ale odmawiałem z prostego powodu – byłem kierownikiem kliniki, potem zostałem wybrany do Rady Nauki w ministerstwie. Teraz dysponuję pewną rezerwą czasową i myślę, że miałbym coś do powiedzenia w Parlamencie Europejskim.
Po drugie – listę wystawia ugrupowanie centrolewicowe i to jest absolutnie zgodne z moimi, od lat niezmiennymi, poglądami.

– Uchodzi pan za doktora, który daje rodzicom szczęście w postaci dzieci. Ale chyba w Polsce nie ma klimatu do tych tematów. Wszystko w tej mierze poddane jest etykietom politycznym.
– No cóż, ja bym chciał dawać dzieci, bo to jest najpiękniejsza rzecz! Natomiast człowiek został tak ukształtowany, że ponad 85% rodzin ma dzieci bez żadnego problemu, niektórzy nawet w nadmiarze, ale pozostali, choć bardzo pragną dziecka, mają problemy. I moja działalność polega na tym, aby tym ludziom stwarzać szansę, realną, uczciwą. W związku z tym istotą mojej działalności było zawsze wprowadzanie do praktyki wszystkiego, co w tej dziedzinie dzieje się na świecie, aby polskie kobiety miały te same standardy opieki.
Kobiety zawsze chciały rodzić, będą chciały rodzić i żaden polityk na to nie wpłynie. Problem w tym, że robi się wielką awanturę na ten temat, gdy pada słowo „refundacja”. Powtarzam setki razy, że to wszystko, co się dzieje, dotyka osoby biedne, bądź niezamożne. Dla bogatego nie ma znaczenia. Zakażą w Polsce, pojedzie do sąsiadów. Jak w Polsce trzeba będzie zapłacić – zapłaci. Natomiast biedny nie ma szansy.
Nie podzielam przekonania, że dziecko jest darem niebios i trzeba je przyjąć z wdzięcznością, a jak nie ma – trzeba znosić cierpliwie los. Tego mnie nie nauczono i nikt mnie nie przekona, że z pokorą trzeba znosić brak tego, co jest największym pragnieniem człowieka.

– I po co z tym polskim kłopotem do Parlamentu Europejskiego?
– No jak to! Często mówi się o łamaniu praw człowieka, ale dostrzega się to u innych, nigdy u siebie. Prawo do posiadania dziecka jest takim prawem. Jeśli się zabiera taką szansę, dochodzi do łamania praw człowieka.
Więc jeżeli miałoby w Polsce dojść do zakazu, a taka jest tendencja, to muszę być gotów reagować wszędzie. Liczę, że dobrym partnerem mojego rozumowania jest Unia Europejska ze swoimi organami, ciałami, w tym Parlament Europejski. Jeżeli tam będę, mogę mówić o tych standardach cywilizowanego życia. Tak nieraz robiłem w imieniu Polski podczas wystąpień międzynarodowych.

– Podkreśla pan, że jest człowiekiem z Podlasia.
– Z wyjątkiem studiów, które kończyłem w Warszawie – całe moje życie przebiegło na Podlasiu. Tu wciąż jestem, chyba czuję potrzeby tej ziemi i jeszcze mogę sporo zrobić.

– I ma pan tam nawet sporą sympatię. Np. zajął pan trzecie miejsce w plebiscycie jednej z gazet na „Białostoczanina XX wieku”. A obecnego europosła, Bogusława Rogalskiego z LPR, przez pięć lat nikt na Podlasiu nie widział.
– Właśnie. A tylko patrzeć, jak kolejni spadochroniarze wystartują na innych listach z czołowych miejsc. Więc zarazem jestem stąd i swobodnie poruszam się w świecie, bo prawdziwy prowincjonalizm zależy od głowy, a nie od adresu. Można być Europejczykiem, mieszkając pod Białymstokiem. I można być kołtunem zameldowanym na Saskiej Kępie, mając adres brukselski czy berliński.

* Prof. Marian Szamatowicz wystartuje z pierwszego miejsca na liście Porozumienia dla Przyszłości – Centrolewica w okręgu wyborczym numer 3 obejmującym Podlasie oraz Warmię i Mazury.

Wydanie: 15/2009

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy